E-podręczniki do nauki wsadzania na minę

E-podręczniki do nauki wsadzania na minę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ministerstwo Edukacji Narodowej uczy, bawi, wychowuje. Uczy nieufności, bawi swymi decyzjami, wychowuje do sądowych procesów. Taki wniosek płynie z historii tworzenia e-podręczników
Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle – takie są praktyczne skutki funkcjonowania państwa. Rząd głosi wzniosłe idee, snuje fantastyczne plany, roztacza świetliste miraże. A wychodzi z tego kupa nieszczęśliwych decyzji i złych rozwiązań. Nie wiem, czy to jest cecha tylko tego rządu, czy wszystkich rządów czy też to my, Polacy, jesteśmy jacy tacy, byle jacy. Wiem, że wszyscy za tę bylejakość płacimy.

Oto rząd z pompą ogłosił realizację programu „Cyfrowa szkoła”, który ma wprowadzić do oświaty nowoczesną technologię. Jednym z elementów tego programu unowocześniania jest projekt e-podręcznik. Projekt zakłada stworzenie minimum 18 darmowych dla uczniów i rodziców podręczników w formie elektronicznej. Z podręczników ma za 3 lata korzystać 40 proc. uczniów i nauczycieli. Pieniądze – 45 mln zł – da Unia Europejska.

Pięknie? Co tam pięknie – fantastycznie! Podręczniki będą za darmo, w dodatku w formie, panie dzieju, elektronicznej. Nic, tylko się cieszyć. Ale niestety, realizacja projektu wygląda na kupę nieszczęść.

Edukacja, spółka z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością

Tworzenie e-podręczników to złożona technologia. Toteż ministerstwo zleciło podległemu sobie Ośrodkowi Rozwoju Edukacji rozpisanie przetargu na chętnych do udziału w realizacji projektu. Przetarg wygrała zupełnie nieznana w branży e-learningu firma Progress Framework.

Jak informowała „Rzeczpospolita”, Progress Investments to nazwa handlowa firmy Progress Framework sp. z o.o. Na tej stronie internetowej firma chwaliła się kapitałem założycielskim w wysokości 700 tys. W witrynie internetowej, gdzie reklamuje się jako partner technologiczny e-podręcznika, podawała kapitał o wysokości ponad 1,2mln zł. Wyszła z tego, ujmując rzecz delikatnie, nieścisłość, ale to pryszcz.

Ciekawsze, że Progress Investments wykonał już kilka aplikacji wykorzystywanych w edukacji. Wykonał je dla fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej. A dyrektorem w tej fundacji była przez 3 lata pani Joanna Berdzik. Która obecnie jest wiceministrem w ministerstwie i odpowiada w ministerstwie za program „Cyfrowa szkoła”. I która przed nominacją na wiceministra była też szefem Ośrodka Rozwoju Edukacji.

Czy to przypadek, że przetarg, zorganizowany przez instytucję, którą przed ministerialną karierą kierowała pani Berdzik, wygrała firma, która wcześniej też zatrudniała panią Berdzik? Może, ale po protestach konkurentów Progress Investments minister edukacji Krystyna Szumilas zleciła przeprowadzenie specjalnej kontroli w Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Wedle „Rzeczpospolitej”, Centrum Edukacji Obywatelskiej wygrało też zorganizowany przez Ośrodek Rozwoju Edukacji i wart blisko 27 mln zł konkurs na organizację szkoleń dla dyrektorów szkół i nauczycieli. Ciekawe, że Ośrodek Rozwoju Edukacji rozpisał taki przetarg, mimo że sam może szkolić nauczycieli.

MEN zaprasza na minowe pole

Ale to nie wszystko, co brzydko wonieje kupą nieszczęść. Bo ministerstwo namawia do udziału w projekcie różne instytucje, np. uczelnie. Sprawa projektu wygląda na poważną, dodającą splendoru no i nader opłacalną, więc szacowne ośrodki naukowe zatarły z radości ręce. Tyle, że namawianie przez MEN do udziału w projekcie tworzenia e-podręczników może okazać się wsadzaniem szacownych ośrodków naukowych na minę.

Bo przeciwko tworzeniu darmowych e-podręczników zaprotestowali wydawcy tradycyjnych książek. Wydawcy zapowiadają, że jeżeli ośrodki naukowe wezmą udział w projekcie e-podręczników, to za ten udział nie dość, że mogą nie dostać złamanego grosza, to na dokładkę mogą zapłacić wysokie kary pieniężne, które ma prawo nałożyć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Okazuje się bowiem, że jeżeli 40 proc. rynku ma być opanowane przez darmowe e-podręczniki, to takie posunięcie narusza ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, która zabrania sprzedaży towarów lub usług poniżej kosztów ich wytworzenia lub świadczenia albo ich odprzedaży poniżej kosztów zakupu w celu eliminacji innych przedsiębiorców.

To nie wszystko. Inna ustawa, o ochronie konkurencji i konsumentów, zakazuje zawieranie porozumień, które mają wyeliminować czy ograniczać konkurencję na rynku, np. poprzez eliminowanie z niego pozostałych przedsiębiorców.

Tęgie miny urzędników

Mówiąc krótko, MEN planuje za publiczne pieniądze opanować 40 proc. rynku wydawniczego, ograniczając tym samym na nim konkurencję i go monopolizując, co może oznaczać naruszenie prawa. To może spowodować, że decyzje o realizacji projektu e-podręczników staną się nieważne a szacowne ośrodki naukowe zaangażowane w projekt narażą się na duże straty i sądowe nieprzyjemności. Zamiast góry pieniędzy, będą miały kupę nieszczęść.

Na dokładkę mnożą się wątpliwości co do prawidłowości przeprowadzenia publicznego przetargu, w którym stawką są ogromne publiczne pieniądze.

I tak w działa państwo. W słowach chce uszczęśliwiać, rozdawać, unowocześniać. A w praktyce organizuje przetargi, które samo potem poddaje specjalnym kontrolom i wsadza obywateli na miny, bo któryś z urzędników nie zapoznał się z przepisami prawa. Niestety, wylatywanie w powietrze po wybuchu miny nie jest równoznaczne ze znalezieniem się w siódmym niebie.

Czytaj także