O politycznej metodzie

O politycznej metodzie

Ponad dwa lata temu, wspólnie z Sylwestrem Latkowskim, odbyłem w Sopocie długą rozmowę z Michałem Tuskiem, synem ówczesnego premiera. Dyskusja przypomniała mi się teraz. Przy okazji górniczego kryzysu. Tusk junior dał wtedy bardzo trafną ocenę rządów swego ojca. Jedną z trafniejszych, jakie słyszałem. Mówił mniej więcej tak: „Ciągle zachęcam ojca do zmian, reform, do śmiałych ruchów, do przewidywania kryzysów i rozwiązywania ich, gdy jest na to czas. Ale w odpowiedzi słyszę, że zmiany u wielu wywołują niezadowolenie, niepokój i konsekwencją ich wprowadzania będzie strata władzy, taka jest polityka”.
Patrzę na niedawne zdjęcia wesołego Tuska bujającego się pod ręce, w towarzystwie wicepremier Bieńkowskiej, z górnikami na Śląsku. Pamiętam, jak mówił przed 8 miesiącami, w kampanii do europarlamentu, że żadne kopalnie nie będą zamykane. Nie wiedział, co się szykuje? Nie znał skali problemu, zadłużeń spółek węglowych? Nie wiedział, że za chwilę rozleci się to w drobny mak? Bez żartów. Różne rzeczy można mówić o Tusku, ale na pewno nie to, że jest naiwniakiem. Dawny mentor Tuska, Jan Krzysztof Bielecki, podsunął mu i przekazał w 2007 roku patent na rządzenie, który podpatrzył w Wielkiej Brytanii u Tony'ego Blaira – nie rządź, zarządzaj i to wystarczy. Rządzenie, zmienianie, reformowanie przynosi ryzyko utraty władzy. Przekonał się o tym Jerzy Buzek, który wprowadzał wielkie reformy i padł rozszarpany przez wyborców w 2001 roku. Tusk surfował sprawnie na patencie podpatrzonym przez JKB. Tyle, że ta polityczna metoda ma minusy. Moim zdaniem, przeważają one nad plusami.

Ta metoda redukuje bowiem politykę do najbliższej konferencji prasowej, do najbliższego „przekazu dnia”, do najbliższej małej rozgrywki. Jest zdanie, który doskonale opisuje opłakane skutki tego typu działania. Wypowiedział je podsłuchany w restauracji „Sowa&Przyjaciele” minister skarbu Włodzimierz Karpiński. Oceniał kolegę z rządu Tomasza Tomczykiewicza, który przez ostatnie lata odpowiadał właśnie za górnictwo: „Dzisiaj przyszedł Tumek Tomczykiewicz. Tumek, co tam u ciebie k....? Kiedy zrobisz tę politykę energetyczną, bo jak dzieci we mgle. Nie wiadomo. Atom, łupki. Nie wiadomo, w co ręce włożyć. A Tumek mówi ”. To jest istota. Nie wali się? Ludzie nie wychodzą na ulicę? Wygrywamy wybory? To po co to robić? Jeszcze będą z tego jakieś niepotrzebne problemy dla naszej partii.

Ewa Kopacz, jak rozumiem, chciała wybić się na niepodległość i pokazać, że nie będzie podążała szlakiem Tuska. W jej wypowiedziach z ostatnich dni pobrzmiewa wyczuwalny ton: „Nic nie robiono z górnictwem od lat. Sypano do kopalń publiczne pieniądze, żeby zapewnić spokój społeczny”. Nie mówi otwarcie, że robił to Tusk, ale wiadomo, że właśnie o niego chodzi. Kopacz chciała się odróżnić, zagrać inaczej niż jej promotor. Ale przegrała. Dlaczego?

Projekty górnicze były pisane na kolanie, przepychano je pędem przez parlament. Znalazły się tam zbyt kontrowersyjne społecznie pomysły, by udało się je wprowadzać takimi metodami, w sprinterskim tempie. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego nagle mają być zamykane kopalnie, skoro jeszcze niedawno Tusk mówił, że jest ok i bawił się z górnikami na Barbórkach? Kopacz szarżowała nieprzygotowana. Oczywiście, rządowe pomysły zaowocowały gwałtownymi protestami i zapowiedzią rozlania się strajków poza Śląsk. Szefowa rządu znalazła się pod presją. Jak rozumiem, również presją ludzi z własnej partii i presją Bronisława Komorowskiego, który będzie za kilka miesięcy bił się o reelekcję. Niepokoje społeczne są dziś ostatnią rzeczą, której potrzebuje.

Premier szybko została sprowadzona na ziemię. No i nagle okazało się, że żadne kopalnie nie muszą być likwidowane i nikt nie będzie tracił pracy! Tu się przestawi, tam się połączy, zrobi się nową spółkę i będzie zupełnie co innego. Prawda jest taka, że premier, jak poprzednicy, kupiła spokój społeczny za nasze pieniądze. Za ile? Jeszcze nie wiadomo, ale raczej tanio nie będzie. Jak długo ten spokój potrwa? Kilka miesięcy? Pewnie tyle. Ale jesienią to już nie musi być zmartwienie Ewy Kopacz. Premierem może być przecież ktoś inny. A poza tym, będzie już po wyborach. Kopacz ostatnio mówiła, że zależy jej na czymś więcej niż tuskowej „ciepłej wodzie”.

Właśnie dostała zimny prysznic.

Czytaj także

Czytaj także