Romans po polsku

Romans po polsku

Nadeszły takie czasy, że bardzo byśmy chcieli, by nam się coś udało - także w miłości
Takiego sezonu na romanse jeszcze nie było. Trzy największe polskie produkcje roku to historie miłosne z happy endem. "Tylko mnie kochaj", "Ja wam pokażę" i "Samotność w sieci" - fabułki pisane na kolanie, plastikowi bohaterowie, zero kontaktu z realnym życiem. Nie szkodzi! Tymi romansami widownia odreagowuje poprzednie 50 lat, kiedy polskie kino pokazywało miłość jako kloakę nieszczęścia. "Romans? To proste. Bierzesz parę kochanków i wynajdujesz im przeszkody w miłości" Đ tłumaczył Balzak. Ale to nie on, lecz polskie kino doprowadziło tę umiejętność do perfekcji. Prześledźmy osiągnięcia.

Popierdółka w hoteliku
Że kochanków rozdziela wojna? Banalne. Ale nie w roku, powiedzmy, 1945. On zginie na śmietniku od zabłąkanej kuli, a ona będzie nalewać - jak nalewała - wódkę za barem. Oglądaliśmy, płakaliśmy. Ale w Polsce taki klimat, że wojna uniemożliwia nawet banalną popierdółkę w małomiasteczkowym hoteliku ("Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz") - w ćwierć wieku po zdobyciu Berlina. Z czego temat zrobił w naszej kulturze na pół wieku Tadeusz Konwicki. W takich "Zaduszkach" już się Edmund Fetting sposobi do świeżo umytej Ewy Krzyżewskiej, a tu mu się Đ mówiąc obrazowo za krytyką Đ łuski wysypują z rozporka.
Gorsze od wojny były tylko trudności lokalowe. Problem zarysował się dramatycznie już w roku 1948. Skonsumowanie małżeństwa ekspedientki Krysi i szofera Witka z filmu "Skarb" dojmująco odkłada się w czasie, ponieważ młodzi skazani są na wspólną komunałkę z pełnym przekrojem socjalnym ówczesnej Warszawy. Podły kwaterunek znoszą w cichej rezygnacji. Ale już parze z "Ósmego dnia tygodnia" (1958) wystarczy tydzień bez gniazdka, by popaść w skrajną histerię. Co reżyserowi Aleksandrowi Fordowi zapełniło półtorej godziny projekcji. "Ja napisałem rzecz o trudnej miłości, a on zrobił film, że trudno znaleźć miejsce na odbycie stosunku płciowego. Pieprzyć się można wszędzie!" Đ wyrzekał po projekcji Marek Hłasko, autor literackiego pierwowzoru. I już nieprawda. Przecież nawet w dziesięć lat później pewien ciapciuś o twarzy Bogumiła Kobieli ("Człowiek z M-3") był gotów się żenić z pierwsza lepszą, bo za tę cenę miał dostać przydział na wyczekane M-3.

Miłość albo Zanussi
W poprzek miłości stawała "Sprawa". A już nie daj Boże wzniosłe posłannictwo społeczne. "Amator" (1979) Kieślowskiego filmuje z balkonu ekipę, która na przemian kładzie i zrywa chodnik pod nowe kable. To jego cios w system. I od razu za ciasno mu we własnym kółku rodzinnym. Po akcie miłosnym, zamiast zwyczajowych grzeczności, szepcze żonie z zamglonym wzrokiem: "Poznałem Zanussiego". Ona cierpi, ale rozumie: przegrać rywalizację z Zanussim to nie wstyd. Albo taki neurotyczny inżynier w czasach szalejącej gierkowskiej korupcji Đ Fronczewski w "Kung-fu". On tu publicznie, kawa na ławę, że dyrektor zerżnął doktorat z angielskiej publikacji, a żona, by załatwił przedszkole dla córeczki. No nie, w takich warunkach on nie będzie przeprowadzał rewolucji moralnej. Małżeństwo się rozpada. Z tym, że u nas działacz ma solidne umocowanie w tradycji. Któż nie pamięta, jak Bogumił Niechcic ("Noce i dnie", 1976) zrywał się od żony świtem, bo ziemia czeka? A ona liczyła liszaje na dworkowej ścianie i przy wiadomym walcu wspominała hrabiego Tolibowskiego, który miał dla niej czas i lilie ze stawu.

