Prasowa egzekucja

Prasowa egzekucja

Europejczykom przekazano mrożące krew w żyłach wieści o Lechu Kaczyńskim, skrajnie prawicowym antysemicie
Na krótko wprawdzie, ale intensywnie, media europejskie zamieniły się w magiel, w którym jedna pani drugiej pani przekazywała mrożące krew w żyłach wieści o wyborze na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nacjonalisty, skrajnego prawicowca i wroga Unii Europejskiej. Włączył się do tego chóru nieoceniony Parlament Europejski, odrywając się na chwilę od bezpłodnych, wirtualnych debat w sprawie dekoltów niemieckich kelnerek, połowu węgorzy i ujednolicenia zasad funkcjonowania europejskich cyrków.
Pierwszy odezwał się Martin Schulz, szef frakcji socjalistycznej w europarlamencie, wyrażając oburzenie stosunkiem Lecha Kaczyńskiego do parad gejów i kary śmierci. Schulz wsławił się już awanturą z konserwatywnym premierem Włoch Berlusconim i aktywnością na rzecz wyeliminowania kandydatury Rocco Buttiglionego na komisarza, gdyż ten przyznał, iż nie pochwala homoseksualizmu. Niemiecki eurodeputowany należy do parlamentarzystów, którzy pilnie czuwają nad przestrzeganiem poprawności politycznej w UE i konsekwentnym zwalczaniem USA. Za chwilę pojawiła się kolejna reakcja rodem z magla. Lewicowa gazeta brytyjska "The Guardian" obwieściła, że Polska zostanie ukarana przez Komisję Europejską za to, że wybrała Kaczyńskiego na prezydenta. Jeśli nadal będzie on prześladował gejów i domagał się przywrócenia kary śmierci, odebrane nam zostanie prawo głosu w instytucjach europejskich. Komisja usiłowała sprostować tę plotkę z magla, ale rzecz poszła w świat, a przede wszystkim w Polskę.

Zabójstwo nowej Europy
We Francji czytelnicy niektórych gazet mogli się dowiedzieć, że Polską będą rządzić "moherowe berety" ("Le Figaro"). Otrzymałam z Paryża telefon z pytaniem, co to są te "moherowe berety", więc wyjaśniłam, że nie są to stalowe hełmy, lecz przyodziane w moherowe berety starsze dewotki. To uspokoiło rozmówcę, bo wie, że dewotki są wszędzie - prawicowe, lewicowe, a nawet laickie. I w każdym kraju stanowią poważny potencjał wyborczy, jako że mają dużo czasu i mało pieniędzy na rozrywki.
Prawdziwym nokautem okazał się komentarz we włoskiej "La Stampie", którego autor wykazał się nie tylko chamstwem, ale też skrajną nieznajomością Polski i Polaków. Według niego, gdyby nie Jan Paweł II, pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się tą prowincjonalną hołotą, którą reprezentuje PIS, na dodatek katolicką i chłopską. Dla nas, Polaków, właściwie nie ma miejsca na europejskich salonach. Rozwiązanie przyniósł "Guardian". Wedle brytyjskiej gazety, miejsce w Europie jest, ale dla rządzonej przez Łukaszenkę Białorusi. W tekście "Polska zabiła nową Europę" Jonathan Steele wykazał, że Polska stoczyła się w otchłań biedy. "Oceniając postęp (kraju), należy uwzględniać nie tylko poziom politycznej wolności, ale także czynniki socjoekonomiczne", a w Polsce "wedle Banku Światowego, poziom ubóstwa rośnie". Z kolei na Białorusi poziom ubóstwa "gwałtownie spada", a bogactwo jest "równo dzielone wśród populacji". Tekst kończy się optymistycznie: "Mało kto wątpi, że wybory na Białorusi będą mniej pluralistyczne niż w Polsce, ale solidarność społeczna, silne państwo oraz rząd, który dąży do zmniejszenia nierówności, są tym, czego chcieli polscy wyborcy. Mieszkańcy Białorusi prawdopodobnie mają podobne poglądy".
Nasi sąsiedzi Niemcy są lepiej poinformowani od dalszych unijnych krewnych. Najprzyzwoiciej zachowała się konserwatywna gazeta "Die Welt", która choć skrytykowała zwrot na prawo, pofatygowała się przedstawić zdanie odmienne niż to, co prezentują niektóre polskie gazety i tzw. koła opiniotwórcze tłukące w braci Kaczyńskich i PiS jak w bęben. Na temat wyboru Lecha Kaczyńskiego wypowiedział się m.in. publicysta "Wprost" Jerzy Marek Nowakowski i autorytet moralny Polaków prof. Władysław Bartoszewski. Profesor zwrócił uwagę, że konserwatyści w Polsce cenią sobie zarówno dobre stosunki z USA, jak i z Wielką Brytanią, Rzymem i Brukselą.
Najostrzej zaatakowała polską prawicę lewicowa gazeta "Tageszeitung", która postraszyła Niemców dramatycznym zwrotem w prawo i polskim antysemityzmem. "Z Bogiem i bez seksu do Europy ojczyzn", "Zwycięstwo dzięki karze śmierci" - pisał dziennik. "Polska sama sobie szkodzi" - ostrzegał "Financial Times Deutschland". Nacjonalizmem polskim straszyli wszyscy niemieccy komentatorzy, w tym lewicowy "Suddeutsche Zeitung". Doprawdy, Niemcy są ostatnią nacją, która ma prawo do wyrokowania, czy to, co czują Polacy do ojczyzny, jest nacjonalizmem, i do zarzucania nam antysemityzmu. Nacjonalizm jest najgłębszym niemieckim doświadczeniem. U nas ludzie są patriotami i nie możemy pozwolić, by właśnie Niemcy, dziś tęskniący do roli mocarstwa, obrzucali nas epitetami "nacjonaliści" i "antysemici".

