Kadafi nasz wróg

Kadafi nasz wróg

Dodano:   /  Zmieniono: 
Muammar Kadafi zatoczył w swym życiu koło – od anonimowego oficera (1961 – 1969) poprzez przywódcę istotnego państwa Afryki Północnej (1969 – 2011?), acz znienawidzonego przez Zachód (1973 – 2003). Kolejnym etapem był zaskakujący powrót na światowe salony (2003 – 2011). Na koniec znów ma samych wrogów, którzy odwrócili się od niego w chwili kryzysu.
Z obecnej sytuacji w Libii płynie jedna istotna lekcja – wszelkiej maści dyktatorzy mogą liczyć na pomoc tak długo, jak długo są przy władzy i mogą być przydatni. Gdy ją tracą, a sytuacja w rządzonym przez nich kraju staje się zła lub – jak w przypadku Libii – fatalna, Zachód odwraca się od swojego dawnego przyjaciela stawiając na nowego gracza. Tak było z Saddamem Husajnem, w latach osiemdziesiątych bliskim przyjacielem Stanów Zjednoczonych i do pewnego stopnia także Izraela. Tak teraz jest z Muammarem Kadafim, który jeszcze kilka tygodni temu był uważany za przywódcę odpowiedzialnego, który zrozumiał swoje błędy. (zob. tutaj).

Teraz nikt za Kadafiego umierać nie chce. Każdy kto może się od niego odcina przyłączając się do kampanii ataków, przypominających scenę ukamieniowania w „Żywocie Briana”. Nawet gwiazdy muzyki, takie jak Usher, Nelly Furtado czy Beyonce zapowiedziały oddanie gaży za koncert dla rodziny Kadafich. Żałują, że śpiewali dla tak niegodziwego dyktatora. Jednym słowem, stał się enfant terrible światowej polityki, a przecież to taka sama osoba co kilka tygodni temu. Nic się przecież nie zmieniło. Poza tym, że Kadafi nie ma już władzy i nie jest nikomu potrzebny.

Warto pamiętać, że obecne oskarżenia pod adresem Kadafiego, choć słuszne (Lockerbie, Rzym, Wiedeń, Berlin), ociekają hipokryzją bowiem płyną z ust polityków tych państw, które nie tylko Kadafiego tolerowały, co przede wszystkim do ostatniej chwili go wspierały. Przypomnieć należy choćby opisywaną przeze mnie jakiś czas temu współpracę włosko – libijską celem likwidowania nielegalnych imigrantów starających się dostać do Unii Europejskiej. Łódki z uciekinierami były zatrzymywane przez Libijczyków i ślad po nich ginął. A przecież wiadomo było, że Libijczycy nie gościli Afrykańczyków herbatą i ciasteczkami. Jeszcze kilka tygodni temu nikomu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie – Libia miała otrzymać pomoc w wysokości 5 miliardów dolarów jako nagrodę za swoją efektywność.

Zachód podnosi larum, bo Kadafi łamie prawa człowieka i ponoć strzela do swoich obywateli. Czy jednak wcześniej nie widziano kim jest Kadafi? A może sytuacja byłaby inna, gdyby od 2006 roku reżim dyktatora nie otrzymywał pomocy finansowej i technicznej z amerykańskich programów wojskowych (IMET, TSCTP, NADR, ESF, FMF)?. Może byłoby inaczej, gdyby rząd Wielkiej Brytanii nie rozpoczął szkolenia libijskich służb bezpieczeństwa? Zadanie to powierzono elitarnym siłom SAS. Wówczas tylko żołnierze z tej jednostki byli przeciwni. Jak pisał na łamach „The Telegraph” Robin Horsfall (członek SAS biorący udział w szturmie na irańską ambasadę w 1980 roku), „SAS ma długą historię zwalczania terroryzmu, pamięta straconych kolegów – pamięta ich nazwiska, gdzie zginęli i kto ich zabił”. Ale w światowej polityce to nie ma znaczenia – wrogość i przyjaźń są ulotne, a pamięć znika, gdy pojawiają się interesy.

Czytaj także