Prezydent od parady

Prezydent od parady

Polacy nigdy tak naprawdę nie chcieli mieć prezydenta
Najwyższą nieufnością, a wręcz obawą nacechowany był stosunek Polaków do własnych prezydentów. Sądząc po faktach, Polacy nigdy tak naprawdę nie chcieli mieć prezydenta, a już na pewno nie silnego. Pierwszego zamordowaliśmy. Drugiego pozbawiliśmy urzędu w połowie kadencji. Trzeciego wyszydziliśmy, powtarzając głośno, że "tyle znacy, co Ignacy, a Ignacy gówno znacy", a kiedy znalazł się na wygnaniu w Rumunii, a następnie w Szwajcarii, natychmiast pozbawiliśmy go przysługującej mu renty, by mógł umrzeć w nędzy i zapomnieniu.

Upodleni duchem
Forma "zamordowaliśmy", czy "wygnaliśmy", która - jak mniemam - oburzy czytelników, nie jest żadną pomyłką ani publicystyczną prowokacją. Oczywiście, pierwszego prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej Gabriela Narutowicza zamordował 16 grudnia 1922 r. w Zachęcie szaleniec Eligiusz Niewiadomski. Jeśli przypomnieć dziesiątki tysięcy zacnych rodaków, którzy wzięli udział w jego w pogrzebie, jeśli zważyć, że do dzisiaj, po upływie ponad 80 lat, na grobie zabójcy polska ksenofobia i szowinizm nadal składają kwiaty, to nie może być wątpliwości, że jego szaleństwo podzielało wielu, zbyt wielu Polaków.
To prawda, drugi prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski ustąpił z urzędu w wyniku zamachu majowego Józefa Piłsudskiego w roku 1926. Zamach na demokrację entuzjastycznie poparła większość polskiej armii i ogromna większość narodu. Prezydent Wojciechowski, co już nikogo nie obchodziło, został zepchnięty w polityczny i publiczny niebyt. Gdy w 1937 r., po 11 latach milczenia, zabrał głos podczas jakiejś publicznej okazji, powiedział: "W czasie upodlenia ducha szczególnie ważnym jest, żeby występujący na widowni publicznej świecili dobrym przykładem cnót obywatelskich, niezłomną wolą, charakter łączyli ze zdolnością do ofiar, poświęceń i służby dla Polski. Wtedy stać będę przy was". Kiedy umarł, już po wojnie - w 1953 r., rodzina nawet nie napisała w nekrologu, że kiedyś był prezydentem Polski. Bo też czym tu się było chwalić.

Konstytucja przeciw Piłsudskiemu
Stosunek Polaków po 1918 r. do urzędu prezydenta był pełen sprzeczności. Bo choć z jednej strony konieczna była jakaś głowa państwa, to z drugiej, po 123 latach niewoli, doświadczania wszelkich despotii - czy to ruskich, czy to pruskich - rodziła się obawa rodzimej dyktatury. Rodziła się tym łatwiej, że owe pierwsze lata niepodległości zdominował potężniejący z każdym rokiem ogromny autorytet Józefa Piłsudskiego. Był niezaprzeczalnym twórcą polskiej niepodległości i jej obrońcą, opromienionym sławą zwycięstw 1920 r. Był naczelnikiem państwa, a więc oczywistym kandydatem na stanowisko pierwszego prezydenta Polski. Nic dziwnego, że konstytucję pisano niejako z myślą o Piłsudskim - tak aby jego nieuchronną władzę maksymalnie ograniczyć. Postanowiono więc, że prezydent, choć formalnie będzie zwierzchnikiem sił zbrojnych, to jednak bez prawa dowodzenia w czasie wojny. Wszelkie akty urzędowe prezydenta miały być kontrasygnowane przez premiera i właściwych ministrów. Postanowiono również, że prezydent nie będzie miał prawa rozwiązywania parlamentu bez zgody trzech piątych Senatu. Mógł jedynie ułaskawiać, kłaniać się i odpowiadać na ukłony. Panować, lecz w żadnym razie rządzić. Jak wiadomo, Piłsudski urzędu ofiarowywanego mu na złotej tacy nie przyjął. Co więcej, ową konstytucję zdyskwalifikował, mówiąc o niej "konstytuta - prostytuta". Prezydentem został więc wybrany przez Zgromadzenie Narodowe Narutowicz, ku oburzeniu wielkiej części opinii publicznej i Eligiusza Niewiadomskiego, który (czego nie ukrywał na procesie) swój zamach przygotowywał na Piłsudskiego, a nie na jakiegoś tam Narutowicza.
Po śmierci Narutowicza Zgromadzenie Narodowe wybrało Stanisława Wojciechowskiego. Był socjalistą i znanym działaczem spółdzielczym. Miał 53 lata. Jest znamienne, że funkcję tę powierzano ludziom starszym. Narutowicz miał lat 57, a Mościcki 59. Jest też znamienne, że za żadnym z przedwojennych prezydentów nie stała żadna partia ani siła polityczna. Poza tym i Narutowicz, i Mościcki do niepodległej ojczyzny powracali z emigracji, co w oczywisty sposób marginalizowało ich miejsce w krajowych walkach politycznych. Mieli tytuły profesorskie, choć Wojciechowski, formalnie rzecz biorąc, nie miał ukończonych studiów. Byli wysocy i reprezentacyjni. Znakomicie pasowali do portretu prezydenta, który nie zagrozi polskiej wolności.

