Call me by your name - Berlinale '17

Call me by your name - Berlinale '17

kadr z filmu
kadr z filmu "Call me by your name" (2017) / Źródło: Sony Pictures Classics
"Call me by your name" Luci Gaudiganiego, czyli opowieść rozgrywająca się "gdzieś na północy Włoch latem 1983", jak mówi karta tytułowa, jest niezwykle sensualnym filmem, opowiadającym o pewnej powolnie rozwijającej się relacji.

Najnowszy film włoskiego reżysera zaczyna się, gdy do pięknego domostwa na malowniczej wsi przyjeżdża wysoki, opalony Amerykanin (Armie Hammer). Z marszu budzi zainteresowanie okolicy, swoją nadmierną swobodą, nonszalancją, czy zdawkowym "Later!", rzucanym na pożegnanie. Największe wrażenie robi jednak na nastoletnim Elio (Timothée Chalamet), synu gospodarzy, który bacznie ogląda każdy ruch gościa.

Między bohaterami od razu czuć pewnego rodzaju napięcie. Gdy grając w siatkówkę, Oliver złapie nagle Elio za kark, próbując rozmasować jego napięte mięśnie, chłopak się wzdrygnie i nie będzie mógł otrząsnąć. Potem jednak sam będzie poszukiwać wzroku przybysza i denerwować się, gdy nie będzie go w pobliżu. Tak rozpocznie się swoista gra, którą bohaterowie będą prowadzić zarówno ze sobą, jak i z ludźmi z najbliższego otoczenia.

“Call me by your name” przyciąga przede wszystkim subtelnym rodzeniem się bliskiej relacji bohaterów, która postępuje niespiesznie i powoli, gdy bohaterowie snują się po pięknej okolicy włoskiego miasteczka. Zachwyca także wysmakowaniem stylistycznej formy. Ten film po prostu pięknie wygląda i znakomicie brzmi. Ponadto rozegranie akcji latem, w trakcie fali upałów, zwiększyło sensualny wydźwięk obrazu i pomogło unaocznić zwiększone napięcie i wzmożoną namiętność reakcji bohaterów. Intrygującą stronę wizualną anonsuje zresztą już plansza z napisami tytułowymi, gdy na tle zdjęć przedstawiających antyczne rzeźby, żółtymi literami odręcznie napisane są nazwiska twórców. Dzięki temu już od pierwszej minuty przygotowani jesteśmy na silne wizualne doznania.

Wyśmienita jest też ścieżka dźwiękowa. Muzyka komentuje sceny, ustawia je w kontekście, często będąc także głosem wewnętrznym bohaterów. Największe wrażenie robią utwory w kompozycji Sufjana Stevensa, które powstały specjalnie na potrzeby filmu. Dzięki temu stanowią niezwykle silne uzupełnienie akcji. Pojawiając się najczęściej, gdy kamera w dużym zbliżeniu przygląda się twarzy Elio, zdradzają tym samym, co chłopak myśli i czuje. Niezwykle prosty, ale jakże wymowny i dosłowny sposób tworzenia opowieści filmowej. Na dodatek stanowi intrygujący substytut pierwszoosobowej narracji, która pojawiała się w oryginalnej powieści André Acimana, która służyła za podstawę do scenariusza autorstwa Guadagniniego, Jamesa Ivory’ego i Walter Fasano.

Nic dziwnego, że "Call me by your name" zrobiło sporo szumu na tegorocznym Festiwalu w Sundance (mimo, że finalnie nie zdobyło żadnej nagrody). To również jeden z najlepszych filmów tegorocznego Berlinale. Opowieść na miarę zeszłorocznego "Being 17", z równie subtelnie zarysowanym romansem. Obraz Guadagniniego ma jednak tę przewagę nad dziełem Andre Techine, że jego strona formalna jest jeszcze mocniej, bardziej wyraziście zarysowana. Kilka scen przypomina także niedawne “A Closet Monster”, które również oferowało kilka niezwykle sensualnych scen. Podobieństwa te spowodowane są głównie podobnym romantycznym spojrzeniem na początki fascynacji drugim człowiekiem i powolnym rodzeniem się bliskiej relacji między dwoma mężczyznami.

“Call me by your name” to film subtelny, łagodny, urokliwy, pełen ciepła i zrozumienia. Na dodatek taki, który dość dobrze zarysowuje dylematy swoich bohaterów i pozwala widzowi wczuć się w sytuację przedstawioną, mamiąc przy tym zmysły ciekawymi zagraniami formalnymi. Wyśmienite Kino!

Ocena: 8/10

 0

Czytaj także