Proces o zniesławienie Wassermanna

Proces o zniesławienie Wassermanna

Rozpoczął się proces o zniesławienie, jaki z prywatnego oskarżenia wytoczył minister koordynator ds. służb specjalnych Zbigniew Wassermann Wandzie Gąsior z Nowej Huty.
Proces toczy się za zamkniętymi drzwiami. Na rozprawę stawili się: oskarżona Wanda Gąsior i jej pełnomocnik prof. Zbigniew Hołda oraz reprezentujący min. Wassermanna mec. Łukasz Woźniak. Sam minister nie pojawił się w sądzie. Jak wyjaśniał mec. Woźniak, Wassermann nie został wezwany przez sąd. Rozprawa trwała blisko dwie godziny.

Jak poinformował rzecznik sądu sędzia Andrzej Almert, podczas rozprawy sąd przesłuchał oskarżoną, przyjął wnioski stron dotyczące przesłuchania świadków i wyznaczył trzy kolejne terminy rozpraw. Na ostatni termin, 18 maja, postanowił wezwać jako świadka Zbigniewa Wassermanna.

Sprawa dotyczy nieprawidłowości i nieporozumień przy budowie domu dla Wassermanna przez zięcia oskarżonej kobiety. Akt oskarżenia powstał, gdy w 2004 roku do ówczesnego posła PiS dotarły pisma, które Wanda Gąsior wysłała do dziennikarki telewizyjnej Elżbiety Jaworowicz i prezesa TVP. Kobieta pisała o gnębieniu prywatnych przedsiębiorców przez nieuczciwych zleceniodawców i jako przykład podawała budowę domu przez swojego zięcia dla Wassermanna. Poseł uznał się za pomówionego przez kobietę i sporządził przeciwko niej prywatny akt oskarżenia. Sprawę skierowano do rozpoznania przed sądem po niepowodzeniu mediacji między stronami.

Sprawę przekazano do postępowania mediacyjnego, które nie  zakończyło się sukcesem. Trzykrotnie na wyznaczany termin mediacji nie stawiał się Wassermann, który w końcu przysłał do sądu pismo, że rezygnuje z mediacji. Jak napisał w oświadczeniu przesłanym, zrobił to, ponieważ "mediacja w tej sprawie była wykorzystywana przez oskarżoną jedynie celem zdyskredytowania jego osoby w oczach opinii publicznej".

"Nie obawiam się tego procesu, ponieważ pisałam prawdę" - mówiła dziennikarzom oskarżona. Jak przyznała, w listach nazwała ministra "oszustem", opisując kłopoty swojego zięcia z  wyegzekwowaniem należności od posła za budowę domu. Stwierdziła, że była chętna do mediacji, która mogłaby się zakończyć "przeproszeniem jej przez pana ministra", sama jednak, "za tyle krzywd", nie ma zamiaru przepraszać.

"Jeżeli praca była źle wykonana, to nie odebrałby jej inspektor nadzoru. Sama sprawdziłam oświadczenia majątkowe posła: wskazują one, że pan Wassermann podejmując wykończenie swojej willi nie  miał na to pieniędzy" - mówiła Wanda Gąsior dziennikarzom po  rozprawie. "Bo jak można podejmować inwestycję wartą 500 tysięcy zł mając 12 tysięcy na koncie" - argumentowała. Jak podawała prasa, Wassermann w rozliczeniu przekazał przedsiębiorcy budowlanemu swoje mieszkanie.

Pełnomocnik oskarżonej prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka podkreślał, że oskarżona pisząc listy nie  miała zamiaru naruszać dóbr osobistych ministra, nie można jej więc przypisać popełnienia przestępstwa. "Istotna jest tu kwestia świadomości i woli oskarżonej" - powiedział prof. Hołda. Poinformował jednak, że po stronie jego klientki nadal jest "szczera wola rozmowy i pogodzenia się".

Inne stanowisko reprezentuje pełnomocnik oskarżyciela. "Musimy pamiętać, że to nie była kwestia jednego listu do telewizji, ale  listów, które były kierowane do posłów i senatorów. Mogło to  spowodować, że min. Wassermann utraciłby dobre imię, stąd zachodziła konieczność obrony jego dobrego imienia" - wyjaśniał powody oskarżenia mec. Łukasz Woźniak.

W sprawie budowy domu dla ministra krakowska prokuratura postawiła już przedsiębiorcy Januszowi D. (zięciowi Wandy Gąsior) zarzuty narażenia rodziny Wassermannów na niebezpieczeństwo utraty życia lub doznania uszczerbku na zdrowiu oraz oszustwa na kwotę 30 tys. zł. Pięciu innym osobom zarzuciła nieumyślne narażenie na  niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Podejrzanymi są podwykonawca i jego pracownicy oraz dwie osoby, które przeprowadzały kontrolę instalacji elektrycznej przed dopuszczeniem jej do użytkowania.

Powodem zarzutów jest zarówno wadliwa instalacja wanny z  hydromasażem, której zalanie wodą mogło spowodować porażenie prądem, jak też inne usterki wykazane przez biegłych w kilku ekspertyzach, m.in. wadliwa i niezgodna z projektem konstrukcja i  pokrycie dachu oraz usytuowanie wjazdu do garażu. Jak podawała prokuratura, zdaniem biegłych, łączny koszt usuwania stwierdzonych wad przekracza 120 tys. zł.

Na polecenie Prokuratury Krajowej śledztwo w tej sprawie przeniesiono pod koniec ubiegłego roku do Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Jak informował prokurator krajowy Janusz Kaczmarek, choć Prokuratura Krajowa nie znalazła żadnych nieprawidłowości w postępowaniu krakowskiej prokuratury, to sprawa trafi do innej jednostki, by "uniknąć zarzutu stronniczości" (Wassermann jest prokuratorem z Krakowa).

Elementem sporu jest także pozew wykonawcy przeciwko właścicielowi domu o zapłatę 40 tys. zł. Sprawa od kwietnia 2004 roku toczy się w wydziale cywilnym Sądu Okręgowego w Krakowie. Obecnie akta znajdują się u biegłego.

pap, ss, ab

Czytaj także

 0