Sushi Marcinkiewicza

Sushi Marcinkiewicza

Władza jest konserwatywno-narodowa, ale menu ma kosmopolityczne

Igor Janke

Kuchnia polityków nie chadza w parze z wyznawaną ideologią. Staropolskie potrawy zakrapiane zmrożoną czystą wódką preferowali politycy lewicowego, teoretycznie "postępowego" SLD. Ważni politycy PiS, które mieni się partią chadecko-ludową, od polskiego schabowego zdecydowanie wolą japońskie sushi. Wielbicielem japońskiej kuchni jest sam premier Marcinkiewicz. Szef rządu lubi choć raz na tydzień urwać się na godzinę z pracy w porze obiadowej, by zamiast ogórkowej i kotleta podawanych w rządowej stołówce zjeść potrawę z surowych ryb. Premierowskie pancerne BMW z ochroną zajeżdża wtedy na wąską warszawską ulicę Wilczą. Tam naprzeciwko komendy policji mieści się Maguro Sushi Bar.
W Maguro można zarezerwować osobną salkę i właśnie w niej zwykle jada Marcinkiewicz ze swoimi najbliższymi współpracownikami. Premier zamawia przeważnie sashimi (kawałki surowej ryby bez ryżu) i california maki (wegetariańską odmianę potrawy). Z kolei jego rzecznik Konrad Ciesiołkiewicz lubi krewetki w sosie winno-czosnkowym. Z premierem przychodzą najczęściej jego najbliżsi współpracownicy - Jacek Tarnowski, Marian Przeździecki i Piotr Tutak. Pracownicy restauracji podkreślają, że premier jest obsługiwany tak samo jak każdy inny klient. Chociaż dla restauracji taki klient to oczywiście skarb. Przy wejściu znajduje się tablica, na której kilku znanych gości zostawiło swe autografy, m.in. widnieje tam zamaszysty podpis Kazimierza Marcinkiewicza.

[powiększ]
PiS lubi Daleki Wschód
Dalekowschodnia kuchnia cieszy się w prawicowym PiS szczególnym powodzeniem. Podczas kampanii wyborczej jej główni organizatorzy niemal bez przerwy rezydowali w podającej japońszczyznę Inabie. Michał Kamiński (który woli jednak kuchnię chińską od japońskiej), Adam Bielan i Konrad Ciesiołkiewicz spędzali tam całe dnie, zmieniali się tylko rozmówcy. Zaletą Inaby jest to, że jest dyskretna, a przede wszystkim położona tuż obok siedziby PiS przy ulicy Nowogrodzkiej. No i ma niezłe japońskie jedzenie. Michał Kamiński woli chińszczyznę, więc wpada do Cesarkiego Pałacu niedaleko Teatru Wielkiego, gdzie chętnie umawia się na służbowe lunche.
Zanim jesienią 2005 r. zaczęła się kampania wyborcza, w jednej z najładniejszych warszawskich kawiarni, w hotelu Bristol, można było spotkać układającego listy wyborcze Ludwika Dorna. Obecny wicepremier bardziej jest jednak znany jako fan i znawca czerwonych win niż jako miłośnik ciastek.
Ulubionym miejscem pracowników kancelarii premiera jest też Jazz Bistro na ulicy Żurawiej. To tam tuż po wygraniu wyborów Marian Przeździecki, Konrad Ciesiołkiewicz, Zbigniew Wassermann, Ludwik Dorn, Adam Bielan i Michał Kamiński dogadywali kwestie obsady stanowisk zaplecza szefa rządu. W Jazz Bistro bywał także Kazimierz Marcinkiewicz, kiedy był tylko posłem. W pobliskim 6/12 pojawiał się Andrzej Mikosz, gdy jeszcze był ministrem skarbu. Działaczy PiS można też spotkać w restauracji Grand Kredens w Alejach Jerozolimskich, również niedaleko siedziby partii.
Oficjalne spotkania premiera i najważniejszych ministrów odbywają się w Restauracji Polskiej Tradycja na Belwederskiej. Premier jadł tam kolację na przykład z niemiecką kanclerz Angelą Merkel. Przez lata można było w tej restauracji spotkać także najważniejszych polityków SLD. Miejscem spotkań ważnych polityków z dyplomatami czy ludźmi biznesu jest także położony niedaleko Łazienek, zapewniający dyskrecję klub Cavallo.
Restauracyjne wypady premiera mają zwykle półsłużbowy charakter; omawia się podczas nich bieżące prace. Ale pewnego dnia premier wezwał swoich przybocznych, kazał każdemu kupić bukiet kwiatów i pędzić do polsko-włoskiej restauracji San Antonio na Senatorskiej. Tam zorganizowano bowiem imieniny Zyty Gilowskiej. Oprócz premiera i jego gwardii byli m.in. Stefan Meller, Radosław Sikorski i Andrzej Urbański.

