Między wami. Liberałami

Między wami. Liberałami

Dodano: 
Chcesz uchodzić za arbitra elegancji i dobrych manier, a tu ktoś ci przypomina, że sam chodziłeś po domu w brudnych butach i plułeś na parkiet. Tak właśnie jest z Donaldem Tuskiem i wspomnieniami Pawła Piskorskiego. Nie dziwi, że Tusk się wściekł na tekst w zeszłotygodniowym „Wprost” i na „Między nami liberałami”, czyli książkowy wywiad rzekę, który przeprowadziłem z Piskorskim. Premier czasem zachowuje się, jakby politycznie narodził się kilka lat temu. Tyle że to bajka dla naiwnych. Tusk jest jednym z twórców politycznego systemu, od samego początku lat 90. Obok polityków takich jak Leszek Miller czy Jarosław Kaczyński. Ma na koncie zasługi. Ma też epizody, które wolałby zamieść pod dywan. Wśród nich jest kwestia finansowania działalności politycznej.
W książce Piskorski obrazowo opisuje, jak to powiązany z tajnymi służbami biznesmen Wiktor Kubiak sponsorował Kongres Liberalno-Demokratyczny, czyli partię kierowaną przez Tuska. Kubiak wynajął partii Tuska biuro w hotelu Marriott, który był wówczas symbolem luksusu. I dostarczał tam siatki z pieniędzmi. Oczywiście znajdą się tacy, którzy powiedzą – Kubiak robił to, bo czuł się liberałem i lubił Tuska, Jana Krzysztofa Bieleckiego oraz Janusza Lewandowskiego. Bardziej wierzę w inne wytłumaczenie – wspomagał partię władzy, którą był wtedy Kongres. Robił to, bo miał interesy związane z prywatyzowaniem państwowych przedsiębiorstw. Brzydko pachnie, nieładnie wygląda, ale tak właśnie było. Pudrowanie na niewiele się zda.



Piskorski powiedział o jeszcze jednej rzeczy, która wywołała silne kontrowersje. Mianowicie o tym, że na początku lat 90. niemieccy chadecy wspierali finansowo Kongres Liberalno-Demokratyczny i kwestię tę w rozmowach w cztery oczy omawiali premier Jan Krzysztof Bielecki z kanclerzem Helmutem Kohlem. Politycy Platformy i część publicystów rzucili się na Piskorskiego. Zaczęli podważać jego wiarygodność i mówić, że bredzi. Co ciekawe, nikt nie pali się do pozwu sądowego przeciw Piskorskiemu. Tym, którzy nie chcą pamiętać, przypomnę. Paweł Piskorski nie był posłem z ostatnich ław, lecz jedną z najważniejszych postaci w środowisku liberalnym. Pełnił funkcję sekretarza generalnego KLD, między rokiem 1994 a 2000 miał chyba najsilniejszą pozycję w środowisku liberałów, był bardzo popularnym prezydentem Warszawy. Wielu widziało w nim tego, który może być w przyszłości prezydentem kraju. Nie jest więc postacią przypadkową, był uczestnikiem wydarzeń i jednym z najważniejszych politycznych graczy. Był wreszcie przez długi czas jednym z najbliższych politycznych towarzyszy Tuska. Nie tylko politycznych. Donald Tusk, gdy przyjeżdżał do Warszawy, mieszkał u Piskorskiego. Miał w jego mieszkaniu pokój, który nazywany był „donaldówką”. Trzymali się razem, razem „robili politykę”, była między nimi chemia, przyjaźń. Drogi się rozeszły. Tusk wypchnął Piskorskiego z Platformy Obywatelskiej.



Argumentacja była taka, że niedawny stronnik zaczął bawić się w biznes i był w tym nieuczciwy. Piskorski odpiera zarzuty i przypomina, że był sprawdzany na tysiące sposobów i o nieuczciwości nie może być mowy. Oskarża Tuska, że ten wykorzystał ataki, by się go pozbyć, tak jak pozbył się innych politycznych konkurentów wewnątrz PO – Olechowskiego, Rokity czy Gilowskiej. Piskorski ma świetną pamięć, łatwość przywoływania scen, zakulisowych anegdot. Nie odpowiada z cokołu, że on i jego koledzy od porannego umycia zębów do położenia się spać myśleli jedynie o losie Polski! Rozumiem, że to boli. Rozumiem, że Tusk i jego stronnicy woleliby przeczytać książkę „Między nami PiS-owcami”, czyli wspomnienia Adama Lipińskiego albo Wojciecha Jasińskiego o środowisku Jarosława Kaczyńskiego. Już słyszę te recenzje od Donalda Tuska lub jego podwładnych: „Prezes PiS ma usta pełne frazesów. Mówi o zasadach w polityce. Szybko zapomniał, jak sam budował potęgę finansową swego środowiska. Kaczyński bez maski, wreszcie ktoś miał odwagę pokazać jego prawdziwą twarz”.

Czytaj także

Czytaj także