Deja vu

Deja vu

Dodano: 
Kiedy słucham informacji z Moskwy po zamachach w metrze, mam nieodparte wrażenie, że to wszystko przecież już było.
Ile już razy słyszałem o „czarnych wdowach”, które krążą po Moskwie z pasami szahidek, o tym że milicja wprowadza antyterrorystyczną operację „Wulkan”, a Władimir Putin zapowiada że wszystkich terrorystów "utopi w kiblu". Już 10 lat temu miał utopić i jakoś nie utopił. Tak jakby po tych 10 latach rządów Władimir Putin wrócił do punktu wyjścia. Bardzo smutna to prawda. "Zwycięska wojna z czeczeńskim terroryzmem" okazała się po raz kolejny farsą. Jeżeli zamachów dokonali rzeczywiście kaukascy islamiści, a jestem o tym przekonany na 90 proc., to kiepsko widzę perspektywy dla spokoju w Rosji. Po pierwsze dlatego, że na Kaukazie czas się wcale nie zatrzymał. Przez 10 lat Rosjanie zabili wszystkich czeczeńskich przywódców, którzy marzyli o niepodległości swojego kraju, ale byli na tyle osadzeni w realiach, że mogli prowadzić negocjacje z Moskwą. Ostatni tacy ludzie to Rusłan Gielajew i oczywiście Asłan Maschadow.

Dzisiaj nie ma już niepodległościowego ruchu oporu w Czeczenii, jest za to "Kaukaski Dżamat", który składa się z wielu ugrupowań i którego przywódcy to rzeczywiście islamiści, marzący o utworzeniu Kaukaskiego Kalifatu. I to Rosja swoimi działaniami doprowadziła do jego powstania. A więc chociaż Moskwa wygrała wojnę w Czeczenii, przegrywa wojnę o Kaukaz. Bo w Czeczenii jest rzeczywiście względnie spokojnie, ale za to w Dagestanie czy Inguszetii nie ma dnia, aby nie ginęli milicjanci czy urzędnicy.

Rosja doprowadziła też na Kaukazie do sytuacji totalnej korupcji, gdzie każdy miejscowy urząd trzeba "kupić". Taki urzędnik płaci na Kreml pieniądze, które wcześniej ukradnie, a później przychodzą do niego bojownicy, którzy doskonale wiedzą, że on kradnie i płaci i składają propozycję nie do odrzucenia: każą podzielić się swoimi zyskami. I taki urzędnik płaci bojownikom, bo doskonale wie, że jeżeli tego nie zrobi, czeka go śmierć.

Moskwa traci Kaukaz, bo nie ma pojęcia jak nim zarządzać.
Albo stawia na silnych miejscowych przywódców jak Ramzan Kadyrow w Czeczenii, który zaprowadza przez terror względny spokój, ale za to jest całkowicie od Moskwy niezależny. Albo wprowadza na najwyższe kaukaskie urzędy słabych i skorumpowanych własnych urzędników jak w Dagestanie, ale wtedy okazuje się, że chaos jest tak ogromny, że republiki nikt nie kontroluje. Tym bardziej nie kontrolują jej na Kremlu.
I w jednym i w drugim przypadku Kaukaz przestaje być rosyjski. Myślę że klamka już zapadła bez względu na to, ile buńczucznych deklaracji złoży jeszcze Władimir Putin.

Czytaj także