Dyskretny urok blokowiska, czyli o XXX Biegu Chomiczówki

Dyskretny urok blokowiska, czyli o XXX Biegu Chomiczówki

Okrągłe rocznice są nonsensem – wynikają z przypadkowego stosowania systemu dziesiętnego. Stefan Kisielewski
Zazwyczaj po trzeciej niedzieli stycznia na blogu pojawiał się wpis o mało oryginalnym tytule: „Chomiczówka, Chomiczówka”. W tym roku jednak postanowiłam być bardziej twórcza, bo jednak jubileusz zobowiązuje. A cytat z Kisiela pasuje z innych powodów…

Chomiczówka. osiedle i obszar według MSI w Warszawie w dzielnicy Bielany. Znajduje się w południowej części dzielnicy Bielany pomiędzy: ul. Księżycową od południa, ul. Powstańców Śląskich i ul. W. Reymonta od wschodu, ul. Wólczyńska i fosą Fortu Wawrzyszew do skrzyżowania Wólczyńskiej z Nocznickiego od zachodu. Nazwa pochodzi od firmy ogrodniczo-nasiennej "Braci Chomicz" (Jan i Józef Chomicz), która na początku XX w. miała tu swoją filię. O Chomiczówce wzruszającą piosenkę zaśpiewał parę lat temu Sidney Polak i już wszystkim Polakom będzie się zawsze kojarzyć z tekstem: „Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsza dziewczyna, pierwsza wódka...”. No, mnie się może z dziewczyną nie kojarzyć, z pierwszą wódką też niekoniecznie, ale że paskudne blokowisko z lat 70-tych jako żywo przypomina osiedle, na którym dorastałam, to jednak czuję pewną więź duchową i transcendentalną.

Dzisiaj jednak Chomiczówka jest dla mnie symbolem czegoś zgoła odmiennego. Po pierwsze primo – odbywający się w trzecią niedzielę stycznia Bieg Chomiczówki to startowe otwarcie roku. Bo nawet jeżeli Falenica odbywa się wcześniej, to Falenica jest startem … treningowym. Wiadomo, po górkach i wydmach biega się inaczej. A Chomiczówka to pierwsza weryfikacja nowych planów treningowych, pierwszy test gotowości do sezonu. Poza tym na Chomiczówce biega się 15 km, a to znowu nie taki częsty dystans na zawodach, bywa że wynik zrobiony na Chomiczówce zostaje w dzienniczku treningowym aż do następnego sezonu. Bo piętnastki biega się rzadko. Chomiczówka od kilku lat ma „młodszego brata” – Bieg o Puchar Bielan, 5 km dla ścigaczy i dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z bieganiem. Wiem, bo sama kilka lat temu zaczynałam właśnie od skromnych 5 km, które zresztą były wtedy rozgrywane chyba po raz pierwszy. Nie brakuje i takich zawodników, którzy startują na obu dystansach, traktując jeden z nich calkiem towarzysko i rekreacyjnie, a w drugim realizując sportowe ambicje. Do mnie jednak jakoś pomysł na podwójny start jakoś nie przemawia, zostaję zatem przy swojej 15-tce, bo styczeń to jeszcze za wcześnie, żeby szybko biegać (a 5 km trzeba biec bardzo szybko, zdecydowanie tego nie lubię).

Tym razem jednak nie skoordynowałam sobie kalendarza startowego z kalendarzem służbowym… I któregoś pięknego dnia skonstatowałam z niejaką konfuzją, że w tym roku Bieg Chomiczówki wypada tego samego dnia co… pewna gala, w której organizacji biorę pewien, choć niewielki udział. No cóż… Żeby być w obu miejscach, musiałam założyć, że a) pobiegnę przyzwoicie, b) daruję sobie część towarzyską i zakończenie biegu. Więc o jubileuszu nie będzie.

Będzie o biegu. O pakiecie startowym, w którym zamiast kolejnej bezsensownej koszulki (mam już całą półkę, przestały się mieścić), jest czapka, szalik i rękawiczki z czerwonego polaru z logiem Bielan i nieco dętym, ale urokliwym (taki oldskulowy marketing) hasłem promocyjnym. O numerach, które można było odbierać już od wtorku, do 20.00., więc jak komuś zależało żeby się w niedzielę wyspać i nie miał innych zajęć – to mógł to spokojnie zrobić.

Wreszcie o tym, że mimo, iż w sobotę przez cały dzień padał śnieg z różnym natężeniem i nawet główne ulice były z trudem przejezdne – to na Chomiczówce osiedlowe uliczki były czarne, a w ewentualny poślizg można było wpaść tylko na ostrych zakrętach. Nie wiem, jak wyglądały szatnie po biegu (szatnie to takie moje skrzywienie), bo wyjątkowo nie korzystałam. Wobec czarnych uliczek szatnie i ich ocena zeszły na dalszy plan. Bo ostatecznie biegacz może się i w kiblu przebrać, ale jak przyjeżdża na zawody – to chce się ścigać. Nawet kiedy termometr pokazuje minus 8 stopni. A na Chomiczówce organizator zadbał o to, żeby się dało pościgać. Może jeszcze mógł oznaczyć kilometry, ale powoli, nie od razu… Lepiej, że ich nie było, niż jakby miały być oznaczone niedokładnie.

