Karnecik z biegami, czyli opowieść o zawodach

Karnecik z biegami, czyli opowieść o zawodach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kiedyś były jak wisienka na torcie, rodzynka na cycku murzynki (dla panów: chodzi o takie ciasto) – rzadkie, uroczyste, wyczekiwane z tęsknotą, nie tylko sportową, bo też i były okazjami do spotkań towarzyskich przyjacielskich, do pogawędek, spotkania znajomych, dla których nie miało znaczenia czy na co dzień jesteś panem (albo panią dyrektor) czy zamiatasz ulice, w gruncie rzeczy w zimie ten, co zamiata ulice dla biegaczy liczy się bardziej niż nie jeden dyrektor (poza własnym). Dzisiaj co nieco spowszedniały, bo tak jak trudno z równą celebracją świętować każdą niedzielę i co tydzień piec szarlotkę czy ciasto z wiśniami, a już tym bardziej tort orzechowy z kremem czekoladowym.
Zawody.

Tak. Popularność biegania bierze się z jednej strony z tego, że to najprostsza, najtańsza (haha!), najmniej wymagająca (hahaha!) forma ruchu, ale z drugiej – także ze względu na zawody, na stałą okazję do sprawdzana samego siebie, monitorowania postępów, na to, że efekty, zwłaszcza na początku, są bardzo wymierne, i to w cyfrach. A wiadomo, że nic tak nie rozpala ludzkiej wyobraźni, jak cyfry, o wielkich liczbach nie wspominając (i dlatego matematyka i jej pochodne są naukami głęboko humanistycznymi, a ścisłe mówi się dlatego, że za serce ściskają… ). Nie da się ukryć, że liczba biegaczy wzrasta zazwyczaj po jakiejś dużej, najczęściej stołecznej, imprezie, obficie relacjonowanej przez media i malowniczo wyglądającej w kamerze czy na fotografiach.

Zawody jednak dzisiaj nieco spowszedniały, bo o ile kilka lat temu biegowy kalendarz zakładał jedną, z rzadka dwie imprezy w miesiącu – dzisiaj co weekend tylko w Warszawie można się pościgać co najmniej w kilku miejscach, a w apogeum sezonu imprez bywa kilkanaście, tylko jednego weekendowego dnia może się odbywać 6-7 imprez o różnej formule i przyzwoitej frekwencji. Mistrzowie logistyki i kierownicy są w stanie być w kilku miejscach nieomal jednocześnie, wykorzystując drobne przesunięcia czasowe…

Życiu towarzyskiemu taka nadpodaż służy nieco mniej, bo czasami nie sposób przewidzieć, gdzie będzie można spotkać tych najbardziej znajomych ze znajomych. Z drugiej strony, w rosnącym tłumie o obecności innych człowiek się dowiaduje dopiero ze zdjęć albo z wyników (chociaż to może być mylące, bo wiadomo: pakiet przygarnę, pakiet oddam, handelek kwitnie).
I niby wszystko jest ok, ale liczba znajomych rośnie, liczba imprez rośnie, a rok niezmiennie ma 52 weekendy, a te w swojej znakomitej większości trwają 48 godzin i nie chcą się rozciągnąć.

A zatem biegacz zwykły, który ściga się z własnymi ograniczeniami na trasie, ale nie przepada za dodatkowymi wrzutami adrenaliny w postaci przemieszczania się z jednego startu na drugi z prędkością ponaddźwiękową, a poza tym prowadzi jeszcze choćby śladowe życie rodzinne – biegacz taki nie ma wyjścia, musi powinien prowadzić karnecik z zawodami. Tak, nie kalendarz, ani tym bardziej – kalendarzyk. Karnecik – taki, w jaki kiedyś panie na balach wpisywały chętnych na kolejny taniec. Im mniej w nim było wolnych (niezajętych) tańców, tym większe powodzenie miała pani, tym większe budziła zainteresowanie. Ale też w złym guście było chwalenie się pełnym karnecikiem przed koleżankami, które miały mniejsze powodzenie. A karnecik był na tyle mały, że dama zawsze go miała przed oczami i mogła szybko ocenić, czy z danym panem, który właśnie składa propozycję wspólnej zabawy w czwartej polce albo drugim walcu, to ona może zatańczyć, czy też niekoniecznie.

Tak samo biegacz, który popatrzy w karnecik, powinien widzieć, czy może wziąć udział w czwartych zawodach na 10 km tego samego weekendu, czy raczej niekoniecznie. Żadnej skomplikowanej logistyki. Żadnego kombinowania. Żadnego zapisywania się na 5 biegów jednego dnia – bo rok temu jeszcze były w kompletnie różnych terminach, a tu nagle coś się poprzestawiało.
W karneciku biegi mają swoje rangi – jak tańce. Taki maraton. Półmraton. Dyszka na życiówkę. Dyszka na mocny trening. Dyszka, na której trzeba być. Piąteczka treningowa. Piąteczka wyścigowa. Jakaś sztafetka. Porządek musi być!

Karnecikiem biegacz nie musi się zaraz chwalić przed całym światem. Chociaż może – i liczne serwisy społecznościowe znakomicie to ułatwiają. Taki publiczny karnecik to pożyteczna sprawa – bo koledzy i kibice znakomicie zmotywują i sprawią, że człowiek jednak na tym starcie stanie, zamiast wiać, gdzie pieprz rośnie i biegać sobie spokojnie po cichu. A poza tym, zawsze warto wiedzieć, kogo się spotka na starcie. Za czyimi plecami można się schować, a przed kim uciekać, bo będzie sapał jak lokomotywa. Karnecik ułatwia też logistykę, zwłaszcza kiedy bieg jest na drugim końcu Polski i wymaga noclegu oraz stosownie uroczystej oprawy.

Karnecik wreszcie należy udostępnić rodzinie. Najlepiej z dużym wyprzedzeniem. Żeby potem nie było, że ukochana siostra wpada na pomysł wzięcia ślubu akurat w trakcie Festiwalu Biegowego. I to bynajmniej nie w Krynicy-Zdroju, o nie!

A zatem, pora powoli domykać karnecik na 2014. Tym bardziej, że już ruszyły zapisy na imprezę sezonu, czyli 36. PZU Maraton Warszawski. A zapisy na Maraton Gór Stołowych i Maraton Karkonoski skończyły się zaraz po tym jak się zaczęły. Z Festiwalem Biegowym i z… (być może) Maratonem Wigry – szykuje się piękne biegowe lato. Babie lato… Tylko karnecik maratonów już pełen!

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...