Minister Czuma i ręka Niesiołowskiego

Minister Czuma i ręka Niesiołowskiego

Pięć lat temu napisałem, że urzędujący wówczas minister sprawiedliwości Andrzej Czuma uciekał przed wierzycielami, nie chciał spłacać swoich długów i musiały go do tego przymuszać amerykańskie sądy. W ubiegłym tygodniu sąd przyznał mi rację i oddalił wszystkie roszczenia byłego ministra. Ten sądowy werdykt (pierwszej instancji) nie ma już żadnego znaczenia, bo wcześniej Andrzejowi Czumie podziękowali już wyborcy. Jest mi przykro, że trwało to tak długo i że były minister robił wszystko, by trwał jeszcze dłużej. A przecież dobrze wiedział od kogo pieniądze pożyczał i komu ich nie oddawał. Ale po kolei.
W styczniu 2009 roku Andrzej Czuma został ministrem sprawiedliwości. Zadzwonił do mnie znajomy z Chicago i powiedział, że za długi Pana Ministra ścigali w Ameryce wierzyciele. Sprawdziłem – wszystko się zgadzało. Wystarczyło wejść na stronę lokalnego sądu, wpisać nazwisko polskiego ministra by dowiedzieć się jakie sprawy wytoczyli mu wierzyciele. Wydobyłem z sądu kilkaset stron dokumentów, zeznania świadków, protokoły z rozpraw i prawomocne orzeczenia. Ostatnie wątpliwości rozwiała mi dentystka z Chicago Alicja Jonik, od której Pan Minister pożyczył ponad 2 tysiące dolarów na 2-3 dni i znikł. Mówiła, że nie mogąc odzyskać pieniędzy skierowała sprawę do sądu. Czuma próbował przekonać ją w sądzie, że to nie była pożyczka tylko opłata za spoty reklamowe emitowane w jego audycji. - Czułam się upokorzona, wykorzystana i oszukana – opowiadał.

Gdy opublikowałem tekst o długach ministra w tygodniku „Polityka” rozpętała się burza. Opozycja domagała się jego dymisji, podkreślając jego wątpliwe kwalifikacje moralne do sprawowania tej funkcji. Bo, jak ktoś taki miałby nadzorować komorników, skoro sam ich unikał w USA. Minister Czuma zareagował bardzo nerwowo – kłamstwa, pomówienia i oszczerstwa – powtarzał dziennikarzom i zapowiadał procesy. I szkoda, że kamer telewizyjnych zabrakło w sądzie. Nie wyglądał na człowieka, który został skrzywdzony i wszelki mi sposobami próbuje odzyskać dobre imię. Przez wiele miesięcy Andrzej Czuma w ogóle nie stawiał się na rozprawy. Jego prawnicy domagali się natomiast przesłuchania wszystkich świadków, gdyż nagrane z nimi rozmowy, w których mówili o niesolidności ministra mogły być przecież nieprawdziwe. Przesłuchania przez kilkanaście miesięcy trwały w konsulacie RP w Chicago i świadkowie, co było spodziewane, potwierdzili, że Czuma pieniądze pożyczał, ale ich nie oddawał. O ile pamiętam polityk Platformy nie przedstawił żadnego dowodu, który potwierdziłby jego wersję wydarzeń, za to jego prawnicy kwestionował wszelkie, nawet oczywiste dowody, które dostarczałem do sądu. Łącznie z kserokopiami amerykańskich dokumentów sądowych, które były minister powinien dobrze znać, bo przecież uczestniczył w niektórych rozprawach. Oficjalne dokumenty ściągnięto więc z Chicago oficjalną drogą, ale trwało to znów kilkanaście miesięcy.

Aż w końcu, zupełnie niespodziewanie, w ubiegłym tygodniu sąd sprawę zakończył oddalając wszystkie roszczenia byłego ministra. Dopóki trwał proces Czuma mógł powtarzać, że czuje się niewinny i został pokrzywdzony przez krwiożerczych dziennikarzy. Teraz jest już wszystko jasne. Ktoś taki nigdy nie powinien zostać ministrem sprawiedliwości. Szkoda, że przed powołaniem go na to stanowisko nikt nie sprawdził jego chicagowskiej przeszłości.

Pamiętam, że gdy wybuchła afera pożyczkowa własną piersią osłaniał Czumę poseł Stefan Niesiołowski. Mówił, że podejrzewanie ministra o niespłacanie długów to "insynuacje, pomówienia i półprawdy " rozpowszechniane przez „ludzi skompromitowanych, mściwych, którzy w ten sposób wyładowują swoje żale i frustracje”. Powtarzał dziennikarzom, że ręczy za uczciwość Czumy i gotów jest sobie obciąć za nią rękę. Panie pośle, myślę, że teraz gdy sąd już wydał wyrok nadszedł czas na spełnienie obietnic. Rękę proszę przesłać na adres naszej redakcji.

Czytaj także

Czytaj także