Kraść czy nie kraść?...

Kraść czy nie kraść?...

Dodano:   /  Zmieniono: 
Oto jest pytanie! Piractwo w Polsce nie jest jednoznacznie kojarzone z kradzieżą. Kiedyś chodziło się do Saszy na Stadion Dziesięciolecia, gdzie na rozklekotanym stoliku za 20 złotych można było kupić wszystko: najnowsze gry, filmy czy płyty audio. Nieważne, że często jakość tych produktów była marna (a część w ogóle nie działała), a tłumaczenia w nich (jeśli takowe były) gorsze niż przemowy Jacka Gmocha i komentarz Zbigniewa Bońka. Dzisiaj, dla odmiany, wszystko to, działające, ściąga się z Internetu. Za darmo, bez wychodzenia z domu. Metoda się zmieniła, ale kradzież ta sama, tylko na większą skalę. Cieszy więc, że wreszcie Polska, w kwestii piractwa, zmienia się na lepsze.
W zeszłym tygodniu minister Bogdan Zdrojewski pochwalił się na konferencji prasowej, że nasz kraj został usunięty z tzw. Special 301 Watch list, czyli amerykańskiej listy krajów nie przestrzegających praw autorskich. Pan minister był wyraźnie dumny z tego osiągnięcia. Podkreślał, że to zasługa "wieloletnich wysiłków". Zdrojewski wspominał m.in. nowe prawa autorskie, wzmożone działania policji mające na celu walkę z piratami czy likwidację pirackiej legendy - Stadionu Dziesięciolecia. Skreślenie Polski z "301 Watch list" na pewno powinno cieszyć, ale też nie jest to powód do spoczywania na laurach. "Tradycyjne piractwo" - rozklekotane stoliki z zafoliowanymi płytami i giełdy po brzegi wypełnione nielegalnymi filmami, muzyką i grami - zostały zastąpione przez wszechwładny Internet. Teraz, zamiast iść do Saszy ze Stadionu albo lokalnego pirata, wszystko ściąga się z Sieci. I, niestety, rozmiary tego zjawiska w Polsce są ogromne - we wszelkich rankingach dotyczących piractwa (szczególnie gier) Polska jest co najmniej w pierwszej dziesiątce, a najczęściej w pierwszej piątce. Zazwyczaj wyprzedzają nas pod tym względem Francja, Niemcy, Włochy, Chiny (kraj dominujący w kwestii gwałcenia praw autorskich) i Indie. Taki obraz przedstawiają chociażby listy BSA (Business Software Alliance).

Czemu Polska nadal znajduje się w czołówce krajów, których obywatele lubią pozyskiwać oprogramowanie i multimedia z nielegalnych źródeł?
Najczęstszym tłumaczeniem jest cena nowych produktów. Filmy na DVD lub gry kosztują zazwyczaj ok. stu złotych. Czasem jest to 79 złotych, czasem 119, jeszcze innym razem 99. Niemniej, odchylenia od "stówki" rzadko wynoszą więcej niż 20 złotych. Czy to dużo, czy mało - nie mnie rozstrzygać. Wiem natomiast jedno: ani film, ani gra, ani płyta audio nie są produktem pierwszej potrzeby. Żaden ich użytkownik nie musi biec do sklepu zaraz po pojawieniu się nowości. Oczywiście, można być wielkim fanem jakiegoś zespołu, reżysera, serii czy tytułu, ale wówczas raczej odkłada się pieniądze na długo wyczekiwany produkt. Jeśli zaś jakiś "fan" ściąga album swoich idoli z internetu - cóż, chyba trudno go wtedy nazywać prawdziwym fanem.

Tłumaczenie piractwa wysokim kosztem zakupu oryginału ma jeszcze jedną "dziurę": szybko spadające ceny. Jeśli chodzi o gry komputerowe, to Polscy wydawcy i tak znacząco obniżyli "wyjściowe" ceny produktów. Dziś nowa gra rzadko kiedy kosztuje więcej niż wspomnianą wcześniej stówkę. Często też, nawet w przypadku hitów, udaje się tę cenę obniżyć dzięki lokalizacji (tłumaczeniu). Poza tym, po kilku miesiącach większość gier jest wydawana w tanich seriach, za które najwięcej zapłacimy 70 złotych (często są to np. wszystkie części danego tytułu lub gra + wszelkie dodatki), najtańsze zaś potrafią kosztować nawet 20 złotych. I nie są to jakieś tam budżetowe kaszanki, a największe hity.
Podobnie jest z filmami na DVD - większość filmów kupić można całkiem tanio (15-60 złotych). Tutaj również pojawiają się reedycje. Jakiś czas temu np. na DVD wydany został... "Pan Kleks" - wszystkie części w bardzo przystępnej cenie. Tak samo można dostać filmy Woody'ego Allena czy Pedro Almodovara. W przypadku płyt audio koszt nie zmniejsza się tak szybko, ale jest to spowodowane również faktem, że płyty cieszą się coraz mniejszą popularnością.
Oczywiście, istnieje grupa produktów, których ceny bardzo długo nie spadają. Dzieje się tak głównie z największymi hitami, czasem też wpływ na to ma polityka producenta. Z sytuacją taką mamy do czynienia np. w przypadku Grand Theft Auto IV, które dopiero niedawno zaczęło tanieć (chociaż skok cenowy był spory: z 149 zł do 79!). Podobnie jest z The Sims 3, które staniały o całe... 10 złotych, obecnie można je kupić za 139 złotych.

Jeśli więc nie wysokie ceny, to co może przemawiać za piractwem? Jedyny argument, który w jakikolwiek sposób może, moim zdaniem, usprawiedliwiać kradzież, jest niedostępność. Dotyczy to szczególnie gier i filmów, mniej muzyki. Niestety, sam spotkałem się z sytuacją, w której nie byłem w stanie znaleźć upragnionego produktu, chociaż zjeździłem Warszawę i przejrzałem serwisy aukcyjne. Wówczas, zrezygnowany poszukiwaniem, sięgałem do niezmierzonych przestworzy Internetu. W takiej sytuacji nie zaprzestaję jednak szukać oryginału i jeśli tylko taka okazja się trafi, to uzupełniam swoją kolekcję.

Niestety, osób takich jak ja nie jest zbyt dużo, chociaż - mam nadzieję - coraz więcej. Oczywiście, nie chcę tutaj uchodzić z osobę bez skazy ni zmazy - nieraz korzystałem z zasobów internetu, zdarzyło mi się też, w bardzo młodym wieku, kupić coś na giełdzie. Ale staram się nie korzystać z nielegalnego oprogramowania - wiem bowiem, że twórcom gier, filmów czy muzykom z nieba kasa nie spadnie. Żeby oni zarobili, ja muszę kupić.

Czytaj także

Czytaj także