Rokita w La Boheme
O ile młodzi działacze PiS uwielbiają dobre lokale i wschodnią kuchnię, o tyle nie można tego powiedzieć o braciach Kaczyńskich. Lech Kaczyński jako prezydent z oczywistych przyczyn nie może wpadać do knajp (choć, jak się okazuje, premier już może), z kolei Jarosław po prostu tego nie lubi.
W najlepszych warszawskich restauracjach spotyka się za to znanych polityków Platformy Obywatelskiej. Chociaż kiedy oficjalnie pytamy, gdzie bywają, trudno się czegokolwiek dowiedzieć. W platformie, podobnie zresztą jak i w innych partiach, panuje opinia, że do chodzenia do knajp nie należy się przyznawać, bo nie jest to dziś dobrze widziane. Prawie połowa aktywności zawodowej polityków to jednak spotkania i rozmowy, nie mają więc szans uniknąć wizyt w lokalach, zwłaszcza jeśli to po prostu lubią.
Jana Rokitę, wiceprzewodniczącego PO, można spotkać w najbardziej wytwornych warszawskich restauracjach, takich jak La Boheme, Bristol, Dom Polski, Ale Gloria. Bo Rokita lubi dobre lokale. Podobnie jak liberalny dandys i intelektualista Janusz Palikot, poseł PO.

PSL, czyli kuchnia żydowska
Pracownicy partyjnych sztabów przyznają, że obowiązuje niepisana zasada, iż politykom ekstraligi nie wypada chodzić do przeciętnych knajp. Sejmowa champions league może zjeść lunch w Sheratonie, posłowie z pierwszej ligi - w pobliskim Buffo należącym do Macieja Kuronia, zaś ci z dalszych rzędów zasilają kasę właścicieli restauracji Frascati na Wiejskiej. - Tam jest dość ciemno i dyskretnie, więc można spokojnie porozmawiać - tłumaczy eurodeputowany Ryszard Czarnecki z Samoobrony. Po chwili dodaje: - Ale ostatnio umówiłem się akurat w Sheratonie - z panią Anną Kalatą, minister pracy. Kiedyś natknąłem się tam też na panów Stefana Mellera i Bronisława Geremka. Zamieniliśmy dwa słowa.
Hotel Sheraton i jego restauracje były - z racji położenia i prestiżu - oblegane przez posłów i senatorów. Ale pod koniec kadencji ubiegłego parlamentu w Sejmie gruchnęła plotka, że zamontowano tam podsłuchy. Choć brzmi to absurdalnie, powtarzają ją wszyscy parlamentarzyści. Obsesja podsłuchów jest zresztą powszechna u polityków. - Na wszelki wypadek w Sheratonie umawiam się teraz najwyżej na szybki lunch - mówi jeden z działaczy platformy. Ciągle można tam jednak spotkać wielu polityków PSL. Marek Sawicki z tej partii woli jednak pójść do pobliskiego Modulora na placu Trzech Krzyży bądź niemieckiego Adlera. - Tam dają pyszne i duże porcje - chwali bawarską kuchnię poseł PSL. Działaczy tej partii można też często spotkać w restauracji żydowskiej Menora przy placu Grzybowskim, niedaleko siedziby ludowej partii.

