Przegląd prasy

Przegląd prasy

Dodano: 
Dlaczego byli ajenci sklepów Żabka donoszą na siebie, ile tys. Ukraińców będzie musiało opuścić Polskę, gdzie w Warszawie, mimo zakazu, można było kupić alkohol, czy 500 tys. rodzin grozi wywłaszczenie - o tym piszą dzisiejsze gazety.
Byli ajenci sklepów Żabka donoszą na samych siebie do prokuratur. Chcąc uniknąć licytacji majątku, gotowi są zeznawać przeciw korporacji. Prokuratura sprawdza, czy nie byli wyzyskiwani i oszukiwani - pisze "Gazeta Wyborcza" w tekście "Prokuratura na tropie Żabki". W Polsce działa ok. 1676 żółto-zielonych sklepów Żabka. Zatrudniają ok. 7 tys. osób. Sklepy sieci otwarte są 365 dni w roku po 17 godzin, mają kilka lub kilkunastotysięczne obroty dziennie. Mimo to wielu ajentów dorobiło się na nich długów. Centrala Żabki domaga się od ponad 300 byłych ajentów spłaty po 30- 40 tys. zł - razem blisko 10 mln zł! To więcej niż ubiegłoroczny zysk sieci - 6 mln zł. Sieć Żabka Polska SA została stworzona na wzór amerykańskiej sieci 7/11 (seven/eleven). Działa w branży niewielkich sklepów tzw. tuż za rogiem konkurujących przede wszystkim z rodzinnymi sklepami spożywczymi. W Polsce specyficzną formułę działania sklepów Żabka opartą na bezwzględnym przymusie wypełniania przez ajenta coraz to nowych "Instrukcji" i "Wytycznych" (nieznanych mu w chwili podpisania umowy współpracy) opracował Mariusz Świtalski, twórca Elektromisu i sieci Biedronka. Do niego należy 55 proc. udziałów Żabki, reszta - do amerykańskiego funduszu AIG. Żabka wygrywa wszystkie procesy z byłymi ajentami, bo są one rozpoznawane w uproszczonym trybie nakazu zapłaty z weksla. Centrala przedstawia w sądzie podpisywane przed laty weksle in blanco, wpisując dziś kwotę roszczeń. Podpisanie weksla było warunkiem przekazania ajentowi sklepu. Miał on gwarantować spłatę należności za towar dostarczony przez Centralę oraz należność za ewentualne zniszczenie wyposażenia sklepu. Ajenci i ich bliscy (jako żyranci) musieli je podpisać. Działo się to po zakończeniu szkolenia dla ajentów, w czasie którego zdaniem prokuratury mogło dochodzić do psychomanipulacji.

Setki tysięcy Ukraińców pracujących na czarno już wkrótce będzie musiało opuścić nasz kraj. A Rumuni i Bułgarzy długo poczekają na prawo do legalnego zatrudnienia - pisze "Rzeczpospolita" w tekście "Legalnie albo wcale". Bardziej restrykcyjną politykę wobec przyjezdnych zza Bugu zapowiada poseł PiS Stanisław Szwed. Działacz "Solidarności" z Bielska-Białej już wkrótce zostanie wiceministrem pracy odpowiedzialnym za zatrudnienie. Zastąpi związanego z Centrum im. Adama Smitha liberała Roberta Kwiatkowskiego, który nie chce pracować z minister pracy Anną Kalatą związaną z Samoobroną. Opracowany jeszcze przez ekipę Marka Belki pomysł utworzenia kontyngentu legalnych pracowników z Ukrainy powinien zostać przez nową ekipę utrzymany. Limit będzie jednak bardzo niski. - Powinien odpowiadać 1/10 liczby Ukraińców pracujących dziś w naszym kraju na czarno. Jeśli okaże się, że jest ich 100 tysięcy, kontyngent nie będzie większy niż 10 tysięcy - tłumaczy poseł "Rz". Równocześnie zostaną radykalnie zaostrzone kary dla polskich pracodawców zatrudniających na czarno cudzoziemców. Wynoszące dziś zaledwie tysiąc złotych grzywny będą zwiększone trzydziestokrotnie, a łamiący polskie prawo cudzoziemcy zostaną natychmiast deportowani i będą mieli zakaz powrotu do naszego kraju. Na łagodniejsze traktowanie mogą liczyć tylko ukraińskie opiekunki do dzieci i sprzątaczki.

Na Pradze Północ nawet 70 proc. zgłoszeń dotyczących kradzieży aut jest fałszywe. Właściciele samochodów chcą w ten sposób wyłudzić odszkodowania od firm ubezpieczeniowych - pisze "Życie Warszawy" w artykule "Warszawiacy sami sobie kradną samochody". Mieszkańcy Warszawy coraz częściej ustawiają kradzieże własnych aut. - Nawet co trzecie zgłoszenie zaginięcia samochodu może być fałszywe - mówią policjanci zajmujący się walką z przestępczością samochodową. - Po sprawdzeniu zgłoszeń kradzieży aut, które w tym roku miały miejsce na terenie naszej dzielnicy, udowodniliśmy, że połowa z nich jest fikcyjna - mówi sierżant Agnieszka Hamelusz z komendy na Pradze Północ. Policjanci nie ukrywają, że to bardzo optymistyczne szacunki. Niewykluczone, że nawet 70 proc. samochodów "zniknęło" za sprawą ich właścicieli. Najczęściej giną 10-letnie auta, które zostały wzięte na kredyt. Dlaczego ludzie zgłaszają fikcyjne kradzieże własnych samochodów? - Wielu z nich nie jest w stanie spłacać rat. Stare pojazdy wymagają też kosztownych napraw - tłumaczy oficer komendy stołecznej. Scenariusz ustawionej kradzieży zawsze jest taki sam. Osoba, która chce pozbyć się starego auta, oddaje go paserowi. Dostaje za to od tysiąca do trzech tysięcy złotych w zależności od wartości pojazdu. Następnie samochód jest rozbierany na części, a właściciel po zakończeniu demontażu zgłasza się na policję oraz do ubezpieczyciela z prośbą o odszkodowanie.

