Przegląd prasy

Przegląd prasy

Jak właściciel Biedronek stosuje czarny PR, czy służby znają przeszłość nowego szefa PZU, czy lewica odzyska PAP, czy wiceministewr transportu Bogusław Kowalski współpracował z SB - o tym piszą dzisiejsze gazety.
Prawnik Biedronki sugeruje, że Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Biedronki dostaje pieniądze z zagranicy. Dowód? Tekst reklamowy w "Trybunie" na zamówienie właściciela Biedronki - pisze "Gazeta Wyborcza" w tekście "Czarny PR w służbie sieci sklepów Biedronka". Od kilku lat między byłymi pracownikami Biedronki a właścicielem sieci marketów spółką Jeronimo Martins Dystrybucja trwa sądowa wojna. W pozwie o ochronę dóbr osobistych przed warszawskim sądem JMD domaga się przeprosin i zasądzenie 50 tys. zł na PCK. Tymczasem Stowarzyszenie wystąpiło do warszawskiego sądu o zwolnienie od kosztów i przyznanie pełnomocnika z urzędu. Pełnomocnik JMD mec. Dariusz Skuza zareagował natychmiast wnioskiem przeciw. Napisał do sądu, że Stowarzyszenie "korzysta z wieloosobowej grupy prawników", a pismo do sądu kończył sugestią: "Stowarzyszenie najprawdopodobniej korzysta w swej działalności ze środków, które spływają z zagranicy. Jedną z tych organizacji - jak donosi prasa - jest m.in. niemiecka Fundacja im. Friedricha Eberta". Na dowód mec. Skuza dołączył "kopię artykułu prasowego" zamieszczonego w "Trybunie". Tekst "Komu przeszkadza Biedronka?" atakuje Stowarzyszenie, mec. Lecha Obarę, który reprezentuje je w kilku sprawach, media. Stawia kilka tez: chodzi o wielkie pieniądze jakie można "wyrwać z gardła wielkiej sieci handlowej"; mec. Obara i inni prawnicy nie reprezentują b. pracowników Biedronek charytatywnie; "minister Ziobro "buduje tanią popularność na plecach Biedronki"; "tłem sprawy są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze, pieniądze". "Artykuł prasowy" z "Trybuny" okazał się być reklamą. Wynika to z pisma, które otrzymał Edward Gollent, prezes Stowarzyszenia od redaktora naczelnego "Trybuny". Czytamy w nim: "Zleceniodawcą zamieszczenia tego ogłoszenia była Agencja Reklamy Anon, działająca na rzecz spółki Jeronimo Martins, właściciela sieci handlowej Biedronka". Reklama ukazała się 22 maja, a już następnego dnia złożył ją w sądzie, jako "kopię artykułu prasowego" pełnomocnik JMD mec. Skuza.

Minister Zbigniew Wassermann, koordynator służb specjalnych, wystąpi do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z pytaniem, czy służby specjalne miały informacje na temat Jarosława Netzla, prezesa PZU - dowiedział się "Dziennik". Nie wiadomo, czy Ministerstwo Skarbu zwróciło się do służb bezpieczeństwa o sprawdzenie kandydatury Netzla. MSP nie odpowiedziało na pytania wysłane we wtorek przez "Dziennik". Także przedstawiciele ABW odmówili komentarza. Zdaniem Konstantego Miodowicza, posła PO i byłego szefa kontrwywiadu, gdyby okazało się, że resort skarby państwa przed nominacją nie zwrócił się do państwowych służb o opinię w sprawie kandydatury Netzla, byłoby to gigantyczne zaniechanie. - Myślę, że tą sprawa powinna się zająć Sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych - mówi Miodowicz w artykule "Co służby wiedzą o prezesie".

