Niemieccy dziennikarze inwigilowani

Niemieccy dziennikarze inwigilowani

Służby wywiadowcze przez kilka lat szpiegowały i werbowały agentów wśród dziennikarzy. Nie poinformowały też o tym rządu - pisze niemiecka prasa.
Skandal z ujawnionymi w tym tygodniu przypadkami inwigilowania dziennikarzy przez niemiecki wywiad -  Federalną Służbę Wywiadowczą (BND) zatacza coraz szersze kręgi.

Tygodnik "Focus" w niedzielnym wydaniu zarzucił kłamstwo szefowi BND Augustowi Hanningowi, który w miniony czwartek twierdził, że dowiedział się zaledwie kilka dni temu o kontrowersyjnych operacjach wobec dziennikarzy. Hanning po raz pierwszy przy okazji konferencji na temat bezpieczeństwa w Berlinie publicznie przyznał, że mogło dojść do przypadków inwigilacji dziennikarzy. BND miał prowadzić takie operacje w latach 90. wobec dziennikarzy i naukowców, aby wykryć nielojalnych pracowników we własnych szeregach, którzy udzielali mediom informacji na temat służb wywiadowczych. Z ustaleń redakcji wynika jednak, że szef wywiadu wie o tych praktykach co najmniej od lata tego roku.

Jedna z inwigilowanych osób, niemiecki publicysta Erich Schmidt- Eeboom zażądał bowiem już w czerwcu od BND wyjaśnień o prowadzonych przeciwko niemu operacjach. W lipcu przedstawiciel BND potwierdził fakt zainstalowania u niego w 1994 r. kamery służącej do obserwacji dziennikarza. Jak twierdzi "Focus", na ujawnienie tej informacji wydał zgodę sam Hanning.

Powodem inwigilacji dziennikarza była wydana przez niego w lecie 1993 r. książka "Szpiedzy pozbawieni nosa". W publikacji opisał on wpływ wywiadu na życie publiczne Niemiec oraz szereg tajnych operacji wywiadowczych. Książka wywołała konsternację w kierownictwie BND i skłoniła wywiad do podjęcia działań przeciwko jej autorowi. Zdaniem ekspertów, dziennikarz wykorzystał poufne informacje pochodzące od osób znających tajemnice wywiadu - czytamy w "Der Spiegel". BND uznał publikację za "wypowiedzenie wojny" i przystąpił do  kontrataku - pisze wydawany w Hamburgu tygodnik. Wywiad zainstalował kamery umożliwiające obserwację Instytut Badań nad Pokojem w bawarskim Weilheim, w którym pracował autor książki. Z samochodu zaparkowanego przed budynkiem agenci prowadzili stałą obserwację Schmidt-Eebooma. Śledzono także spotykających się z nim dziennikarzy. Jeden ze współpracowników "Focusa" obserwowany był przez dziewięć miesięcy na przełomie lat 1994/95. Agenci BND śledzili go nawet w  weekendy, gdy wraz z rodziną robił zakupy w supermarkecie.

Wywiad interesował się nie tylko mediami. W orbicie zainteresowania BND znalazł się także, po spotkaniu z Schmidt-Eeboomem, wysoki rangą pracownik fundacji im. Hansa Seidela, Wolfgang Steigert. Utrzymywał on kontakty z rezydentami niemieckich służb w Ameryce Łacińskiej.

Magazyn "Der Spiegel" ujawnił z kolei, że służby wywiadowcze szpiegowały dziennikarzy i werbowały wśród nich konfidentów, których zadaniem było obserwowanie kolegów. W latach 1997-1998 wywiad dysponował jeszcze co najmniej dwoma źródłami wśród dziennikarzy. W dodatku nie powiadomiły o tym rządu. Koordynator ds. służb specjalnych, Ernst Uhrlau twierdzi, że nic o tym nie wiedział.

Hanning, który prawdopodobnie zostanie wiceministrem MSW w  rządzie Angeli Merkel, uważa operacje za zgodne z prawem. Jego zdaniem, wywiad ma prawo do działań operacyjnych służących wykryciu przecieków we własnych szeregach. Szef BND podkreśla, że  dziennikarze nie byli celem inwigilacji.

Aferą ze śledzeniem dziennikarzy zajął się nowy Bundestag. Posłowie zapowiedzieli, że wyjaśnią wszystkie okoliczności działań BND przeciwko mediom. Deputowani SPD i CDU zgodnie uważają, że  działania wywiadu były niezgodne z prawem.

Niezależnie od działań parlamentu BND powołał własnego śledczego, który ma zbadać okoliczności skandalu.

em, pap

Czytaj także

 0

Czytaj także