Platforma, czyli wina,cygara i kanapki z tatarem
Polityczne narady PO często odbywają się w sejmowej restauracji w Nowym Domu Poselskim, zwanej U Maliszewskiego - od nazwiska ajenta. Zaletą U Maliszewskiego jest to, że ma kilka niezależnych od siebie salek, w których można swobodnie rozmawiać. To tam podczas kilku kolejnych spotkań w gronie Rokita, Tusk, Schetyna, Drzewiecki, Komorowski zapadały decyzje dotyczące niewchodzenia w koalicję z PiS.
Posłowie platformy lubią też wielogodzinne nocne spotkania w sejmowym gabinecie Donalda Tuska. - Od kiedy Donald się odchudza, mniej chętnie chadza do restauracji - mówi jeden z jego współpracowników. Nocne debaty w gronie ścisłego kierownictwa partii mają szczególną oprawę. Tusk lubi wtedy słuchać Beethovena. Janusz Palikot przynosi dobre wina, ktoś inny kubańskie cygara. I tak toczą się debaty o antycz-nych wodzach i filozofach oraz o politycznej strategii. Stali uczestnicy tych spotkań to Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Jan Rokita, czasem Janusz Palikot i Mirosław Drzewiecki. Jako "intelektualny sparingpartner" dopraszany bywa Rafał Grupiński. Je się wówczas kanapki z tatarem.
Polityczne debaty platformy ciągną się nieraz do drugiej, trzeciej w nocy. Przez jakiś czas Jan Rokita nie bywał w gabinecie Tuska, gdy Schetyna i jego współpracownicy wycięli jego kandydatów z list do parlamentu. Rokita bardzo się obraził, czego znakiem było zniknięcie za granicą i znacząca nieobecność w trakcie kampanii prezydenckiej. Teraz panowie wracają do nocnych debat przy winie i kanapkach z tatarem.

SLD, czyli droga od Cavallo do Szpilki
Tak jak w samym SLD, tak i w jego restauracyjnym życiu nastąpiła rewolucja. Dawniej liderów sojuszu można było zobaczyć w najbardziej ekskluzywnych lokalach Warszawy, dziś nowa zmiana przywódców woli mniej wystawne, ale za to modne knajpki. Legendarna (choć nie ekskluzywna) restauracja Pod Żubrem na Rozbrat, przy siedzibie SLD, już nie istnieje. Istnieje za to na Rozbrat lokal o nazwie Zielona, gdzie bywa Krzysztof Janik. Niedawno przyjęcie zorganizował tam Wojciech Olejniczak. Młody szef sojuszu zamiast w klubie Cavallo woli się jednak umawiać w Szpilce bądź Modulorze przy placu Trzech Krzyży. Olejniczak bywał też w zamkniętym już Le Madame, a teraz pokazuje się w artystowskiej Kulturalnej w PKiN, gdzie umawia się na przykład z guru nowolewicowych środowisk Sławomirem Sierakowskim.
Leszek Miller i jego dawni towarzysze z pierwszej ligi sojuszu lubią się spotykać przy piwie w restauracji Stajnia na Ursynowie.

Dawnych wspomnień czar
Ambasador, dawne miejsce spotkań starych i nowych elit politycznych, wyszedł już z mody. Posłowie najczęściej jedzą po prostu w kilku sejmowych restauracjach. Samoobrona nie imprezuje już hucznie U Witaszka, bo Witaszek wyleciał z Samoobrony. Zniknęła restauracja Pod Żubrem, gdzie sfotografowani zostali biesiadujący minister Łapiński i wiceminister Nauman. Nie ma już Karczmy Warszawskiej na Mokotowskiej, popularnie zwanej Kopytem, gdzie w pierwszych latach wolnej Polski można było spotkać posłów PSL - na czystej i schabie w galarecie. Swoją rangę stracił też sejmowy Bar za Kratą, gdzie pili wszyscy, nierzadko od rana.
Nikt już nie wyrzuca prostytutek z hotelowego balkonu, jak zdarzyło się kilka lat temu pewnemu posłowi. I znacznie rzadziej niż kiedyś można spotkać posłów na zakrapianych libacjach. Piją pewnie jak pili, ale teraz robią to dyskretniej. No i coraz częściej zamawiają inne trunki. Nikt już nie przyzna się do "lornety z meduzą", czyli czystej wódki zakąszanej galaretą. Teraz obowiązuje sushi z białym winem, ewentualnie z japońskim piwem. A najlepiej z wodą mineralną albo zieloną herbatą.


Fot: K. Pacuła
Okładka tygodnika WPROST: 25/2006
Więcej możesz przeczytać w 25/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także