Członkowie zarządu PGNiG, kierujący tą firmą do końca 2005 r., za zasiadanie w radzie nadzorczej polsko-rosyjskiego EuRoPol Gazu wypłacili sobie milionowe nagrody - ujawnia "Dziennik" w artykule "Dali sobie nagrody". Sprawa jest bulwersująca, bo PGNiG kontroluje EuRoPol Gaz i jest jego współwłaścicielem. To oznacza, że prezesi państwowego przedsiębiorstwa, których obowiązuje ustawa kominowa, sami sobie wypłacili gigantyczne pieniądze. Zgodę na to wyrazili Rosjanie z Gazpromu, który jest rosyjskim udziałowcem firmy. Polacy i Rosjanie mają w niej po 48 proc. akcji. Kasę oprócz byłego prezesa PGNiG Marka Kossowskiego otrzymali Marek Fołtynowicz i Franciszek Krok. Za chwilę ta trójka przestała pracować w PGNiG. Niewykluczone, ze prezesi będą musieli oddać pieniądze. Jak się dowiedział "Dziennik", Gas Trading mający 4 proc. akcji EuRoPol Gazu złożył pozew o uchylenie decyzji o nagrodach. W piśmie do sądu stwierdzono, że wypłaty są sprzeczne z dobrymi obyczajami i statutem EuRoPol Gazu. Również rzecznik PGNiG Tomasz Fill powiedział gazecie, ze jego spółka będzie wyjaśniać okoliczności tych wypłat.

Czy Polska Agencja Prasowa będzie miała dwa zarządy? Może tak się zdarzyć, bo członkowie rady wybrani za rządów Marka Belki chcą zastopować zmiany, jakich w agencji dokonało PiS - pisze "Rzeczpospolita" w tekście "Lewica chce odbić agencję". Zamieszanie we władzach PAP to wynik postanowienia sądu rejestrowego. Pod koniec maja sąd odmówił zarejestrowania nowego zarządu PAP i zmian w radzie nadzorczej, jakie nastąpiły za sprawą działań ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego (PiS). Minister pod koniec marca odwołał szefa rady nadzorczej Jerzego Domańskiego i mianował trzech nowych członków rady, w tym Krzysztofa Turkowskiego (jest teraz szefem rady). Dwaj członkowie rady uznali to za niezgodne z prawem. Powołali się na przepis ustawy o PAP, który umożliwia ministrowi zmiany w składzie rady jedynie "w przypadku udostępnienia akcji spółki osobom trzecim" (minister uznał, że nie jest to warunek konieczny). Zaskarżyli decyzję do sądu okręgowego. Ten nie wydał jeszcze wyroku, ale sąd rejestrowy już zgodził się ze skarżącymi. Uznał, że minister będzie mógł zmieniać skład rady dopiero po wygaśnięciu jej kadencji, w połowie 2008 r. Sąd odmówił też wpisania do rejestru nowej rady i nowego zarządu. Co to oznacza? Strony sporu mają na ten temat odmienne zdania. - Agencja nie ma zarządu, bo kadencja poprzedniego wygasła. Rada wraca do starego, pięcioosobowego składu. Ja jestem przewodniczącym, pan Turkowski jedynie udaje przewodniczącego - mówi Domański, redaktor naczelny lewicowego tygodnika "Przegląd". - Do momentu prawomocnego wyroku agencji nie oddam - mówi prezes PAP Piotr Skwieciński. Zapowiada odwołanie od postanowień sądu rejestrowego.

Wiceszef resortu transportu Bogusław Kowalski figuruje w materiałach służb specjalnych PRL jako tajny współpracownik o kryptonimach Mieczysław i Przemek. Sprawę bada Rzecznik Interesu Publicznego - ujawnia "Życie Warszawy" w artykule "Kłopoty lustracyjne Bogusława Kowalskiego". Kowalski jest obecnie posłem Narodowego Koła Parlamentarnego. Wcześniej był wiceprzewodniczącym Ligi Polskich Rodzin, jednak w kwietniu dokonał rozłamu w klubie. W oświadczeniu lustracyjnym napisał, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnych PRL. Kowalski może mieć jednak kłopoty lustracyjne. Biuro Rzecznika Interesu Publicznego chce zbadać dokumenty Służby Bezpieczeństwa, z których wynika, że w styczniu 1988 roku Kowalski został zarejestrowany jako TW "Mieczysław". Obciążający polityka wpis w dzienniku rejestracyjnym nosi numer 54803. Sam Kowalski zdecydowanie zaprzecza. - Z funkcjonariuszem SB spotkałem się tylko raz, jeszcze przed maturą. Nigdy nie współpracowałem ze służbami specjalnymi PRL. Jeżeli są jakieś dokumenty SB na mój temat, to musiała zajść jakaś pomyłka - mówi w rozmowie z gazetą. Co wynika z dokumentów IPN? Bezpieka interesowała się Kowalskim od 1984 roku. Był wtedy studentem historii Uniwersytetu Warszawskiego. Jego nazwisko pojawia się w sprawie operacyjnego rozpracowania o kryptonimie Marszałek. Prowadził je III departament SB, który zajmował się zwalczaniem opozycji. W IPN nie zachowały się dokumenty dotyczące akcji "Marszałek". Do tej pory nie zostały także odnalezione teczki dotyczące współpracy Bogusława Kowalskiego. Według archiwalnych dokumentów, zostały one zniszczone 24 stycznia 1990 roku. Wiadomo jedynie, że bezpieka nadała Kowalskiemu pseudonim Mieczysław i Przemek. To jednak może nie wystarczyć, by sąd uznał Kowalskiego za kłamcę lustracyjnego.