W związku z wizytą papieża w Warszawie wprowadzono całkowitą prohibicję. Alkoholu nie sprzedają w sklepach, restauracjach i pubach. Zakaz złamano w... Sejmie - dodnosi "Superexpress" w tekście "Tylko w Sejmie nie uszanowali prohibicji". W sejmowej restauracji do południa można było dostać wysokoprocentowe trunki. Udowodnili to reporterzy Radia RMF FM, którzy w sejmowej restauracji nie mieli kłopotów z zakupem szklaneczki whisky i piwa. Kelner jak gdyby nigdy nic przyjął zamówienie. Szybko jednak zreflektował się i tłumaczył, że o prohibicji zapomniał. Równie szybko na drzwiach restauracji pojawiła się kartka: alkoholu nie podajemy. Właściciel restauracji nie wie, dlaczego kelner podał alkohol. Sam o prohibicji wiedział doskonale. - Kelner źle zrobił. Ale oni też wypili, a nie powinni - tłumaczy i przeprasza za całe zajście. Problemu nie widzi za to wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO). - Tłumów warszawiaków w restauracji sejmowej nie widziałem - ironizuje. Czyżby posłowie wychodzili z założenia, że ich zakazy nie dotyczą? - pyta dziennik.

To woła o pomstę do nieba. Nawet za 9 zł krwiopijcy, którzy prowadzą rejestry dłużników, są w stanie zniszczyć człowiekowi życie. Jeśli trafisz na ich czarna listę, przez banki i firmy będziesz traktowany jak złodziej - ostrzega "Fakt" w tekście "Za grosze trafisz na czarną listę". Według dziennika, miało być zupełnie inaczej. Do ogólnopolskich rejestrów dłużników mieli być wpisywani aferzyści, firmy za milionowe machlojki. A czarne listy służą dziś głównie do gnębienia zwykłych Polaków. "Za 9,24 zł rzekomego długu teraz żaden bank nie chce mi dać pożyczki. Nóż się w kieszeni otwiera - denerwuje się Radosław Staszczuk z Warszawy. W podobnej sytuacji jest 35 tys. Polaków wpisanych tylko do Krajowego Rejestru Długów. A w Biurze Informacji Kredytowej jest ich kilka razy więcej. Wystarczy zalegać z płatnościami na kilka złotych, by trafić na ich listy. Przeglądają je setki firm, sprawdzając wiarygodność swoich klientów. Jeśli tam trafisz, oznacza to jedno: wielkie kłopoty - pisze gazeta.

Do Komisji Papierów Wartościowych i Giełd zgłaszają się kolejne osoby poszkodowane w aferze Domu Maklerskiego WGI - pisze "Parkiet" w tekście "Płyną kolejne skargi na WGI". "Otrzymaliśmy do tej pory 105 skarg na działalność Domu Maklerskiego WGI. W sumie z urzędem skontaktowało się już w tej sprawie kilkaset osób" - mówi Łukasz Dajnowicz, rzecznik KPWiG. Oprócz tego, Komisja otrzymała od 26 klientów WGI dane niezbędne do wystąpienia w ich imieniu na drogę sądową. Przewodniczący KPWiG zapowiedział, że skorzysta z takiego prawa. Zainteresowane osoby powinny do końca czerwca przesłać do komisji dokumenty, zawierające m.in. kopię umowy z WGI, informacje o wartości aktywów czy dyspozycję wypłaty zainwestowanych środków - informuje "Parkiet". Z sygnałów napływających do redakcji "Parkietu wynika", że osoby, które zerwały umowę z WGI do końca kwietnia, nie otrzymały do tej pory nawet tej części zainwestowanych środków, która miała być wypłacona w gotówce. Dom Maklerski WGI podał w połowie maja, że ma ok. 1000 klientów, z czego ok. 30 proc. złożyło dyspozycje wypłaty środków.

Prawo i Sprawiedliwość przygotowało jedną z najbardziej kontrowersyjnych propozycji zmian prawa. Projekt ustawy opracowanej przez partię Jarosława Kaczyńskiego umożliwia wywłaszczenie pół miliona mieszkań zakładowych - pisze "Gazeta Prawna" w tekście "Niekonstytucyjne wywłaszczenia". Własności mają zostać pozbawione osoby, które kupiły mieszkania w okresie od 12 listopada 1994 r. do 7 lutego 2001 r. za mniej niż 10 proc. wartości rynkowej. Autorzy projektu uważają, że zostały one sprzedane za bezcen osobom trzecim. Nie mogli ich natomiast wykupić najemcy - byli pracownicy przedsiębiorstw państwowych. Wywłaszczone mieszkania stawałyby się własnością gminy, chyba że właściciel sprzedałby je najemcy - za cenę nie wyższą, niż sam zapłacił. Odszkodowania dla właścicieli miałyby wypłacać gminy, które nie otrzymają na to dodatkowych pieniędzy. "Takie działania są sprzeczne z konstytucją, która zakłada możliwość wywłaszczenia wyłącznie na cel publiczny" - podkreślają eksperci.

Przegląd prasy przygotował
Sergiusz Sachno

 

Przegląd prasy

Od poniedziałku, 13 lutego 2006, publikujemy codzienny przegląd prasy. Możesz go zamówić w formie newslettera, odwiedzając stronę: http://www.wprost.pl/newsletter/

Czytaj także

 0