Miłość kontra kariera
Grabarzem uczuć bywały w polskim kinie wybujałe ambicje. Dziennikarz sportowy wozi piękną żonę mercedesem, po Mazurach pływa własnym jachtem. Tymi znamionami luksusu kłuje w oczy przygodnego autostopowicza ("Nóż w wodzie", 1961). Ten zaczyna skromnie Đ od poderwania mu małżonki. Ale przyjdzie czas i na jacht, i wózek. A żona? To tylko pałeczka w sztafecie do posad i zaszczytów. Z tym że i małżonek może być takim dodatkiem do kariery. Tu przykładów jeszcze więcej. Na skromnego rusycystę z "Polowania na muchy" (1969) uwzięły się dwie modliszki: żona i kochanka. Jedna przez drugą pchają go w karierę, żeby móc się uwiesić na mężu z posadą i nazwiskiem. Przypadku Lutka Danielaka z "Wodzireja" (1977), co to własną kobietę podkłada szefowi, od którego zależy drobny szczebelek w karierze, nie będziemy roztrząsać. Zbyt przykre, zbyt prawdziwe.

Koncert na aktora i parę butelek
Kochanków rozdziela też czarodziejka gorzałka. Czasem uciesznie. Gustaw Holoubek w "Pętli" (1957) odtworzył nałogowca, który po morderczym przepiciu wygłasza nienaganną dykcją głębinowe monologi. Kto raz w życiu wychylił setkę, pojmie, jaka to lipa. A dopiero co wszczęty odwyk nudzi go do tego stopnia, że wiesza się na żyrandolu w momencie, gdy ukochana dobija się do drzwi. Ale w temacie alkoholu notujemy postęp. Janusz Gajos w "Żółtym szaliku" (2000) dał już jak najbardziej przekonujący koncert na aktora i parę butelek. To mało. Z nałogu wyciągają go ukochane w liczbie dwóch (z każdą związek nieszczęśliwy, oczywiście). I mamusia na dodatek.

Trochę szczęścia w miłości
Czy miłość w polskich filmach bywała bez ratunku? Skąd! Uformowała się przecież klasa obywateli, która wiodła harmonijne pożycie. To funkcjonariusze. Przede wszystkim milicyjnej służby śledczej. Kapitan Andrzej Łapicki (szyk jak z żurnala) od niechcenia daje szczęście i dostatni byt trzpiotce z "Lekarstwa na miłość" (1965). Trzpiotka obnasza opływowe kształty Kaliny Jędrusik, ponieważ mundurowy w polskim filmie poniżej seksbomby nie schodzi. Nawet, jeżeli mundurowy to kompanijna oferma o nienachalnej urodzie Jerzego Turka ("Gdzie jest generał?", 1963), i tak trafia mu się radziecka fizylierka, ponętna jak Elżbieta Czyżewska w najlepszych latach.
Na półwieczną gehennę miłosną ostatnie lata replikują takimi rzewnymi bajędami, jak "Nigdy w życiu!" (2004). Rozwódka z dużym przebiegiem zamienia w jeden sezon tępego biznesmena na amanta - młodszego od siebie i o gwiazdorskiej urodzie. A kawalerkę w bloku na domek nad jeziorem, w dobrej podwarszawskiej okolicy. "Zakochany anioł" (2005) podobnie Đ za jednym podejściem zdobywa subtelną panią psycholog, czyni ją brzemienną i osadza w willi pod miastem. Że to nieprawda? Co do faktów Đ tak. Ale o fakty chodzi tu najmniej. W sferze emocji wszystko jest jak najbardziej prawdziwe. Bo nadeszły takie czasy, że bardzo byśmy chcieli, by nam się coś udało. Także w miłości. Nareszcie!
Okładka tygodnika WPROST: 4/2006
Więcej możesz przeczytać w 4/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także