Grzegorz Mozgawa (46 l.), były szef BOR, dostał 220 tys. zł w zamian za to, że wyprowadzi się z mieszkania. Fortunę wziął, a mieszka nadal! Karnymi odsetkami BOR próbuje zmusić go do wyprowadzki - pisze "Superexpress" w artykule "Gdzie twój honor generale?". Jak każdy borowik, Mozgawa ma prawo do ekwiwalentu mieszkaniowego. Czyli pieniędzy wypłacanych, gdy opuści mieszkanie zajmowane w trakcie służby. To gwarantuje obowiązująca od kilku lat ustawa o BOR-ze. Mozgawie ekwiwalent wyliczono na ok. 220 tys. zł. W maju 2005 r., tuż przed odejściem ze stanowiska, wiceminister spraw wewnętrznych Andrzej Brachmański przygotował umowę o wypłacie tej sumy. Trzy miesiące później umowę podpisał Mozgawa. Z budżetu BOR-u błyskawicznie dostał 220 tys. zł. W zamian do 23 lutego 2006 r. miał się wyprowadzić. Wersja gen. Mozgawy jest inna. - Podanie złożyłem w 1999 r. Moja kolejka nadeszła w 2004 r. Wtedy nie wziąłem pieniędzy, bo byli bardziej potrzebujący funkcjonariusze. Pieniądze dostałem dopiero w 2005 r. - relacjonuje były szef BOR-u. - Nieprawda! Mamy listy oczekujących. Mój poprzednik nigdy nie był na czele listy. Gdy otrzymał pieniądze, na wypłatę ekwiwalentu czekało 62 ludzi. Łamiąc prawo, generał kazał wypłacić sobie pieniądze poza kolejką - twierdzi płk Damian Jakubowski, obecny szef BOR-u. - Nie chcemy unieważnienia umowy. Bo teraz generał dostałby jeszcze więcej pieniędzy. Stale rośnie bowiem cena metra kwadratowego. A według niej wylicza się ekwiwalent. Naliczamy mu jednak co miesiąc ok. 2,5 tys. zł odsetek. Mamy nadzieję, że to zmobilizuje go do wywiązania się z umowy - twierdzi płk Jakubowski. - Oczywiście będę płacił odsetki - deklaruje Mozgawa. Tłumaczy, że ciężka zima spowodowała opóźnienie na budowie jego nowego lokum - szeregowca. Więc nie miał się gdzie wyprowadzić. - Zrobię to do końca września - deklaruje gen. Mozgawa. Mozgawa jesienią 2005 r. został odsunięty ze stanowiska. Ale jeszcze przez kilka miesięcy nie można go zwolnić. Nic nie robi, a co miesiąc na konto wpływa mu po ok. 10 tys. zł. Gdy odejdzie do cywila, dostanie odprawę, roczną pensję i pieniądze za niewykorzystane urlopy. W sumie ok. 200 tys. zł.

Przegląd prasy przygotował
Sergiusz Sachno

 

Przegląd prasy

Od poniedziałku, 13 lutego 2006, publikujemy codzienny przegląd prasy. Możesz go zamówić w formie newslettera, odwiedzając stronę: http://www.wprost.pl/newsletter/

Czytaj także

 0