Wyrób dziennikarskopodobny

Wyrób dziennikarskopodobny

Figlarze związani z partią władzy na Ukrainie zrobili sobie telewizyjne show. Podają się za dziennikarzy śledczych i robią programy. Oczywiście temat jest jeden: "Jaka podła ta opozycja”.
Najgłośniejszy program dotyczył Julii Tymoszenko. Figlarze - znanymi tylko sobie sposobami - podglądali byłą premier Ukrainy w szpitalu, w którym Tymoszenko odbywała karę więzienia. Wyszło im, że "chora na kręgosłup" Julia siedzi, czyta, pisze, a nawet chodzi. Znaleźli świadka, który twierdził, że śmiga po sali na wysokich obcasach. Co to znaczy? Kręgosłup to tylko ściema.

Program był emitowany zaraz po wieczornych wiadomościach. Tylko trwające chwilę napisy na końcu informowały, że to nie materiał dziennikarski, a jedynie agitacja przedwyborcza.

Można się zżymać na zdziczenie obyczajów na Ukrainie. Jednak i w Polsce jest szansa, że dziennikarzy zastąpią wyroby dziennikarskopodobne. Są już tego pierwsze oznaki. W Sejmie ostatnio widujemy lobbystów (albo byłych lobbystów), PR-owców (albo byłych PR-owców), którzy noszą plakietki z napisem „Prasa”. Nie wiem, co robią w Sejmie, ale dziennikarzami na pewno nie są. Ten kto był lobbystą, pracownikiem firmy PR, rzecznikiem, urzędnikiem, politykiem - powinien mieć drzwi do zawodu zamknięte na zawsze. To prawo działało kiedyś. Dziś już nie działa.

A nie działa, bo dziennikarstwo jest słabe i biedne. O wydawcach prasy ostatnio dyskutuje się nie jako o ludziach, którzy chcą pokazywać rzeczywistość i patrzeć władzy na ręce, ale jak o starych alimenciarzach o pokrętnej duszy.

- Czy Twój ci już zapłacił?

- Tak, a Twój?

- Na razie połowę, ale obiecał, że reszta będzie po 15.

Reporterzy boją się podejmować trudne tematy, bo nie są pewni, czy ich „alimenciarz” wstawi się za nimi w sądzie, czy też będą musieli odpowiadać i płacić w razie przegranej sami. Nad wszystkimi wisi paragraf 212 kk, dzięki któremu każdy dziennikarz może szybko stać się kryminalistą.

Nie chcę wylewać krokodylich łez, bo środowisko ma się za co uderzyć w piersi. Jesteśmy upolitycznieni, podzieleni, niezbyt mądrzy. Kilka ważnych tekstów z przeszłości– co wyszło po latach – było mocno przestrzelonych. Dziś wielu z nas nie potrafi sobie poradzić w warunkach kryzysu.

Jednak – i w to wierzę – nie jesteśmy skorumpowani i ciągle uważamy, że bierzemy pieniądze za to, żeby patrzeć władzy, biznesowi, politykom na ręce. Albo żeby opowiadać o tym jak jest.

Widać to w wielu publikacjach – choćby ostatnio o Amber Gold i o tym co wyczynia MSZ w sprawach białoruskich. Widać to po pracy dziennikarzy w Sejmie. Widać po kilku naprawdę niezłych książkach reporterskich.

To się niezbyt podoba politykom i biznesmenom. Ci, którzy mają pieniądze, potrafią ich użyć, żeby uciszyć niepokorne redakcje. Ci, którzy mają władzę, potrafią obsobaczyć dziennikarza: „Won do PiS-u”. Potem płoną wozy transmisyjne, a anonimy w internecie oplugawiają reporterów.

Dzięki politykom i biznesmenom – którzy wolą mieć spokój, dzięki słabości środowiska, jest społeczne przyzwolenie na takie działanie. Nie wiem gdzie się to skończy, ale boję się, że skończy się niedobrze.

Już zaczynają pojawiać się - na razie zawoalowane - groźby wobec bardzo znanych i bardzo dobrych dziennikarzy. Wiem, co piszę i mam nadzieję, że nikt nie zechce posunąć się dalej. Byłoby to niezwykle groźne nie tylko dla reporterów (akurat ci, o których piszę, poradzą sobie doskonale), ale dla stanu państwa. Mówię, to serio.

Przez lata widziałem jak postępował podobny proces w Rosji. Zaczęło się od oplugawiania i obrzydzania dziennikarzy. Potem przejmowano media i w miejsce oplugawionych zatrudniano takich, którzy byli łasi na kasę i zaszczyty. I zawsze potrafili się odwdzięczyć „tekstem po linii”. A końcu – tych co mimo wszystko usiłowali pracować normalnie - bito i zabijano. Kiedy już dziennikarzy zabijali, to społeczeństwo biło brawo: „Dobrze im tak, bo dziennikarze to k…”

Jedną z takich „k…” - jak rozumiem - była Anna Politkowska. Jedna z najodważniejszych i najuczciwszych reporterek jakie poznałem w życiu. Politkowska nie oszczędzała nikogo: ani Federalnych, ani Czeczenów – to znaczy wrogów miała wszędzie. Nikt, ona też, nie liczył ile razy była pod ostrzałem, ile widziała trupów, ilu rannych, ilu ludziom pomogła.

Jedni tchórze wyzywali ją przez lata, inni tchórze grozili jej przez lata, a jeszcze inni zamordowali w centrum Moskwy, wystrzałem z pistoletu.

To smutna historia. Znana na razie z Rosji.

Czytaj także