Warszawskie, górskie, zimowe… bieganie w Falenicy

Warszawskie, górskie, zimowe… bieganie w Falenicy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tytuł tego wpisu miał być nieco bardzie epicki, ale na szczęście w porę się zorientowałam, że epicki był już niemal dokładnie rok temu (http://aniabiega.blox.pl/2011/12/Falenica-8211-moja-milosc-moja-Golgota.html) . Albo ja nie jestem jakaś wybitnie twórcza, albo to kwestia tej Falenicy.
Falenica - najbardziej na południe położona część stolicy z prawej strony Wisły. W latach 1924-1951 samodzielne miasto i siedziba gminy Falenica Letnisko. Dzisiaj – w dzielnicy Wawer, czyli ode mnie po sąsiedzku, przez las, czasami na treningu zapuszczam się na falenickie wydmy. No właśnie. Bo w Falenicy są wydmy, całkiem, jak na Mazowsze obfite i nawet dość stromawe. Zwłaszcza jedna taka wydma, na której jest istny labirynt ścieżek, nogi kopią się po kostki w piasku, a tętno osiąga wartości przedzawałowe. Z oficjalnego opisu: Malownicza wydma porośnięta borem sosnowym, z piaszczystym, otwartym wierzchołkiem sama w sobie stanowi nie lada atrakcję nie tylko dla biegaczy. Stanowi piękny przykład mazowieckiego krajobrazu w granicach miasta Warszawy.

Wydma ostatnio awansowała, dlatego ma opis. Od końca minionego roku na wydmie jest oficjalna dzielnicowa III Ścieżka biegowa "Falenica". Ścieżka liczy sobie 3,3 km i jest doskonale znana warszawskim biegaczom, którzy dziesiąty sezon obiegują wydmę w ramach Warszawskich Zimowych Biegów Górskich. Chociaż ten dziesiąty to chyba nadużycie. Ja przyjeżdżam do Falenicy szósty rok i pamiętam, że "dawno, dawno temu” na starcie stawało jakieś 50 osób i wszyscy się doskonale znaliśmy. Teraz start jest już podzielony na fale, a w biegu bierze udział jakieś 500 osób. I tylko atmosfera jest niezmiennie sympatyczna i inspirująca. Ale to chyba zasługa organizatorów, też od lat niezmiennie tych samych, Małgosi i Grzegorza.

A sama ścieżka? Według oficjalnego opisu: biegnie trudną trasą poprzez wydmy, z licznymi podbiegami i zakrętami. Dokładniej rzecz ujmując, to trasa jest na jednej wydmie, na którą wbiega się siedem razy (różnymi ścieżkami). Rozpoczyna i kończy się na skrzyżowaniu ulic Przełęczy i Kłodzkiej. Przeznaczona jest dla wytrawnych biegaczy przełajowych. Na początku ścieżki umieszczono 2 ławeczki oraz tablicę informacyjną z opisem i mapką ścieżki. Na trasie wyznaczono kilometraż w liczbie 9 słupków (co kilometr przy 3-krotnej pętli). Słupki są, ładne, estetyczne, dobrze ustawione. Mam nadzieję, że żadni gnoje ich nie zniszczą, a dzielnica zadba o konserwację.

Wracając jednak do biegania po wydmie. 10 km, czyli trzy kółka. Jak łatwo policzyć, na trzech kółkach liczba podbiegów rośnie do 21. Co oznacza, że 21 razy trzeba się wspinać po kostki w piachu (albo w śniegu, albo po lodzie), a potem gnać w dół na złamanie karku, próbując nadgonić czas stracony na podbiegu. Generalnie zasada jest taka, że w Falenicy 10 km biegnie się jakieś 3-5 minut (bardzo dobrzy i dobrzy zawodnicy) do 10 minut (zawodnicy średnioprzeciętni) wolniej niż takie płaskie 10 km. Oczywiście, w szczegółach może być różnie, to zależy od indywidualnych predyspozycji, dyspozycji dnia, pogody, nawierzchni, butów i tak dalej. Po co się tak męczyć? I dlaczego już ponad 500 osób przyjeżdża w zimie na falenicka wydmę, a dzielnica robi tam oficjalna ścieżkę biegową? A, no, bo treningowe znaczenie Falenicy jest nie do przecenienia. Każdy solidnie podbiegnięty podbieg wróci do nas sekundami na wiosennym maratonie czy półmaratonie. Więc masakrujemy sobie Achillesy, masakrujemy łydeczki, masakrujemy czwórgłowe – i wszystko to z masochistycznym uśmiechem na twarzy.