Będzie też o szatniach, które są lata świetlne od tych jakie były kiedyś, kiedy wieszało się rzeczy samemu w szatni licząc na to, że jednak biegacze – naród uczciwy, cudzego nie ruszy. A tym razem w szatni uśmiechnięci wolontariusze, podający worki foliowe i opisujący każdy worek, a potem pilnujący tego naszego dobytku, jaki kto zostawił. A było co zostawiać, bo jednak te minus 8…

I o wolontariuszach, którzy na tych minus 8 polewali wodę, która w kubkach niemal w locie zamarzała, szczypała w język i zgrzytała w zębach, ale uratowała niejedno marzenie o życiówce.

No i, żeby nie było aż tak słodko, będzie też o niektórych biegaczach, którzy jak zwykle pomylili zawody… Bo zawody w bieganiu przodem zazwyczaj mają wyłonić najszybszych. Tak mi się przynajmniej wydaje. Więc jeśli biegam wolniej – to staję gdzieś tam w środku stawki, a nie od razu w pierwszym szeregu wyruszam na bój, blokując tych właśnie trochę szybszych, którzy może i myśleli o dobrym wyniku, ale co zrobić, kiedy zostali na starcie skutecznie przyblokowani, przez współstartujących, których na trzeciej pętli dublowali… Że przecież nie biegamy dla osiągnięć, że liczy się udział? Nie przemawia to do mnie. Dla frajdy to ja sobie biegam po lesie – powoli, spokojnie i na ogół w kameralnym gronie. Jak już się wybieram na zawody – to po to żeby przełamywać własną słabość, żeby się sprawdzić, żeby pokonać. I nie rozumiem, jak słowo daję, nie rozumiem, jakim cudem przez cały pierwszy kilometr mijałam ludzi, których przede mną być nie powinno…

I jest też trochę o małżonku, który cierpliwie tolerował moje towarzystwo do połowy czwartego kilometra, ze dwa razy raczył zauważyć, że coś za szybko biegniemy, po czym nagle oddalił mi się jak ta kometa co to warkoczem zamiata, albo może raczej na ogonie, i jeszcze na drugim kółku siedziałam mu na tym ogonie, ale na trzeciej pętli ogon mi uciekł i tyle go widziałam, a spotkałam wreszcie za metą, na którą dobiegł prawie dwie minuty przede mną.

I o spotkaniu z biegaczem, który czyta bloga (pozdrawiam) i wyznawał mi to na 5. kilometrze. I o Małgosi i Zbyszku, którzy biegli przede mną całe dwa kółka i kawałek trzeciego, potem zamieniliśmy dwa zdania i … tym razem ja uciekłam do przodu. Małgosia też czyta bloga, a ja chyba pierwszy raz z nią wygrałam.

I jeszcze o wyniku. 1:09:08 to zdecydowanie moje najlepsze osiągnięcie na atestowanej trasie 15 km. Mam co prawda w dzienniczku biegowym wynik prawie o minutę krótszy, ale ustanowiony na trasie niedomierzonej o dobre 300 metrów, więc ten z niedzieli jest jakby lepszy, jakby ważniejszy, oficjalny. I dobrze rokujący, bo poniżej godziny i 10 minut na 15 km to jeszcze chyba nie biegałam.

I o teorii względności. Względności odczuwania. I o dojrzałości, biegowej dojrzałości, którą chyba powoli osiągam. Bo biegam nie tylko szybciej – ale i jakoś – rozsądniej? Pamiętam, że zazwyczaj na Chomiczówce pierwszą pętlę biegłam szybko, na drugiej umierałam i marzyłam o zejściu z trasy, na dodatek pod koniec dublowała mnie czołówka, a trzecie kończyłam siłą woli. A tym razem wszystkie trzy kółka wyszły mi w miarę równe, nie było ani umierania, ani myśli o schodzeniu, ani, wreszcie, dublowania przez najlepszych. Była mały kryzys w połowie ostatniej pętli, ale przezwyciężony. I to wszystko na jakimś bardzo rozsądnym tętnie, co świadczy wyłącznie o tym, że… można było szybciej.

A Kisiel? No cóż, kiedy na trzeciej pętli doganiałam Zbyszka i Małgosię, na pytanie, co tak szybko, rzuciłam krótko: Do pracy się spieszę. Dwie godziny po biegu byłam w BUW-ie. Bo tam wieczorem była – gala Nagród Kisiela, ale to już zupełnie inna historia. Całkiem nieobiegowa.

Chomiczówka, Chomiczówka…

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...