Nasza klęska 1 IX 2009 r. na Westerplatte

Nasza klęska 1 IX 2009 r. na Westerplatte

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wydarzenia na Westerplatte (rocznica jednej z wielu bohaterskich klęsk) powoli przestaje być gorącym tematem. Jeszcze tylko rocznica 17 września (kolejna bohaterska klęska) nieco podgrzeje atmosferę.
Posumujmy więc, kto wygrał batalię 1 września 2009 r.
Wygrała na pewno Rosja, bo Putin nie wywołał skandalu zbyt radykalnymi sformułowaniami w obronie stalinowskiej Rosji, ale sprytnie bronił ichniej wizji początków II wojny światowej. I cóż, miał rację przypominając, że wszyscy wówczas próbowali się dogadać z Hitlerem (Polska też!), czego przykładem osławiony układ monachijski. Pogadajcie o tym z Czechami – w tej sprawie media czeskie przyznały rację Putinowi. Ba, do Niemców wysyłał różne mniej czy bardziej zawoalowane sygnały - choćby odwołanie się do traktatu wersalskiego.

Wygrały Niemcy – bo co prawda nie całkiem udało się wykazać, że to Związek Sowiecki napadł na Polskę raz 1 września, a drugi raz 17 września, ale media niemieckie ochoczo przyłączyły się do nawoływania, by Rosja bardziej pokajała się za agresję na Polskę. W ten sam ton uderzyły nawet media w Austrii, która jak wiadomo, była pierwszą ofiarą faszystów.
A kto przegrał? Ano my, zgodnie z tradycją.

I wcale nie to jest najgorsze, że Putin nie przeprosił. Jałowe to były oczywiście żądania, bo jak zauważyli zaraz żądający przeprosin, Rosja ma inny system wartości niż nasza Europa Tyle, że akurat Francja i Anglia, a także USA, co to mają nasz system wartości, też nas nie przeprosiły – a miałyby za co. Już nawet nie za „dziwną wojnę” we wrześniu 1939, ale bardziej za to, że bez żadnych skrupułów sprzedali nas Stalinowi, czego efektem było to, że komunistyczny rząd w Warszawie nasi sojusznicy uznali bardzo szybko. Konsekwencje są wszystkim znane, a pierwszym widomym znakiem skazania nas na łaskę i niełaskę Moskwy było haniebnie obejście się z naszą armią na Zachodzie, chociażby poprzez niezaproszenie jej na defiladę zwycięstwa w Londynie.

Warto też przypomnieć, że nieszczęsne powstanie warszawskie owszem, nie zostało wsparte przez Stalina, co mu się chętnie przypomina, choć akurat wyjątkowo to groteskowy zarzut, skoro armię sowiecką uznawało się za armię okupacyjną. Tymczasem nie chce się pamiętać, że powstaniu pomocy nie udzielili nasi sojusznicy – nie miało ono wsparcia ani wojskowego (co może byłoby trudne), ale przede wszystkim politycznego.

Wszystko to oczywiście nie znalazło się w wystąpieniach na Westerplatte, bo w wojnach o pamięć nie o żadną prawdę historyczną chodzi. Chodzi jak najbardziej o współczesność. Szkoda, że refleksje przy tej okazji są wyjątkowo płytkie.
Tymczasem przy okazji rocznicy 1 września zabrakło refleksji, że Polska poniosła klęskę nie tylko dlatego, że stała się ofiarą dwóch agresorów. Opieranie naszej polityki historycznej na kreowaniu naszego kraju na nieustanną ofiarę złowrogich sił jest nie tylko fatalne dla samopoczucia Polaków, ale co gorsza, kompletnie jałowe. A przecież Polska poniosła klęskę we wrześniu, a w konsekwencji w całej II wojnie światowej, przede wszystkim dlatego, że była słabym państwem na dodatek z fatalną koncepcją polityki zagranicznej – teorii dwóch wrogów i szukania nieskutecznych sojuszy! I to powinno było być tematem refleksji przy okazji tej bohaterskiej klęski. Tym bardziej, że analogie do czasów dzisiejszych są aż nadto widoczne.

I owszem, znalazła się w wystąpieniu Lecha Kaczyńskiego wprost aluzja do współczesności – nawiązanie do niedawnej wojny gruzińsko-rosyjskiej, gdy ostrzegł przed odradzaniem się imperialnych ambicji Rosji. Szkoda tylko, że refleksja ta nie została nijak pogłębiona. Przypomnę więc, że watażka Saakaszwili, któremu wydało się, że jest pupilkiem USA (a i Izraela), rozpoczął wojnę, którą z kretesem przegrał i darmo apelował o pomoc do swych mentorów. Pan prezydent Bush, który akurat bawił na igrzyskach w Pekinie nie zechciał nawet przerwać kibicowania na którymś ze stadionów, gdy ruska armia parła w stronę Tbilisi. A jakieś pół roku później Condoleezza Rice oświadczyła, że wcale nie jest konieczne przyjmowanie Gruzji, a także Ukrainy do NATO.

