Tusk i miliony dolarów

Tusk i miliony dolarów

W 1993 partia kierowana przez Tuska miała fortunę na kampanię. To były miliony dolarów. Skąd? Tajemnica – odpowiada Paweł Piskorski.
Do księgarń wchodzi „Między nami liberałami”. To wywiad-rzeka, który przeprowadziłem z Pawłem Piskorskim, przez 15 lat najbliższym współpracownikiem Donalda Tuska. Oto fragment poświęcony kampanii wyborczej z 1993 roku:

Kto przyprowadza agencję Saatchi&Saatchi do was?

Ktoś musiał ich przyprowadzić do Jacka Merkla, który był szefem kampanii. Nie wykluczam, że Marek Matraszek, który prowadził wtedy szeroką działalność biznesową i znał brytyjskich konserwatystów, dla których ta agencja pracowała.

Mówiłeś, że KLD miało w tamtej kampanii ogromne środki finansowe. Skąd?

Nie wiem. Mówiłem już, że na tamtym etapie relacje między mną i Donaldem były chłodniejsze. Wspominałem też, że o pewnych rzeczach środowisko gdańskie mówiło jedynie w swoim gronie. Prawdą jest, że na tę kampanię były gigantyczne pieniądze. To nie były setki tysięcy złotych, ale miliony dolarów.

A na tamtym etapie były jakieś regulacje dotyczące finansowania kampanii?

Nie, na tamtym etapie były cały czas cegiełki. To nadal było dzikie finansowanie kampanii.

To były pieniądze, które były związane z decyzjami podejmowanymi w czasie, gdy byliście w rządzie?

Nie wiem tego, nie byłem dopuszczany takich spraw.

Dlaczego kampania, w którą włożono tyle pieniędzy, kończyła się dla was kompletną klęską?

Saatchi&Saatchi przysłało tu ludzi, którzy kompletnie nie znali polskich realiów. Gigantyczne pieniądze poszły na badania. I ci doradcy uznali, że Polacy, po pierwsze, potrzebują konkretnej zapowiedzi. Stąd hasło „Milion nowych miejsc pracy”.

Pamiętam, że na bilboardach dopisywano sparayem „dla mrówek”

Hasło było złe. Wpisywało się w kontekst dziwnych i nierealnych zapowiedzi Wałęsy, który obiecywał 100 milionów dla każdego. Po drugie, ci doradcy ocenili, że Polacy chcą być ludźmi sukcesu. Do dziś pamiętam tę argumentację: Jakie jest marzenie Polaków? Oczywiście nienawidzą tych biznesmenów, uważają, że doszli do pieniędzy nieuczciwie, ale tak naprawdę też chcą tacy być.

Przecież to całkowita pomyłka. Ludzie chcieli uspokojenia, przewidywalności po trudnym okresie 4 lat reform.

Nie chcę z tym polemizować. Przedstawiam tylko punkt widzenia tych doradców z Saatchi&Saatchi, którzy inkasowali ogromne stawki. Kampania była kompletnie nieprzemyślana i w poprzek rzeczywistych nastrojów społecznych. No i do tego kompletnie nieadekwatna była forma tej kampanii. Pochody ze słoniami cyrkowymi, baloniki, chorągiewki. Kampanię prowadził wybitnie inteligentny Jacek Merkel. Aż dziwne, że tak go zaćmiło. Ja byłem odsunięty, zesłany na tzw. okręg drugi, czyli Warszawę 2 i generalnie zajmowałem się swoją kampanią. Z racji tego, że byliśmy w tym samym biurze na Szpitalnej, więc widziałem, jak to się rodzi. Natomiast nie tworzyłem tego. Wewnątrz było dużo nieufności do tych pomysłów, ale skoro Saatchi&Saatchi tak mówi? Oni mieli to podzielone na poszczególne dni i miejsca. I taki zagraniczny doradca mówił, że tego dnia ma być wydarzenie w Koninie, a następnego w Gorzowie. Czy on w ogóle miał pojęcie, gdzie jest Gorzów lub Konin? Jaka tam jest specyfika? Zachowywali się zgodnie ze schematem, który kiedyś wypróbowywali w Anglii – ale tu to nie działało. Nie było też nikogo kto by był dopuszczony do kampanii i miał odwagę powiedzieć: – „Co wy, k..., pier... cie?!

Dziwne. Merkel ma opinię człowieka przenikliwego i bystrego. Ciekawe, że się nie połapał, że kampania jest nietrafiona.

