Książki, których nie doczytałem

Książki, których nie doczytałem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie przy każdym tomie jestem w stanie dotrwać do ostatniej strony. Z najróżniejszych powodów.
I znowu miałem sporo tygodni przerwy w blogowaniu, acz czytałem i czytałem. I czytałem. I przeczytałem kilkanaście książek o których tu już niedługo - od biografii Bowiego, po opowiadania Pratchetta od nowej powieści Lehane'a po naukowy traktat o liczbach, od książkowego wywiadu z Marianem Kociniakiem po komiks wspominający słynny warszawski klub Fugazi. Ale nie przeczytałem wszystkich, które zacząłem. Niestety. Trochę mi wstyd, ale nie dałem rady. I to jeszcze czasem chodzi o książki znajomych. By nie rzec dobrych kolegów.

No to od takiej zacznijmy. Bo oto wziąłeś się któregoś razu za pozycję grubą, zacną i na temat. Przez dekadę przy różnych okazjach, gdy spotykałem Andrzeja Franaszka on wciąż pracował nad tą biografią Miłosza. Kiedyś nawet spotkaliśmy się w Nowym Jorku i on tam był po to, by zbierać do niej materiały. No i skończył. I wydał (rzecz nazywa się w sposób dość oczywisty „Miłosz”. I wszyscy się zachwycili. Trochę mi zeszło zanim sięgnąłem po ten monumentalny tom i zacząłem. Przeczytałem dwa rozdziały, zobaczyłem jak benedyktyńska to jest robota, jak każdy detal z życia Czesława Miłosza Andrzej znalazł, wyprowadził jego połączenia z twórczością Noblisty, zanalizował tę twórczość i podał ją w sposób przystępny i precyzyjny zarazem. Tyle, że po dwóch rozdziałach stwierdziłem, że wszystko pięknie, tylko w ogóle mnie to nie interesuje. Nigdy jakoś nie wciągnęła mnie poezja Miłosza, więc spędzenie z nim kilku tygodni, nawet na tak wysokim poziomie merytorycznym i stylistycznym, mnie nie interesuje. Więc z całym szacunkiem dla mojego najlepszego kolegi z roku na polonistyce, tym razem jego książki nie doczytam. Może gdyby to było o Gałczyńskim, albo Tuwimie...

I to przypomniało mi, że przecież mam taką książkę o Tuwimie. Od lat. I wciąż jej nie przeczytałem. Rzecz nazywa się „Twarz Tuwima” i napisał ją Piotr Matywiecki. Odnalazłem więc ten tom na jednej z półek i zacząłem. I po kilkudziesięciu stronach wymiękłem. Bo to - w przeciwieństwie do „Miłosza” - to jakiś pretensjonalny słowotok, gdzie pan wie lepiej od wszystkich przed nim (a pewnie i od samego Tuwima), co autor „Lokomotywy” w którym momencie swej poetyckiej drogi chciał powiedzieć, a jeśli nawet mówił coś przeciwnego, to przecież pewnie przez pomyłkę. To książka o jej autorze, a nie o Tuwimie. Nie tego chciałem i nie widzę najmniejszego powodu, by czytać ją dalej. Już oddałem ją do mojej lokalnej biblioteki i niech sobie tam leży. Może kiedyś komuś do czegoś się przyda, ale ja dziękuję. Nie skorzystam.

To teraz o powieści. Też kolegi. I to jeszcze z fantastyki, czyli gatunku, który wchłaniam wiaderkami. A tu jakoś nie mogę. Przepraszam. Rzecz o „Demokratorze” Piotra Goćka. Fabule wielowątkowej, miejscami zabawnej, mocno przekombinowanej i fabularnie i językowo. Ale jakoś nie mogę. Może to podświadoma zazdrość, że kolega wydał własną powieść, a ja do tej pory tylko dopisałem troszkę Żeromskiemu. A może to jest tak odjechane leksykalnie, że mnie męczy. Po prostu. Nie sprawia mi ta lektura przyjemności. Gdy zmagam się z eksperymentami językowymi Dukaja, Stephensona czy Burgessa to chcę brnąć dalej. Bo coś dla mnie z tego brnięcia wynika, widzę, że czemuś ono służy. Tu poza niektórymi zabawnymi wariacjami na nowomowę nie widzę nic. A z kolei jeśli miałbym się bawić fabułą, to ten język tylko mi przeszkadza. Ponieważ zawsze mam kilka książek w trakcie, zauważyłem, że za każdym razem gdy sięgam po cokolwiek, „Demokrator” jakoś nie jest moim pierwszym wyborem. I tak leżał i czekał. I czekał. I już do niego nie wróciłem. Sorry.

A na koniec pozycja, wydawałoby się wręcz dla mnie stworzona. Bo nie ukrywam – bardzo dużo czytam w toalecie. I oto kilka miesięcy temu ukazała się książka pod tytułem „Kupa wiedzy”. Z założenia miała to być sympatyczne kompendium wiedzy najrozmaitszej, ot fakty i ciekawostki z historii, matematyki, z rozmaitych języków obcych, z literatury i geografii. Tak, by niezobowiązująco poczytać w wolnej chwili. Niestety rzecz strasznie rozczarowuje. Wiadomości są albo oczywiste, albo nieciekawe, czasem jeszcze „nieprecyzyjnie" przetłumaczone i po wyjściu z toalety człowiek zamiast błysnąć, może rozpowszechniać błędne informacje. Wbrew pozorom czytelnik siedzący w toalecie jest wciąż czytelnikiem wymagającym. I jeśli bierze do ręki pozycję z tytułem „Kupa wiedzy” to oczekuje czegoś więcej niż nieciekawej merytorycznie biegunki.
Słowem, tej książki też nie dokończyłem. I też oddałem ją do biblioteki. I na dziś tyle.

Czytaj także

Czytaj także