Wyborcza beta

Wyborcza beta

To nie miało prawa się udać. W realnym świecie wiele niedoróbek da się czymś zaklajstrować. Obdrapaną kamienicę można odświętnie obwiesić reklamami. Dziurawą drogę połatać plackami asfaltu. Nawet trawę można pomalować na zielono. Ale w informatyce prowizorka się nie sprawdza.
System informatyczny obsługujący wybory tylko z pozoru jest prosty. Bo przecież jego głównym zadaniem jest jedynie przesyłanie wyników wyborów z komisji obwodowych wyżej. A tam zwykłe sumowanie. Najtrudniejszym elementem jest presja czasu. Wszystko musi odbywać się na bieżąco i to w trakcie jednej nocy powyborczej. Każdemu z nas zdarzały się kłopoty z komputerem i internetem. Coś się zawieszało. Jakaś strona nie działała (nawet internetowego banku). Normalka. Wystarczy trochę odczekać. Coś zresetować. I znów będzie dobrze. Na taki komfort nie można sobie pozwolić w systemie obsługującym wybory. Tam wszystko musi działać niezawodnie.

Frekwencja firm informatycznych podczas przetargu dotyczącego przygotowania systemu informatycznego obsługującego wybory mówi sama za siebie. Jedna! Jedna firma połasiła się na kilkaset tysięcy złotych za oprogramowanie wyborcze. I wygrała przetarg, wobec braku konkurencji. To w sumie dobrze świadczy o polskich informatykach. Wszyscy wiedzieli, że nie da się w trzy miesiące przygotować od podstaw systemu, który ma działać niezawodnie w tak krytycznych warunkach. Musiał też o tym wiedzieć zleceniodawca czyli Państwowa Komisja Wyborcza. A konkretnie Romuald Drapiński - szef od informatyki w PKW. Jak długo trzeba będzie testować nowy program obsługujący wybory, wiedzieli też na pewno informatycy z firmy Nabino - wykonawcy systemu. Szkoda że wszyscy oni zapomnieli, że hasło "Polak potrafi" sprawdza się pisane na murach i sztandarach. Ale w informatyce niekoniecznie.

To nie miało prawa się udać. Bo w projektowaniu systemów informatycznych obowiązują inne zasady niż na przykład w inwestycjach budowlanych. Gdzie po wylaniu ostatniej warstwy asfaltu droga jest gotowa. I przynajmniej w teorii wolna od wad. Wystarczy by notable przecięli wstęgę. I można jechać...

Zupełnie inaczej jest w informatyce. Tam umysł ludzki przegrywa z bezwzględną logiką komputerów i serwerów. Nikt nie potrafi napisać programu wolnego od wad. Dlatego tworzenie niezawodnego oprogramowania, to głównie poprawianie błędów. Najpierw wersja alfa. Potem beta. Aż wreszcie produkt finalny. Też zresztą niewolny od wad. To dlatego tak często musimy aktualizować nasze tablety, laptopy i telefony. By poprawiać kolejne błędy, dziury i niedoróbki. Bo maszyna, choćby najpotężniejsza, sama nic nie wymyśli. To programista musi zadbać, aby przewidzieć wszystkie możliwe zachowania użytkownika. A ile różnych rzeczy może się zdarzyć, gdy w wyborczą niedzielę jednocześnie pracuje 27 tysięcy komputerów w obwodowych komisjach wyborczych? Wtedy wystarczy jeden z pozoru błahy błąd, by zatamować cały strumień danych płynących do serwerów wyborczych. I tak się stało. Bo porządnego i niezawodnego systemu nie da się zrobić w parę tygodni.

Moje trzyletnie doświadczenie w pracy w sejmowej Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii daje mi czarny obraz polskiej e-adminstracji. Obraz jakości projektów informatycznych wdrażanych w urzędach państwowych. Wieloletnich opóźnień. Niekompetencji urzędników decydujących o wydawaniu miliardów polskich złotych i unijnych euro na projekty informatyczne. Korupcji w przetargach. Tego nie widać gołym okiem, bo informatyka to w dużej mierze wirtualny świat. Ale jeśli wyobrazilibyśmy sobie polską e-administrację jako drogę. Byłaby to droga kręta, pełna dziur i pułapek. Z pękającymi mostami i wiaduktami podpartymi stemplami. A co gorsza, nierzadko droga prowadząca donikąd.

To co zdarzyło się z wyborczym systemem informatycznym to tylko wierzchołek góry lodowej. Tak właśnie wygląda kondycja projektów informatycznych w polskiej administracji i urzędach. Co robić? Proste. Zabrać komputerowe zabawki urzędnikom. Niekompetentnym ministrom (Michał Boni - kulturoznawca, Rafał Trzaskowski - politolog, Andrzej Halicki - specjalista od transportu lotniczego). I postawić na polskich informatyków. Za te pieniądze, które rokrocznie wydajemy na informatyzację, potrafią zbudować prawdziwą e-Polskę. Wraz z działającym niezawodnie systemem wyborczym. Bo w ostatnią niedzielę, to był po prostu test wersji beta takiego systemu.

Czytaj także