Każdy ma swoje Westerplatte

Każdy ma swoje Westerplatte

Dodano:   /  Zmieniono: 
„Każdy znajduje w życiu jakieś swoje Westerplatte” – mówił Jan Paweł II do młodzieży w czerwcu 1987 r. Pewnie chodziło mu o to, że każdy lubi się nawalić, zlizywać wódkę z kart pornograficznych, sikać na portrety przełożonych i uciekać z pola walki.
Tak przynajmniej wynika ze słynnego już scenariusza filmu „Tajemnica Westerplatte”. Przez wiele lat młodzi Polacy, którzy zasadniczo wolą grać w „Call of Duty” niż uczyć się historii, zastanawiali się, co też papież miał na myśli. Po premierze dzieła Pawła Chochlewa nie będą już mieli wątpliwości.

Reżyser-debiutant, dotąd znany głównie z aktorskich epizodów w sitcomie „13 posterunek”, postanowił bowiem „odbrązowić” kawał polskiej historii. Czyli przedstawić go tak, żeby nie miał nic wspólnego z ustaleniami historyków. Ci ostatni natychmiast przerzucili się z historii na histerię, oskarżając Chochlewa o fałszowanie faktów. Jedynie profesor UW Tomasz Nałęcz trzeźwo zauważył w TVN 24, że scenariusz filmowy to autonomiczne „dzieło literackie”, którego nie należy poddawać naukowej weryfikacji.

Co za tym idzie, nawet jeśli historia jest brązowa, twórca filmu ma prawo ją odbrązawiać. Taki Boguś Linda czy inny Robert Więckiewicz nie zagra przecież jakiegoś łajzowatego bohatera, który w kieszeni munduru nosi święty obrazek i rodzinną fotografię. Poza tym żeby film się sprzedał, musi działać na wyobraźnię. Muszą się w nim pojawić wątki alkoholowe i seksualne, bo inaczej widzowie nie będą się mieli z kim utożsamić.

Nie sposób zresztą wykluczyć, że załoga Westerplatte miała dostęp do wódki. A skoro tak, to można z tego zrobić leitmotiv. Nieważne, czy było to pół litra na dziesięciu chłopa, pite nocą przy czyszczeniu broni, czy trochę więcej. Z żołnierzy trzeba zrobić alkoholików, żeby na ekranie coś się działo.

Podobno Chochlew napisał już dziewięć wersji scenariusza. W ostatniej miłosiernie złagodził najbardziej drastyczne sceny, żeby nie odebrano mu dotacji z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Niepotrzebnie, bo czyż prawdziwemu artyście godzi się iść na kompromisy? W żadnym wypadku. Rozumieją to koledzy Chochlewa z branży, którzy podpisali list otwarty przeciwko „cenzurze prewencyjnej”. Wśród jego sygnatariuszy znaleźli się Filip Bajon, Jacek Bromski, Jan Dworak, Feliks Falk, Robert Gliński, Janusz Głowacki, Agnieszka Holland, Sławomir Idziak, Andrzej Jakimowski, Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Michał Kwieciński, Maciej Strzembosz i Jerzy Stuhr. Nazwiska godne zapamiętania. Sami wybitni artyści, traktujący kręcenie filmów jak pisanie wierszy. Liczy się tylko licentia poetica i wara wam, grubiańscy historycy, od mojej artystycznej wizji!

Tyle że – mówiąc bardziej serio – kino jest dość specyficznym rodzajem twórczości. To sztuka, ale też zakorzenione w popkulturze narzędzie kształtowania masowej wyobraźni. Jeżeli także wśród poetów zdarzają się tacy, którzy za swoje główne zadanie uznają wypowiedzenie prawdy o świecie, to co powiedzieć o powinnościach scenarzystów i reżyserów, którzy posługują się obrazem, a nie słowem, a poza tym biorą od państwa ciężką kasę?

Szczerze mówiąc, od większości sygnatariuszy listu nie spodziewałem się innej reakcji. Środowisko filmowców jest tak rozpieszczone, że straciło już poczucie jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zastanawia mnie tylko obecność na tej liście małżonków Krauze. Ich filmom trudno zarzucić abstrahowanie od rzeczywistości. Czyżby więc chodziło o pieniądze? O gest solidarności z uciskanym kolegą, żeby w przyszłości nie było problemów z dotacją na własne dzieło?

Tak czy inaczej, Chochlew nie powinien robić filmu o Westerplatte, choćby zaproponował pięćdziesiątą wersję scenariusza, całkowicie wyczyszczoną z kontrowersyjnych scen. Po tych fragmentach, które zostały upublicznione przez media, facet jest dla mnie skończony. Ktoś, kto nie rozumie sztuki i nie ma szacunku dla prawdy historycznej, nie mówiąc już o micie i jego duchowych konsekwencjach, niech lepiej dalej gra w sitcomach.

Paradoksem jest fakt, że w homilii na Westerplatte Jan Paweł II przestrzegał właśnie przed relatywizowaniem prawdy. I wzywał do walki z egoizmem: „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie”.

Może dla dzisiejszych filmowców te słowa niewiele znaczą. Dla mnie – absolwenta gdańskiego III Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Westerplatte – wciąż są jednak bardzo ważne. Podobnie jak sam półwysep przy ujściu Martwej Wisły, na którym we wrześniu 1939 r. młodzi polscy żołnierze odnaleźli ducha walki, a nie skrzynkę wódki.

Czytaj także

Czytaj także