Pozwólcie nam płakać

Pozwólcie nam płakać

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polityka to w dużej mierze teatr. Wszyscy odgrywają w nim określone role. Politycy wcielają się w rolę adwersarzy, którzy nie mogą na siebie patrzeć, ale gdy kamery są wyłączone podają sobie ręce. Dziennikarze wcielają się w sędziów i prokuratorów, którzy wymierzają wyroki możnym tego świata, chociaż tak "po ludzku" darzą skazańców-polityków sympatią i rozumieją w jak trudnej są oni sytuacji. 10 kwietnia 2010 roku przedstawienie zostało jednak nagle przerwane.
Pomysł, który legł u podstaw powstania tego bloga był właśnie taki - pokazać, w nieco groteskowy sposób, że obserwując politykę jesteśmy świadkami pewnego widowiska. Widowisko to rządzi się pewnymi prawami - im głośniej kłócą się politycy, tym większa jest oglądalność. Im grubsze inwektywy padają z ich ust, tym więcej sprzedanych egzemplarzy gazety. Częścią tego widowiska jesteśmy na co dzień wszyscy - my dziennikarze, którzy opisujemy świat nie do końca prawdziwy, politycy którzy taki świat kreują i opinia publiczna, dla której taki świat jest atrakcyjny. Wszyscy żyjemy w symbiozie - jedni bez drugich nie możemy istnieć. Taka jest właśnie scena polityczna. Albo może taka była jeszcze kilka dni temu.

10 kwietnia 2010 roku o 8:57 ten spektakl został przerwany. Przyznam szczerze - płakałem. Myślę, że nie tylko ja. Myślę, że większość moich kolegów po fachu uroniło przynajmniej kilka łez. Bo w katastrofie tej nie zginęli politycy PiS-u, PO, SLD i PSL. W tej katastrofie nie zginął PiS-owski prezydent, który meldował bratu wykonanie zadania. W katastrofie tej nie zginęli urzędnicy. W tej katastrofie zginęli ludzie. Ludzie, których jeszcze wczoraj pytaliśmy o to dlaczego postąpili tak, a nie inaczej. Ludzie, którym stawialiśmy zarzuty i oczekiwaliśmy wyjaśnień. Ale również ludzie, którzy po wywiadzie zapraszali nas na kawę. Ludzie, z którymi przekomarzaliśmy się, czy nasz ostatni artykuł nie był zbyt krytyczny. Oni mówili, że był - my, że przecież piszemy prawdę. Ludzie, z którymi w kuluarach żartowaliśmy, śmialiśmy się, których znaliśmy tak dobrze jak najbliższych przyjaciół. I nagle ich nie ma. Nie możemy już do nich zadzwonić i spytać: Panie pośle, czy mogę zająć kilka minut. Nagle zrobiło się bardzo pusto.

W ostatnich dniach mediom często zarzuca się hipokryzję. Internauci skrupulatnie przypominają dziennikarzom co mówili przed katastrofą o tym, czy o innym polityku. Odmawiają niektórym z nas prawa do łez po tej, czy po innej ofierze katastrofy. Nie zabraniajcie nam płakać. Mogliśmy się z politykami nie zgadzać, mogliśmy niesprawiedliwie ich oceniać - ale przecież za każdym razem znów do nich dzwoniliśmy, spieraliśmy się, polemizowaliśmy. Byliśmy rodziną - taką kłótliwą, w której wuj przez pięć lat nie odzywa się do jednej z ciotek, bo ta skrytykowała jego kapelusz. Ale jednak rodziną. Dlatego dziś nie potrafimy powstrzymać łez. Bo w naszych notesach są telefony, które nigdy nie odpowiedzą.

W katastrofie w Smoleńsku straciłem wiele osób, które szanowałem, choć często się z nimi nie zgadzałem. Ale wierzyłem, że jeszcze kiedyś uda mi się je przekonać do tego, że mam rację. A oni pewnie liczyli, że kiedyś ja zrozumiem swoje błędy. Aleksander Szczygło, generałowie Franciszek Gągor, Andrzej Błasik, Bronisław Kwiatkowski i Włodzimierz Potasiński. Władysław Stasiak. Dziś wiem, że niczego już sobie nie wyjaśnimy. I nagle rozumiem boleśnie, że scena polityczna i przedstawienie, które odgrywamy to ryzykowna gra. Bo czasem nie wiadomo, w którym momencie przyjdzie nam zdjąć maski. Ale wiem przecież, że za chwilę znów będziemy musieli wrócić na scenę. Na razie jednak chcę milczeć i zapamiętać to wszystko co było dobre. Nie odbierajcie mi i moim kolegom prawa do tego. Pozwólcie nam płakać.

Czytaj także