Ciemny zaułek pani Eriki
Jeśli już jednak do tego doszło, zwrócę uwagę, że dla niemieckiej chadecji budowa Centrum przeciw Wypędzeniom jest kwestią dotrzymania obietnicy przedwyborczej, choć dla Polaków instytucja ta będzie symbolem niemieckiego rewizjonizmu i nacjonalizmu. Jak kpinę można potraktować komentarz Eriki Steinbach po ogłoszeniu w Polsce wyników wyborów: "Mądre głowy w Warszawie i tak wiedzą, że taka polityka w końcu wyląduje w ciemnym zaułku".
Niemcom nie podoba się polski sprzeciw wobec budowy gazociągu bałtyckiego, a już niemal furię urzędującego Gerharda Schroedera wywołał taki sprzeciw zgłoszony przez prezydenta Litwy Adamkusa.
Zajęci kampanią wyborczą nie zwróciliśmy uwagi na symbole, jakie pojawiły się w otoczeniu desygnowanej na kanclerza Angeli Merkel. Zapowiedziała ona, że w gabinecie powiesi portret niemieckiej z pochodzenia carycy Katarzyny II. Zdaniem Merkel, mimo wad była ona potężną władczynią. Dziennik "Die Welt" pisze, że można by mówić, iż Merkel jest najpotężniejszą Niemką wszech czasów, gdyby nie Katarzyna. Oczywiście Angela Merkel nie ma w sobie nic z carycy, ale marzy, by być wielkim kanclerzem wielkich Niemiec. Przy takim braku historycznej wrażliwości pani kanclerz można być pewnym, iż niemieckie samoloty rządowe lecące do Moskwy będą lądować w Warszawie najwyżej po to, by zatankować tańszą benzynę.
Najbardziej racjonalnie podeszli do zmiany na szczytach władzy w Polsce Rosjanie. Oni dobrze wspominają relacje z konserwatystami. Lubili Reagana i Busha seniora, bo wiedzieli, z kim i z czym mają do czynienia. Putin przyjaźni się z Berlusconim i nikomu to nie przeszkadza. Nie wiadomo, czy nie dogada się z Kaczyńskim lepiej niż z Kwaśniewskim, bo nie będzie oczekiwał uległości i nie zostanie zapewne zawiedziony.


"Bieda i regionalne nierówności pomogły zdobyć głosy społecznie konserwatywnemu, nacjonalistycznemu i katolickiemu prezydentowi"
"The Guardian", 28 października

"Polska już wcześniej nie była łatwym partnerem w UE. Tymczasem teraz nadaje sobie wizerunek kraju zupełnie nieprzewidywalnego i rządzonego przez antyeuropejską większość"
"Le Soir", 28 października

"Do władzy doszedł człowiek hołdujący konserwatywnym, katolickim wartościom, krytykujący zarówno Rosję, jak i Niemcy"
"Rossijskaja Gazieta", 25 października

"Obaj [Kaczyńscy] są populistyczni, autorytarni, nietolerancyjni, nacjonalistyczni, wykazują co najmniej inklinacje do izolacjonizmu, są katolickimi fundamentalistamii brakuje im realistycznej oceny tego, co jest finansowo możliwe. W dodatku są antyrosyjscy i antyniemieccy"
"Berliner Zeitung", 25 października

"Dziwna para małych astronautów, którzy za młodu ukradli Księżyc, zdobywa razem najważniejsze instytucje i stanowiska w postkomunistycznej Polsce. (...) To, co się tam dzieje, dowodzi, że jest to kraj nieustannych niespodzianek, który po śmierci Jana Pawła II stracił pozycję i prestiż międzynarodowy"
"La Stampa", 25 października
Okładka tygodnika WPROST: 44/2005
Więcej możesz przeczytać w 44/2005 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także