Koizumi geiko

Koizumi geiko

Junichiro Koizumi wywrócił japońską politykę do góry nogami. Komentatorzy jego następcy wróżą mu już possuto Koizumi, czyli okres, w którym będzie musiał zmagać się z popularnością ustępującego premiera.
Koizumi, inaczej niż jego brytyjski kolega odchodzi w momencie, kiedy jego Partia Liberalno Demokratyczna jest u szczytu. Kilka miesięcy temu Koizumi zrobił rzecz niesamowitą, postawił partię na krawędzi rozpadu, tylko po to, by ją wzmocnić. To jedna z cech charakterystycznych dla Koizumiego (i innych wielkich przywódców): podjąć ryzyko, z świadomością, że można przegrać. Koizumi kilkakrotnie zdobył się na taki krok, dzięki czemu zawdzięcza swoją pozycję.

Jego niewątpliwą zasługą jest przekreślenie dawnego modelu uprawiania polityki. Koniec ze starszymi, nudnawymi panami o podobnych fryzurach. Po Koizumim japońska polityka będzie inna. Choć go formalnie nie będzie, Koizumi geiko - teatr Koizumiego - nadal będzie trwał. To siwa ondulacja, luźne marynarki, różowe koszule i śpiewane pod nosem piosenki Elvisa Presleya.

Shinzo Abe trudno będzie powtórzyć tą rolę. Kto inny może być wielbicielem Wagnera, zespołu X Japan, amerykańskich westernów i przy okazji przyjacielem George'a Busha, latającym jego AirForceOne do muzeum Presleya w Graceland? Przy tym Koizumi potrafi być stanowczy i bardzo zdeterminowany. To między innymi te cechy sprawiły o fatalnych stosunkach Japonii z Korea Południową i Chinami. Co zresztą przysporzyło mu sporo popularności w kraju. Shinzo Abe, jako jastrząb w ekipie premiera, nie poprawi tej sytuacji, choć 15 sierpnia w rocznicę kapitulacji Japonii nie poszedł do świątyni Jasukuni, jak czynił to do tej pory premier Koizumi. Czy uda mu się "wejść w buty Koizumiego", czas pokaże. Wiadomo jednak, że będzie to dosyć trudne.

Czytaj także

 0

Czytaj także