Kowal – kucharz – obserwator

Kowal – kucharz – obserwator

Kiedy w mojej obecności jakiś okrutnik szarpie kobietę i zamyka ją w piwnicy to jestem w stanie zrobić różne rzeczy. Z wyjątkiem jednej - nie potrafię umówić się z takim człowiekiem, na kawę i pogaduchy na temat savoir-vivre. I z tego właśnie powodu nie będę polskim dyplomatą na Ukrainie.
Nasi dyplomaci, posłowie do Parlamentu Europejskiego, a nawet najważniejsi urzędnicy państwa od miesięcy bawią się w taką grę. Jadą do Kijowa, marszczą tam brwi (ale bez przesady) i wymieniają uwagi na temat demokracji z przedstawicielami lokalnej satrapii. Gdy wracają do Polski znów prawią komunały na temat demokracji. A szeptem (takim słyszalnym szeptem) dodają: „Niestety taka jest nasza racja stanu, nie mamy wyjścia, a zresztą ta baba nie jest znów takim aniołkiem”. Tu robią zbolałą minę, żeby społeczeństwo wiedziało, jak polskiej racji stanu cierpią.

Mnie taka racja stanu się nie podoba. Jaki interes Polski zakazuje mi ujmować się za bitą kobietą, a nakazuje drapać za uszkiem tyrana? No, ale już wspominałem, że żaden ze mnie dyplomata.

Problem w tym, że tęgie łby od realpolitik wpadają w coraz większą pułapkę. Zilustruję to przykładem Pawła Kowala – szefa delegacji europarlamentarnej do współpracy UE - Ukraina. Żeby była jasność – tego polityka mam za uczciwego i kompetentnego, a w tych czasach to towar rzadki. Jest on od lat zaangażowany w sprawy ukraińskie. Marzy by Kijów był jedną ze stolic Unii Europejskiej. Chce tego tak bardzo, że zgodził się nawet prowadzić program kulinarny „Smak Europy” w niezależnym kanale TVI. Kowal przebrany za kucharza serwuje parówki a la wolność słowa i demokratyczne puree z dodatkiem brukselki. W wolnym czasie zaś odwiedza w kryminale Julię Tymoszenko.

Na jego antypodach jest szef komisji ds. zagranicznych PE Elmar Brok, chadek. Ten nie gotuje, nie odwiedza, tylko mówi. Co mówi? Że z tymi co biją kobiety się nie zadaje i, że cała Unia nie powinna tego robić. Bo Unia to taki klub, w którym bicie kobiet nie uchodzi. Ostatni raz panowie starli się przy okazji walki o stołek szefa misji obserwacyjnej na ukraińskie wybory parlamentarne. Brok przedstawiał się jako jastrząb demokracji, Kowal musiał – w imię polskiej racji stanu (która bicie białogłowy dopuszcza) – kombinować. Tak to Niemiec okazał się większym demokratą od Polaka. Oczywiście Brok przegrał (wycofał się przed głosowaniem), bo zdradziła go Platforma Obywatelska. Choć ta partia jest w jednym klubie z niemiecką chadecją tym razem poparła wrażego Kowala – konserwatystę (w imię bolesnej polskiej racji stanu). Postanowiłem zasięgnąć języka na temat Broka u znajomego posła PE. Co usłyszałem?

- Proszę pana! Ten Brok to jest bardzo żarłoczny Niemiec!
- Jak to?
- Już wyjaśniam! Brok tylko udaje miłośnika ukraińskiej demokracji. Bo tak naprawdę jest miłośnikiem rosyjskiej putinokracji!

Robi wszystko, nawet ujmuje się za Julią Tymoszenko, byleby opóźnić marsz Ukrainy na Zachód. Bogu dzięki, że się na go udało powstrzymać.

Poparzyłem na różne rzeczy, które robił Brok i nie wykluczam, że jest wilkiem w owczej skórze. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w pułapce, w którą sami wpadamy.

Bo na ile rzeczy będziemy musieli jeszcze przymknąć oczy broniąc prozachodniego kursu Ukrainy? Jak długo będziemy musieli udawać, że mamy tam do czynienia z kulawą, ale jednak demokracją? Ile energii stracimy na pudrowanie syfilisa?

Argumentów będziemy mieli niestety coraz mniej. Elmar Brok jeszcze raz zarzuci skórę owieczki i będzie pytał: „Czy poseł Kowal jest pewny, że wybory były demokratyczne? Czy Kowal uważa, że media na Ukrainie mają swobodę działania? Czy często w demokratycznych państwach liderzy opozycji oglądają proces głosowania zza krat?” Zapyta słusznie – nawet jeśli spod owczej skórki, będą błyszczały wilcze oczka. Jeśli Janukowycz nie dopuści fałszerstw, to o wolnych wyborach trudno będzie mówić. Przecież wybory to „nie jeden dzień i jedna noc”, a cały proces (Kowal to wie, bo to jego słowa).

Tymczasem warto pamiętać, że to Polska w Unii Europejskiej w stu procentach odpowiada za projekt Ukraina. My wymyśliliśmy Partnerstwo Wschodnie – które miało zdemokratyzować cały region (wszyscy zadowoleni z rezultatów?) Nasz człowiek jest ambasadorem UE w Kijowie. Nasz człowiek jest szefem komisji ukraińskiej w PE, nasz człowiek przewodniczy obserwatorom, nasz prezydent tam jeździ – gdy inni omijają Janukowycza szerokim łukiem. Mamy wszystkie instrumenty. Używamy ich do mętnej gierki, w której nie wolno nazwać niczego po imieniu: tyrana – tyranem, półdyktatury – półdyktaturą.

Myślę, że niedługo ukraińska opozycja, prozachodnie elity, niezależni dziennikarze mogą nas za to przestać lubić. Bo niby dlaczego traktujemy Ukraińców jak półmózgów. Dlaczego wymyślamy dla ich kraju jakieś nowe, niebywałe standardy? Dlaczego wspieramy faceta, który niszczy ten kraj? Czy dlatego, że nie lubimy Putina? Unia Europejska to porozumienie tych, którzy przestrzegają pewnych zasad (na przykład nie biją kobiet).

Boję się, że taka realpolityka tylko wzmacnia złe tendencje na Ukrainie. Janukowycza nie powstrzyma się dobrym słowem, on będzie robił swoje. Pojął to Senat USA, który przyjął rezolucję potępiającą ukraiński reżim. Jest tam groźba odmowy wjazdu do Stanów Zjednoczonych jego przedstawicieli. To w Kijowie zrobiło kolosalne wrażenie – o na opozycji i na rządzących. I jedni i drudzy zrozumieli, że Waszyngton to nie Warszawa.

Co będzie, gdy Janukowycz kpiąc z naszej realpolitik nie zmieni się w demokratę? Unia Europejska nas rozliczy? Każe oddać zabawki? Przyznamy się do błędu? To znaczy, że sukces albo klęska naszej polityki wschodniej zależy od zachowania jednego człowieka, a jest nim Janukowycz? No to mamy dość wąskie pole manewru. Mam nadzieję, że się mylę. Mam nadzieję, że jest jakiś plan – którego nie pojmuje.

Boję się jednak, że go nie ma. TVI po wyborach będzie musiała nadawać spoza Ukrainy (jak Biełsat). Kowal znów będzie kucharzem. Tyle, że będzie pokazywał Ukraińcom z czym jeść pasztet po białorusku.


Paweł Reszka na Facebooku

Czytaj także