Wyrwane serce armii

Wyrwane serce armii

Dodano:   /  Zmieniono: 
Katastrofa pod Smoleńskiem to wielki cios dla polskich sił zbrojnych, które pozostały bez wszystkich najważniejszych dowódców. Katastrofa dowodzi, że, niestety, niczego się nie uczymy.
Chyba jeszcze nigdy w historii Polska nie straciła jednocześnie tak wielu dowódców wojskowych w pojedynczej katastrofie. Do tej pory za największą wojskową katastrofę słusznie uważano wypadek transportowego samolotu CASA w styczniu 2008 roku, w której zginęło 20 osób, w tym dowódcy brygad i baz lotniczych. Ale wydarzenia spod Smoleńska przekraczają te granice – los dla nas jest wyjątkowo złośliwy i zawsze potrafi udowodnić, że nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być gorzej.

Nagle i zupełnie niespodziewanie utraciliśmy szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego generała Franciszka Gągora. Co gorsza, nie mamy dowódców żadnego z czterech rodzajów sił zbrojnych, którymi Polska dysponuje. Zginął dowódca wojsk lądowych gen. dyw. Tadeusz Buk, który swoją funkcję sprawował raptem od września 2009 roku. Nie mamy dowódcy sił powietrznych, bo zginął też gen. broni pilot Andrzej Błasik. Marynarka wojenna straciła swojego dowódcę wiceadm. Andrzeja Karwetę. Siły specjalne, najmłodszy rodzaj sił zbrojnych, utraciło swojego szefa, gen. dyw. Włodzimierza Potasińskiego. W samolocie zginął również gen. bryg. Kazimierz Gilarski, dowódca Garnizonu Warszawa oraz gen. broni Bronisław Kwiatkowski, dowódca jakże krytycznego dla prowadzenia między innymi misji ekspedycyjnych Dowództwa Operacyjnego.

Trudno o większą stratę na poziomie dowodzenia siłami zbrojnymi. Nie mamy dowódców. Gdyby jakiś terrorysta lub nieprzyjaciel chciał nas kiedyś zaatakować, starałby się wyeliminować te właśnie osoby – w polskich siłach zbrojnych nie ma bowiem nikogo ważniejszego, a wyeliminowanie „serca” pozwala unieruchomić nawet najbardziej sprawną machinę. Na szczęście nie jesteśmy w stanie bezpośredniego zagrożenia i nie prowadzimy wojny mającej wpływ na naszą suwerenność, dlatego straty uda się zniwelować, choć zajmie nam to dużo czasu.

Siłą rzeczy rodzą się pytania jak choćby co dalej? Nie ma osób niezastąpionych – miejsce ofiar katastrofy szybko zajmą inni oficerowie. Ale gdy traci się czołówkę dowódców, odpowiedzialnych za wszystkie aspekty funkcjonowania sił zbrojnych, musi odbić się to negatywnie na kondycji sił zbrojnych. Dowódcy podejmują nie tylko decyzje, ale znają problemy na poziomie strategicznym, każdego dnia prowadzą formalne i nieformalne dyskusje, podczas których nawiązują kontakty i załatwiają wszelakie sprawy, zdobywają doświadczenie i poznają tajniki międzynarodowej współpracy i procesu decyzyjnego. Ich wiedza, znajomości zostały bezpowrotnie utracone – nowym dowódcom zajmie wiele czasu, zanim odbudują to, co zostało zniszczone pod Smoleńskiem.

Czy mógł to być błąd pilota? A może to wina starych samolotów? Przy takich okazjach zawsze rozpoczyna się szukanie winnego, zawsze pojawiają się głupie komentarze, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Pewnie, że mógł to być błąd pilota - ponoć to on nalegał na lądowanie mimo sugestii obsługi lotniska, by tego nie robić. Ponoć to goście nalegali na lądowanie, by nie psuć uroczystości. Ponoć, ponoć ... z "eksperckimi" komentarzami trzeba się wstrzymać i dać czas i swobodę fachowcom, którzy ustalą przyczynę katastrofy. Nie ma najmniejszego sensu obarczać winą za wypadek samolotu - nie ma żadnych przesłanek do uznania, że to on zawinił. Nie obarczajmy też pilotów, bo oskarżenia łatwo jest rzucać.

Pytanie zasadnicze, które ciśnie mi się od rana na usta brzmi:
jak to możliwe, że najważniejsi oficerowie jakich ma Polska lecieli razem jednym samolotem? Ktoś mógłby powiedzieć, że pakowanie do jednego, starego samolotu lądującego na zamglonym i źle wyposażonym lotnisku elity wojska to kuszenie losu. Już po katastrofie samolotu CASA mówiono, że jednym samolotem nie powinni latać ważni dowódcy, bo ich nagła i jednoczesna strata to zbyt wielka cena. Ale widać to nikogo nic nie nauczyło. To pytanie chyba najważniejsze, na które trzeba znaleźć odpowiedź. Ale na to przyjdzie jeszcze pora. Dziś pogrążamy się w żalu. Cześć Ich pamięci.

Czytaj także