Cóż dopiero mówić o aktualnej ekipie w Waszyngtonie, która z wielu różnych powodów nie ma głowy ani serca do drażnienia Rosji, bo właśnie USA powoli staczają się po równi pochyłej, czego widomym przykładem jest coraz bliższa klęska w Afganistanie?

Obecność Putina na Westerplatte tak wszystkich zaabsorbowała, że dało to świetny pretekst, by nie zauważyć kompromitującego nas faktu, że na owe uroczystości nie wybierał się nikt poważny z USA a dopiero rozpaczliwe zabiegi z naszej strony spowodowały, że ranga delegacji amerykańskiej nieco wzrosła. I to jest prawdziwy problem, a nie to, co powiedział albo i nie powiedział Putin czy Srutin, który skądinąd dzięki temu ukradł całe show. Byłoby inaczej, gdyby był tam Obama i na dodatek oświadczył, że rusza budowa tarczy w naszym kraju, prawda?

Tymczasem na naszych oczach zawaliła się koncepcja budowania naszego bezpieczeństwa Polski w oparciu o sojusz z Ameryką. USA olała nas już za czasów Busha, gdy przestaliśmy mu być potrzebni w Iraku oraz w Europie, jako osioł trojański (tak jest, nie było o co się obrażać - odegraliśmy rolę osła trojańskiego, a potem kopnięto nas w dupę). I nic nie będzie z żadnej tarczy.

Tymczasem odezwał się prof. Zbigniew Lewicki, lider naszych amerykanofilów, (to taka współczesna odmiana bezkrytycznych wielbicieli ZSRR za czasów komuny) który jak na subtelnego znawcę literatury amerykańskiej dość wszystkich zaskoczył jako podżegacz wojenny w czasie agresji na Irak i który najpierw wielbił Busha, a potem z równym entuzjazmem odniósł się do wyboru Obamy - bo ten poprawi wizerunek USA w świecie. Oto napisał on kilka dni temu na łamach Rzepy, że to nasza wina, że Ameryka się od nas dystansuje. Jednym słowem, twierdzi Lewicki – jeszcze nie dość właziliśmy i włazimy USA w dupę. Profesor często gości w USA a to jako wykładowca, a to jako stypendysta, co wiele tłumaczy (ciekawe zresztą, co byśmy sądzili o  promoskiewskim publicyście, który często jest tam zapraszany…), ale gdzieś jest granica, której nie wolno przekraczać, bo istnieje coś takiego jak honor narodowy.

W UE jest nie lepiej. Naszym atutem miała być nasza polityka wschodnia, która właśnie także bierze w łeb – na Ukrainie zwycięży w wyborach opcja niechętna zbliżeniu z NATO, w Gruzji Saakaszwili zostanie odsunięty od władzy, a Łukaszenka bez pomocy Polski szuka zbliżenia z Zachodem.

(Swoją drogą – jak się nagle pojawił, tak zniknął z mediów temat Związku Polaków na Białorusi, a Andżelika Borys przestała być bohaterką walki z reżymem Łukaszenki – wystarczyło, że USA wycofały się z aktywnej polityki w tej części świata…)

Taka jest prawda o czarnej dziurze, w jakiej znalazła się Polska i jej, pożal się Boże, polityka zagraniczna.

Oczywiście budowanie naszego bezpieczeństwa w oparciu o UE (gdzie pierwsze skrzypce grają Niemcy, które mając do wyboru Polska czy Rosja, zawsze wybierają to drugie – czego symbolem powolne, ale konsekwentne budowanie owej sławetnej rury) - czy NATO (które jest coraz bardziej papierowym tygrysem) stawia nas w sytuacji nie lepszej niż przed wrześniem 1939.

Gdzie ratunek?

Ano w Pekinie, napiszę to po raz kolejny. To mocarstwo, którego rola będzie rosnąć a które będzie szukać sojuszników m.in. w Europie, choćby w celu nieuniknionej rywalizacji z Rosją. Mógł szukać Piłsudzki sojuszników w bardzo dla nas wówczas egzotycznym Tokio?

Swoją drogą – różni nasi entuzjaści Wolnego Tybetu (od lewaków po PiS-owców) to agentura Moskwy czy tylko banda debili?

Przydałoby się także choć kilka głowic atomowych i oczywiście środki do ich przenoszenia.

Ale kto u nas ma budować dalekosiężne wizje i mieć odwagę proponować niekonwencjonalne rozwiązania? Do czegoś takiego potrzeba męża stanu a nie żałosnych dupków, jacy są u nas u władzy, a także w opozycji.

I taki jest pełny obraz naszej klęski na Westerplatte 1 września 2009 r.

Czytaj także

Czytaj także