Następca Asada według Amerykanów

Następca Asada według Amerykanów

Dodano: 
Ameryka już raz tak się zakochała w człowieku. Na początku lat 90., podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, prezydent George Bush senior zatrzymał dywizje przed Bagdadem, bo nie miał pomysłu, co zrobić z Irakiem po ewentualnym obaleniu Saddama Husajna. Taki pomysł pojawił się dopiero w 1993 r. w osobie Ahmeda Chalabiego.
Elegancki, wygadany, elokwentny - Chalabi był idealnym kandydatem na prezydenta Iraku. Polityk był szyitą, tak jak większość Irakijczyków, a jednocześnie był przywiązany do świeckiego modelu państwa. Zauroczył amerykańskich neokonserwatystów na czele z Donaldem Rumsfeldem do tego stopnia, że ci nazwali go „irackim Jerzym Waszyngtonem”. Jako szef Irackiego Kongresu Narodowego, zrzeszającego emigrację niechętną Husajnowi, Chalabi roztoczył przed Amerykanami świetlaną wizję Iraku pod jego rządami, których to po cichu miała domagać się większość Irakijczyków. W zamian za obalenie dyktatora, obiecywał dozgonną wdzięczność współobywateli, która przyjęłaby oczywiście bardzo praktyczny wymiar surowcowy. Jednocześnie przekonywał, że według jego źródeł, które były ponoć najlepiej poinformowane w całym Iraku, Saddam Husajn dysponuje bronią masowego rażenia, którą wykorzysta, jeśli Amerykanie natychmiast nie interweniują. Jak wielkie musiało być rozczarowanie Amerykanów, gdy okazało się już po inwazji w 2003 r., że w Iraku prawie nikt nie słyszał o Chalabim, tak jak nikt nie słyszał o broni masowego rażenia.

Dziś wielka nadzieja Amerykanów nazywa się Manaf Tlass. Kilka dni temu „Wall Street Journal”, powołują się na anonimowe źródła w Białym Domu, napisał że jest on głównym kandydatem na „lidera transformacji” po obaleniu w Syrii Baszara al-Asada.

Generał Manaf Tlass zbiegł z Syrii 6 lipca. Jest jak na razie najbardziej prominentnym członkiem reżimu, który przeszedł na stronę rebeliantów. Podczas konferencji prasowej w Paryżu zadeklarował, że „odrzuca morderczą drogę tego (syryjskiego – przyp.red.) reżimu”.

To zrozumiałe - musiałby odrzucić samego siebie. Tlass pochodzi z rodziny, która od początku służyła Asadom. Jego ojciec, Mustafa, przez ponad 30 lat był syryjskim ministrem obrony, królem życia – romansował z Sofią Loren, uwielbiał poezję, był świetnym kucharzem. A przy okazji jego żołnierze wymordowali tysiące przeciwników reżimu.

Manaf wychowywał się u boku Baszara. Przed ucieczką dowodził Gwardią Republikańską, czyli najbardziej lojalną formacją w armii syryjskiej. Teraz nagle okazuje się, że jako jedyny dowódca w całej armii, sprzeciwiał się siłowemu rozwiązaniu i zawsze chciał rozmawiać z rebeliantami. Dziś Tlass chce służyć opozycji i zjednoczyć jej siły w kraju i zagranicą. Po ucieczce z Syrii był już w Ankarze, gdzie zapewnił szefa tureckiego MSZ, że nie dopuści, aby Syria rozpadła się, co oznaczałoby powstanie kurdyjskiego państewka u południowych granic Turcji. W ubiegłym tygodniu Tlass odbył pielgrzymkę do Mekki (trudno powiedzieć czy zabrał ze sobą swoje dwa nieodłączne atrybuty - czyli cygaro i butelkę whiskey) i przy okazji omówił swoją przyszłość z Saudami, którzy dziś są głównymi dostawcami broni dla syryjskich rebeliantów.

Ciekawe tylko, czy syryjscy rebelianci wiedzą już, że mają nowego „lidera transformacji”? Znany syryjski opozycjonista Moaz al-Dżahhar napisał, że ucieczka Tlassa to farsa: „Teraz następny z Syrii ucieknie Baszar al-Asad i przyłączy się do rebeliantów”. Amerykanom to jednak nie przeszkadza. „Wall Street Journal” pisze nawet, że Biały Dom już konsultował kandydaturę Tlassa z Saudyjczykami i Irakijczykami. Generał wszystkim ponoć odpowiada.

Ahmed Chalabi miał zagwarantować Amerykanom, że Irak bez Husajna nie rozleci się na kilka mniejszych państw. A jednocześnie miał być „swoim” człowiekiem na szczycie władzy w wyzwolonym Bagdadzie. Dziś jest na czarnej liście – Amerykanie podejrzewają go o oszustwa finansowe i współpracę z Iranem.

Błyskawiczna „kariera” Manafa Tlassa pokazuje, że Amerykanie są jednak niereformowalni.

Czytaj także

Czytaj także