Ja do Falenicy zawsze jadę z lekkim stresem. Z respektem. Bo górki zawsze odsłaniają słabości treningowe. A ja ostatnio ani nie biegałam za dużo, ani jakoś specjalnie szybko. Pisząc wprost – w grudniu nie zrobiłam chyba żadnego treningu zgodnie z założeniami. A na dodatek przez ostatni tydzień moje łydki przypominały raczej ołowiane piłki do rugby niż cokolwiek innego. I były tak samo trudne do ruszenia. Więc tupałam sobie wolniutko, szurałam po chodnikach w tempie pędzącego ślimaka, a siłę wykuwałam na hali i na basenie raczej niż na górkach… Do Falenicy pojechałam zatem myśląc głównie o tym, żeby górki przeżyć i żeby zmieścić się w granicach przyzwoitości. No, ale to pierwszy mój bieg w Falenicy w tym sezonie – wymyślałam sobie zawczasu usprawiedliwienia…

Na wydmie okazało się, że moje ciężkozbrojne kolce nie są konieczne. Ale skoro już je wzięłam… Jednak kolce kolcami, a zdaje się, że największe poruszenie wzbudził fakt, że biegłam w… krótkich spodenkach. No, a jak miałam biec? Temperatura była powyżej zera, wiatr obrzydliwie nieprzyjemny, więc bluza z długim została, to chociaż miałam spodenki krótkie, żeby się nie zagotować (hint: na zawodach lepiej trochę zmarznąć niż się przegrzać).

Wystartowałam sobie spokojnie, choć możliwie z przodu stawki (to była wolniejsza grupa, wiec mogłam). Wbiegłam na pierwszy podbieg. W kilku miejscach kolce jednak zapracowały, chociaż generalnie po lodzie sprzed tygodnia zostało głównie wspomnienie. Pierwszy zbieg. I zaczęło się: podbieg, zbieg, podbieg. Gdzieś na trzecim podbiegu minęła mnie nieznana zawodniczka płci żeńskiej. I, ku mojemu pewnemu zdziwieniu, zaraz za nią zza moich pleców wyskoczyła Ela (koleżanka klubowa, która miała biec za mną) i wydarła pod górkę, wyprzedzając mnie i tę nieznaną biegaczkę. Spokojnie, spokojnie – poskramiałam swoją chęć pokazania dziewczynom, kto tu rządzi. Bo przecież Ela biega bardzo podobnie do mnie, może być mocniejsza akurat. A tej drugiej nie znam. To dopiero trzeci podbieg, przed nami jeszcze 18…

Byłam zdumiona swoim rozsądkiem.

Na drugie kółko wbiegłam już przed obiema dziewczynami. Łydeczki bolały, wiedziałam, że teraz będzie trochę wolniej, ale na szczęście w połowie kółka znalazłam sobie towarzystwo. Z Andrzejem rozprowadzaliśmy się praktycznie już do końca biegu. On mi uciekał na podbiegu, ja go wyprzedzałam na zbiegu, on mnie doganiał pod górkę, ja z górki… Niestety, na ostatnim zbiegu nie zdążyłam. Mimo że pędziłam podobno jak rozpędzona różowa kula. Wpadłam na metę tuż za Andrzejem. I z wynikiem który nie tylko mnie satysfakcjonował, ale satysfakcjonował bardzo. 50:17 to mój bodaj trzeci czy czwarty wynik w historii falenickich startów. No i najlepsze otwarcie sezonu na wydmie.

Co dobrze wróży na nowy sezon. A zatem, Falenico, niech twój urok trwa!


Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...