Cyfryzacja szkół na resortowym papierze

Cyfryzacja szkół na resortowym papierze

Dodano:   /  Zmieniono: 
Minister edukacji Krystyna Szumilas brnie w działania, które można skwitować znanym powiedzeniem - „miało być dobrze, a wyszło jak zwykle”. Źle przygotowany program „Cyfrowej Szkoły” niczym czarna dziura już teraz wessał ogromne pieniądze. Ale nic to, MEN chciałby wrzucić do dziury jeszcze parę miliardów
Na papierze wszystko wygląda pięknie. Pod koniec roku szkolnego MEN ogłosiło zakończenie pierwszego etapu programu Cyfrowa Szkoła. W ciągu rozpoczętego w kwietniu ub.r. pilotażu w 400 szkołach, przeprowadzono około 50 tys. lekcji z wykorzystaniem tzw. TIK, czyli technologii informacyjno-komunikacyjnych. Uczestniczyło w nich ok. 70 tys. uczniów a ok. 7 tys. nauczycieli różnych przedmiotów stosowało TIK w nauczaniu.

Czyli triumf? Niekoniecznie, czego dowodzi mała lekcja matematyki. Przyjmijmy, że w ramach programu 7 tys. nauczycieli stosowało nowoczesne technologie prowadząc 50 tys. lekcji. Z tego wynika, że przez ponad rok funkcjonowania programu każdy nauczyciel biorący w nim udział, przeprowadził średnio tylko ok. 7 lekcji.

Ale nie czepiajmy się ilości, bardziej chodzi o jakość. Nawet media kibicujące działaniom MEN donoszą o złym przygotowaniu programu, szczególnie w zakresie przygotowania nauczycieli. Wystarczy taki obrazek: Przed uczniami na ławkach leżą laptopy, obok nich zeszyty. Nauczycielka na interaktywnej tablicy wyświetla matematyczną definicję, choć uczniowie widzą ją na ekranach laptopów. Po czym nauczycielka poleca uczniom, aby definicję... przepisali do zeszytów.

Wygląda więc na to, że MEN, wprowadzając TIK, eksperymentuje na żywym organizmie za pomocą metody prób i błędów. Radośnie kupuje drogi sprzęt, zaniedbując przygotowania szkół do korzystania z niego. I nie zniechęcone błędami, pragnie wywalić dużo większe pieniądze na swoje eksperymenty. Bo niedawno okazało się, że resort chce pozyskać na kontynuację programu Cyfrowej Szkoły ok. 6,5 mld zł z funduszy unijnych na lata 2014-2020.

Dodatkowy smaczek to fakt, że część kosztów związanych z cyfryzacją będą miały pokryć samorządy. Te same samorządy, które już teraz ledwo finansowo zipią. A co będzie, jeżeli tych pieniędzy im zabraknie? Podwyższą lokalne podatki? Wstrzymają niezbędne inwestycje?

Na koniec trzeba wspomnieć o groźbie dewastacji rynku wydawniczego, zagrożonego rządową chęcią zalania go darmowymi e-podręcznikami. Ale co tam wolny rynek, skoro mamy pięknie spisane, rządowe programy cyfryzacji.

Tak oto dostajemy, wraz z uczniami i nauczycielami, kolejną lekcję kosztownej bylejakości. Wnioski proszę przepisać do zeszytu i podkreślić szlaczkiem.

Czytaj także