007, zgłoś się!

007, zgłoś się!

Filmy o Jamesie Bondzie doczekały się niezliczonej ilości parodii - dziwnym trafem żadna nie była naprawdę śmieszna
Nic tak nie cieszy parodystów jak cudzy sukces. Każdy kasowy film to nowa okazja do zarobku dla sfory czujnych padlinożerców. Nie ma znaczenia, czy to "Rambo", czy "Gwiezdne wojny" - liczy się kolejny hit do obśmiania. O dziwo mechanizm, który świetnie zadziałał przy parodiowaniu filmów SF czy westernów, zawiódł przy próbie wyszydzenia klisz z filmów o Jamesie Bondzie. A wszystko wydawało się takie łatwe - nic, tylko się schylić i podnieść pieniądze z filmowego planu.

Agencie, do dzieła!
Już w 1964 r. w znanej i niezbyt ambitnej angielskiej serii komediowej "Carry on" pojawił się obraz "Carry on spying", parodiujący głównie "Pozdrowienia z Rosji" - drugi film o przygodach Bonda. W 1967 r. powstała pierwsza wersja "Casino Royale". Główną rolę zagrał David Niven - aktor, którego w butach Bonda widział sam Ian Fleming. Mimo udziału plejady gwiazd (Peter Sellers, Orson Welles, Jean-Paul Belmondo, Ursula Andress) film nie był udany. Przyłożyło się do niego aż pięciu reżyserów i trzech scenarzystów. Powstał zlepek skeczy, dziwny miks komedii surrealistycznej i slapstikowej. Woody Allen uważa go za najgorszy w swej aktorskiej karierze.
Nieudane próby nie zniechęcały naśladowców. Najchętniej wykpiwano erotyczne podboje agenta, jego złowrogich przeciwników i śmiercionośne zabawki. Modelowym przykładem Bond-parodii był film "Spy hard, czyli szklanką po łapkach". Zadbano o wszystkie stereotypy: miłosne ekscesy, gadżety, a nawet obowiązkową piosenką czołówkową, którą śpiewał "Weird Al" Jankovic. Komedie lat 80. i 90. pełne są zresztą bondowskich żartów - od "Top Secret", po "Hot Shots" i od "Cannonball", po "Wielką przygodę Pee-Wee Hermana". Sparodiowany 007 był przenoszony w realia westernowe ("Bardzo dziki zachód") i familijne ("Mali agenci", "Psy i koty", "Toy Story 2").
Największy sukces komercyjny odniósł jednak Mike Myers w trylogii o Austinie Powersie. Nie tylko naśmiewał się z Bonda (jego superszpieg to obleśny brzydal o krzywych zębach i przesadnie włochatym torsie), ale próbował też satyrycznego spojrzenia na zmiany obyczajowe, jakie zaszły od lat 60. Wnioski były ciekawe - we współczesnym świecie dawne zbrodnicze plany arcyłotrów stały się naszą codziennością, a największą zbrodnią jest opowiadanie seksistowskich żartów.

Pozdrowienia z Pekinu
Hollywood nie miało monopolu na kpiny z agenta 007. Włosi wysłali go w kosmos, a Chińczycy kazali ścigać złodziei gigantycznej czaszki dinozaura. Nawet bohater serii japońskich kreskówek "Arsene Lupin III" ma więcej wspólnego z brytyjskim szpiegiem niż z francuskim włamywaczem, bo tak jak Bond chętnie sięga po nowinki techniczne. Szczególnie ciekawa jest chińska komedia "Pozdrowienia z Pekinu", w której Stephen Chow gra rzeźnika przekwalifikowanego na superszpiega. Film sięga po elementy bondowskie tak śmiało, że nie wiadomo chwilami, czy to parodia, czy plagiat.
Wymyślanie dowcipów o Bondzie zawsze wydawało się filmowcom łatwe. Jego brytyjski snobizm i przeświadczenie o sile własnej męskości aż proszą się o wykpienie - podobnie jak niesamowite wynalazki czy obłąkani geniusze zbrodni. Dlaczego zatem tak rzadko komedie, odwołujące się do schematów serii o 007, bywały naprawdę śmieszne? Odpowiedź jest prosta - Bond obronił się sam. Niemal od samego początku producenci serii filmów o brytyjskim szpiegu zrezygnowali z klimatu powagi powieści Iana Fleminga i poszli w stronę czystej rozrywki. Inteligentny humor odróżniał pierwsze Bondy od filmów, na których się wzorowały - brytyjskich thrillerów szpiegowskich, filmów przygodowych i hollywoodzkiego kina akcji. Potem seria sama skręciła w stronę pastiszu i parodii. Bieganie po krokodylach w "Żyj i pozwól umrzeć", czy człowiek przegryzający stal w "Szpiegu, który mnie kochał" to już przecież szczyt eskapizmu i autoironii. Bezpieczniki żartu wmontowane w bondowskie filmy nie tylko uratowały serię przed nudą, ale także obroniły ją przed parodiami. Nie można przebić niewidzialnego samochodu z "Śmierć nadejdzie jutro", opowiadając o samochodzie niewidzialnym jeszcze bardziej. Dlatego parodystom pozostały przedsięwzięcia w rodzaju "Johnny English" z Rowanem Atkinsonem, której bohater jest kompletnym idiotą. Nie zauważyli tylko, że porównanie tego konceptu z wyrafinowanymi dowcipami oryginalnego filmowego Bonda daje druzgocące efekty. Zazwyczaj samemu wychodzi się wtedy na "scenarzystę specjalnej troski".
Okładka tygodnika WPROST: 46/2006
Więcej możesz przeczytać w 46/2006 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także