Bez wodza

Bez wodza

Premier Donald Tusk w ciągu trzech miesięcy spakuje w kartony rzeczy zgromadzone przez siedem lat w Kancelarii Premiera i willi na Parkowej, po czym przeniesie się do gabinetu w Brukseli.
Swój odcinek sztafety już wygrał. Nie pierwszy zresztą raz i niejeden odcinek. W ostatnich latach stało się regułą, że przebiegał sam całe wyborcze zawody.

Dziś nie ma już takiej możliwości. Komuś musi przekazać pałeczkę. I o ile jeszcze w PO może to być tylko kwestia formalna, bo Tusk będzie zarządzał przez telefon, o tyle z rządem sprawa nie jest już taka prosta. Ktoś musi zostać nowym premierem. Tylko kto?
To, że dziś nikt nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie, najwięcej mówi o tym, co może czekać polską politykę w najbliższych miesiącach. Nie ma bowiem żadnego oczywistego następcy. Na bezrybiu i rak ryba, o czym świadczy giełda nazwisk od Ewy Kopacz, przez Tomasza Siemoniaka, Elżbietę Bieńkowską po Bogdana Zdrojewskiego. Wszystkie te postaci premier jeszcze niedawno sam określał przecież mianem zderzaków. Tusk przez lata konsekwentnie wycinał osobowości w swoim otoczeniu, konserwując wodzowski model rządzenia partią i państwem.

A teraz któryś z tych „zderzaków” ma przejąć pałeczkę.
Sytuacja jest przy tym szczególna. Donald Tusk nie przegrał wyborów, jego gabinet nie upadł wskutek rozpadu koalicji. Przeciwnie. Premier awansował i wyjeżdża, ale zrobi wszystko, żeby zachować maksimum wpływów, wskazać nowego szefa rządu i nową konstrukcję rządową. - Władzę trzeba sobie wziąć – pouczał swego czasu. Teraz jednak zamierza sam namaścić następcę.
Jest kilka scenariuszy. Najpierw decyzja kierunkowa – premier techniczny do wyborów, możliwie kompromisowy z punktu widzenia Platformy i Pałacu Prezydenckiego czy premier – polityk, bliski Tuskowi i z możliwie mocną pozycją w partii i koalicji.

Jeszcze dwa miesiące temu najbardziej prawdopodobny wydawałby się wariant pierwszy. Szefową rządu zostałaby wówczas Elżbieta Bieńkowska. Ale dziś to już nie jest takie proste – wątpliwości związane z aferą podsłuchową, ale i kolejne wpadki Bieńkowskiej świadczące o tym, jak trudno przychodzi jej komunikacja ze społeczeństwem – zdecydowanie osłabiają jej kandydaturę. Nie wiadomo też, jak zareagowałaby na taką zmianę marszałek Sejmu Ewa Kopacz, której rola w PO po wyjeździe Tuska tak czy siak wzrośnie. A między paniami wielkiej chemii nie ma.

Sama Kopacz jako premier? Po wycięciu Schetyny to ona została „pierwszą” po Tusku. Tyle że szef rządu, który zna ją od lat, zdaje sobie sprawę jak ryzykowna byłaby to decyzja. Ewa Kopacz jest lojalna, najwierniejsza z wiernych. Sprawnie wykonuje wolę Tuska. Jednak jest przy tym bardzo emocjonalna, ma też wielu wrogów w PO, czego nie należy lekceważyć. Bo kiedy nie ma Tuska, przestaje istnieć wewnątrzplatformowy „balance of power”, swoista równowaga sił. Jej siła i pozycja wynikają zaś jedynie z pozycji przy premierze.

Kompromisowym wariantem mógłby się okazać Tomasz Siemoniak. Polityk od początku związany z PO, dobrze odbierany przez wszystkie frakcje i Pałac Prezydencki. Do tego młody, co w obliczu „resetu” polskiej sceny politycznej jest dodatkowym atutem. Siemoniak nie kojarzy się z żadną aferą (jako nieliczny z członków rządu nie został nagrany przez kelnerów), dał się za to poznać jako sprawny urzędnik w MSW. Jest dobrze odbierany jako minister obrony, a jego awans na premiera byłby dodatkowo sygnałem, że Polska stawia na premiera od „bezpieczeństwa” w niespokojnych czasach wojny na Ukrainie. Jest jeden szkopuł – niewielu Polaków o tym wie, bo niewielu wie, kto to jest Tomasz Siemoniak.

Na giełdzie nazwisk pojawił się nieoczekiwanie także Bogdan Zdrojewski, który dopiero co przeniósł się z resortu kultury do europarlamentu (zresztą niespecjalnie jest z tego powodu szczęśliwy). On także ma doświadczenie rządowe i mógłby zostać dobrze odebrany w partii. (Kiedyś jako kandydat kompromisu został szefem klubu PO). Do tego osiąga rekordowe wyniki wyborcze na Dolnym Śląsku i jako niegdysiejszy minister obrony w gabinecie cieni PO, zna się i na wojsku. Tyle że Bogdan Zdrojewski nigdy nie należał do bliskiego kręgu Tuska. Inaczej niż Jan Krzysztof Bielecki, ale to także wydaje się mało prawdopodobny scenariusz.
Wysoko w sondażach popularności plasował się zawsze Radosław Sikorski, miał też daleko sięgające ambicję i charyzmę. Jednak po aferze podsłuchowej i serii wpadek trudno byłoby wyobrazić sobie jego awans na premiera. Ma on przy tym w Platformie niewielu stronników, za to wielu wrogów, sympatią do niego nigdy nie pałał też Belweder.

Który wariant Tusk uzna za „najmniejsze zło”? I jak na to zareaguje partia?

Zew krwi poczuje przecież Grzegorz Schetyna. Na dziś nie ma w partii pozycji, żeby coś zdziałać. Ale partia po wyjeździe Tuska może wpaść w popłoch. Niekoniecznie od razu - szef PO przenosi się dopiero 1 grudnia. Na fali entuzjazmu wskutek europejskiego awansu, Platforma może jeszcze wygrać najbliższe wybory samorządowe, które zapowiadały się dla niej niewesoło. Potem Bronisław Komorowski najprawdopodobniej wygra wybory prezydenckie. Do tego czasu – jeśli nowy rząd nie zaliczy jakiejś katastrofy – wszystko może iść nawet bardziej gładko z Tuskiem w Brukseli niż w Polsce.

Ale prawdziwe schody zaczną się przed wyborami parlamentarnymi w przyszłym roku. Wtedy właśnie zacznie się najpoważniejsze „sprawdzam” dla PO od lat. Stawka będzie coraz większa. Podziały w Platformie to też nowe paliwo dla PiS, który będzie je podsycać licząc na rozbicie w partii.

Tak czy inaczej, szykują się bardzo ciekawe miesiące, które mogą wreszcie ożywić zabetonowaną od lat polską politykę. Historia uczy, że kiedy odchodzi wódz, nastaje czas zawieruchy i bratobójczych walk wśród jego popleczników. Aż w końcu wyłania się następca.

Czytaj także

Czytaj także