Blair i Van Rompuy

Blair i Van Rompuy

Dodano:   /  Zmieniono: 
W opublikowanych kilka dni temu pamiętnikach były premier Wielkiej Brytanii, Tony Blair przyznaje, że faktycznie chciał być pierwszym unijnym prezydentem. Można sobie zadać pytanie, czy byłby lepszy na tym stanowisku od Hermana Van Rompuya. I odpowiedź na nie wcale nie jest oczywista. Bo Van Rompuy, początkowo okrzyknięty szarą urzędniczą myszą, po niespełna roku pokazuje i zęby, i pazury.
Z wielu fragmentów wspomnień byłego brytyjskiego premiera skoncentruję się na tych ostatnich, związanych z wyborem pierwszego w historii stałego przewodniczącego Rady. Jesienią ubiegłego roku Blair rzeczywiście był wymieniany jako jeden z kandydatów na to stanowisko lub ewentualnie na pozycję szefa unijnej dyplomacji. Jego atutami było przede wszystkim nazwisko i pozycja międzynarodowa. Blair był postrzegany jako ten silny kandydat, który byłby nie tylko twarzą Europy, ale i jej potencjalnym rzeczywistym liderem. Ale jego grzechem pierworodnym było brytyjskie pochodzenie (jakże to na czele Europy miałby być jakiś brytyjski eurosceptyk! Choć swoją drogą Blair był najbardziej proeuropejskim politykiem z Londynu) i co się z tym pośrednio łączy proamerykańskość. No i przede wszystkim poparcie i zaangażowanie w wojnę w Iraku. Takiego kandydata nie mogły poprzeć kraje starej Europy. Pokonał zatem Blaira kandydat, będący jego przeciwieństwem, eks premier Belgii Herman Van Rompuy. Pochodzący z niewielkiego starounijnego kraju, nie mający ambicji i mentalności gwiazdorskiej, okrzyknięty na wstępie szarą urzędniczą myszą Van Rompuy gwarantował, że nie zagrozi pozycji największych unijnych krajów. Po niespełna roku urzędowania byłego premiera Belgii można już pokusić się o jego ocenę. Bardzo wymowna była konferencja prasowa po ostatnim, czerwcowym szczycie unijnym. przed dziennikarzami stanęli Van Rompuy i dotychczasowa gwiazda Brukseli, szef Komisji Europejskiej, Jose Manuel Barroso. Barroso przyzwyczajony do tego, że to jemu głównie zadaje się pytania z coraz większą konsternacją obserwował, jak kolejne pytania są kierowane pod adresem Van Rompuya. Ten ostatni, usłyszawszy ostanie już pytanie powiedział, że teraz może pan Barroso coś powie. To, o czymś świadczy. O tym, że wśród brukselskich dziennikarzy zdążyła się już wyrobić opinia, że to Van Rompuy jest od merytorycznych spraw i konkretniejszych odpowiedzi.
Czy Blair byłby lepszy? Byłby na pewno bardziej rozpoznawalny, mówiąc wprost, byłby gwiazdą, której każde pojawienie się na światowych salonach wywoływałoby zainteresowanie. Ale czy potrafiłby tak, jak Van Rompuy, skupić się przy okazji na żmudnej pracy? Czy mógłby być negocjatorem? Van Rompuyovi oponenci zarzucają, że jest marionetką w rękach przywódców największych unijnych krajów? Ale czy Blairowi udałoby się wywalczyć niezależność? Ja nie umiem udzielić na to jednoznacznej odpowiedzi. Jeszcze jedno – Europie bez wątpienia potrzeba polityka formatu męża stanu i jednocześnie obdarzonego zdolnościami wizjonerskimi. Van Rompuy wizjonerem nie jest. Ale nie jest nim także Blair.
Na marginesie – Blair pisząc o George’u Bushu przypomina, że nie potrafił on zapamiętać twarzy innego byłego premiera Belgii, Guy Verhofstadta. Za każdym razem, kiedy go widział (ba! Wysłuchiwał jego porad i wskazówek) pytał Blaira „Tony, kim jest ten facet?”.

Czytaj także