Prezydent król
Tak jak w 1921 r. redagowano konstytucję marcową z myślą o ograniczeniu aspiracji i domniemanych dyktatorskich ambicji Piłsudskiego, tak na początku lat 30. pisano konstytucję kwietniową pod Piłsudskiego, tworząc urząd prezydenta o jak najszerszych kompetencjach, odpowiedzialnego wyłącznie przed Bogiem i historią. Mógł rozwiązywać Sejm i Senat przed upływem kadencji, miał prawo rządzenia dekretami i prawo weta zawieszającego w zakresie ustawodawstwa. Był najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych i miał prawo stanowienia o wojnie i pokoju. Miał też prawo wyznaczania swego następcy, mianowania i odwoływania premiera, naczelnego wodza, prezesa Sądu Najwyższego czy NIK. Miał prawo mianowania jednej trzeciej senatorów i prawo łaski. Nowa konstytucja, a wraz z jej uchwaleniem w istocie królewska władza prezydenta miała z wyroku historii przypaść już innym. Piłsudski zmarł bowiem miesiąc później.
Wraz ze śmiercią marszałka zaczynała się też prawdziwa, bezwzględna walka o Belweder. Jej pierwszą ofiarą stał się Walery Sławek, trzykrotny premier, polityk najbliższy Piłsudskiemu, uważany przez opinię za polskie sumienie, który miał stanąć na czele państwa. Ignacy Mościcki zdołał jednak skutecznie przeprowadzić swoją reelekcję. Sławek, pozbawiony miejsca w polityce, w 1939 r. popełnił samobójstwo. Pretendentem do prezydenckiego polskiego tronu został Edward Rydz-Śmigły, który przyznawszy sobie buławę marszałkowską i zupełnie niezgodnie z konstytucją pozycję drugiej osoby w państwie, spokojnie czekał na swoją kolej. Prezydenturę miał obejmować w roku 1940. Już dwa lata wcześniej wysłał żonę do Paryża na długie stypendium, by nabrała ogłady właściwej dla pierwszej damy RP. Na drodze stanęła przegrana wojna i ucieczka polskich władz. Rydz próbował jeszcze wrócić do władzy w 1941 r., lecz jego sensacyjny powrót do kraju i tajemniczą śmierć historia starannie wymazała ze swych kart i zastąpiła fałszywą legendą.
Nie mniej tragiczna okazała się postać kolejnego pretendenta, a właściwie prezydenta (jego nominacja została odnotowana w "Monitorze Polskim") - Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego. Wyznaczony na to stanowisko przez Mościckiego, wobec sprzeciwu Francji, musiał zrezygnować. Trzy lata później odebrał sobie życie na amerykańskim wygnaniu. Prezydentem RP na wychodźstwie został więc, po podpisaniu tzw. umowy paryskiej ograniczającej jego prerogatywy, Władysław Raczkiewicz. Prezydent znowu miał prawo kłaniać się i odkłaniać. Całość władzy, z francuską pomocą, przyznał sobie bowiem gen. Władysław Sikorski, skupiając w swych rękach funkcję premiera i naczelnego wodza.

Namiestnik Moskwy
Historia powojennej prezydentury nie jest warta najmniejszego wspomnienia. Formalnie w latach 1947-1952 funkcję polskiego prezydenta sprawował bezpartyjny członek Biura Politycznego PPR/PZPR Bolesław Bierut. Faktycznie był namiestnikiem Moskwy w Warszawie. Zresztą nowa konstytucja z 1952 r. w ramach sowietyzacji Polski zlikwidowała także ten, nikomu już niepotrzebny urząd. Przywrócić miał go dopiero w 1989 r. "okrągły stół", przy którym funkcję pierwszego prezydenta odzyskanej wolności powierzono gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu. Historia w tym momencie zatoczyła koło. Prezydent znowu, jak w 1922 r., miał prawo tylko się kłaniać i odkłaniać, co przy znanej chorobie generalskiego kręgosłupa nie mogło trwać zbyt długo. Tak więc w 1990 r. - po pierwszych w całej polskiej historii powszechnych wyborach prezydenckich - prezydentem RP został Lech Wałęsa. Po nim sztukę kłaniania się i odkłaniania uprawiał Aleksander Kwaśniewski. Tak znakomicie, że zdołał przetrwać aż dwie prezydenckie kadencje.
Dzisiaj, po ponad 80 latach smutnej historii polskiej prezydentury, Polacy ponownie stają przed pytaniem o charakter swej władzy wykonawczej - po razu kolejny ważąc dylemat słabej bądź silnej władzy, wydolnego lub niewydolnego państwa. I nie trzeba być szczególnie uzdolnionym prorokiem, by przewidzieć, co wybiorą.

Fot. J. Marczewski

Okładka tygodnika WPROST: 42/2005
Więcej możesz przeczytać w 42/2005 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0