O Jacku jestem jak najlepszego zdania. Natomiast wtedy był oczadziały, podobnie jak Donald. Kampania miała gigantyczny rozmach. Tyle, że to się kompletnie minęło z elektoratem. Udało się namówić Lady Pank, żeby napisali piosenkę. Grafiki robił Edward Lutczyn. Dygresja. Wiesz, skąd wzięła się użyta potem przez Donalda nazwa „Orlik” na boiska piłkarskie dla młodzieży?

Nie mam pojęcia

To jest ciekawostka KLD-owska. Stąd, że w 1993 roku pojawiła się, wymyślona przez Lutczyna i funkcjonująca w naszej grafice postać, która nazywała się „orlik liberał”. I to był orzeł w koszulce z napisem. Nazwa „orlik”, która funkcjonuje dzisiaj, nie wzięła się ot tak. Dla środowiska KLD nazwa „orlik” ma specyficzne, jasne znaczenie i wiąże się z kampanią 1993 roku.

Poczekaj. Były jakieś sondaże, które pokazywały poziom poparcia. Chyba widzieliście, że to idzie w złą stronę?

Sondaże były kiepskie, ale Merkel i Tusk pocieszali, że my mamy ukryte poparcie. Ukryte, bo jest negatywna kampania przeciw nam i ludzie wstydzą się przyznać, że oddadzą na nas swój głos. Poza tym, od pewnego momentu już nie było wyjścia. Rozmowy z Unią zerwane, hasło wyborcze zaprezentowane, klipy telewizyjne i bilbordy również. Nerwowość była duża, bo z 9 procent poparcia przed kampanią, mieliśmy wskoczyć na 15, a ocieraliśmy się o próg 5 procent! To się wszystko skończyło słynnym wieczorem wyborczym w pubie Harenda przy Kopernika. W zasadzie od przedpołudnia było wiadomo, że idzie fatalnie i przegramy. Dochodziły do nas przeciekami cząstkowe dane i nastrój był minorowy.

Powiedz o tamtej atmosferze w Harendzie. Tusk tam był?

Donald był z przerwą na jakieś studio wyborcze. Wtedy wieczory wyborcze wyglądały inaczej. Nie było transmisji ze sztabów, więc na więcej można było sobie pozwolić. Było mnóstwo jedzenia i alkoholu. Siedzieliśmy za stołami, jedliśmy, piliśmy wódkę i byliśmy w coraz gorszych nastrojach. Potem to się przerodziło w rozpacz, bo wynik był totalnym dnem. Przez chwile wydawało się, że PC Kaczyńskich wchodzi. Takie podawano sondaże. W Harendzie pojawili się jacyś goście z PC i mówili: – „Uczciwych weźmiemy, ale tych od Tuska nie weźmiemy”. W KLD-owskim słowniku sformułowanie „uczciwych weźmiemy” ma swoje miejsce. To przywołanie tych, którzy składają ci wielkopańskie obietnice, a za chwile sami toną.

Jak Tusk to przyjął?

Byliśmy w tak fatalnych nastrojach, że się po prostu rozjechaliśmy i rozmowy zaczęły się w następnych dniach. Donald był w katastrofalnej kondycji. Wszystko się zawaliło. Byliśmy poza Sejmem, nie wiadomo było co z nami dalej będzie. Donald był osobiście za to odpowiedzialny i w normalnych warunkach powinien się podać do dymisji. Jacka Merkla przez długie tygodnie w ogóle nie widzieliśmy. Potem wrócił inny – złamany i z poczuciem winy. Prawda była taka, że gdybyśmy w działalność KLD włożyli połowę kwoty wpakowanej w tę kampanię, to byśmy jako partia spokojnie funkcjonowali przez następne kilka lat. Donald, jak mówiłem, był w fatalnej dyspozycji. Aż się dziwię, jak w ogóle udało się go namówić na przyjazd do Warszawy, gdzie w biurze na Szpitalnej odbywały się całonocne seanse i wypłakiwania pod hasłem: – „Wszystko przegrane! I co teraz z nami będzie?!”

Miał poczucie winy?

Dramatyczne! Mówił, że powinien podać się do dymisji i wycofać. Nie zrobił tego, bo my nie mieliśmy lepszego pomysłu na to, kto mógłby nas teraz poprowadzić. Nie chciał chodzić do mediów, nie zwoływał posiedzeń kierowniczych gremiów. Był w złej formie.

Michał Majewski

Czytaj także