The Killing of a sacred deer - Cannes 2017

The Killing of a sacred deer - Cannes 2017

The Killing of a sacred deer - Cannes 2017
The Killing of a sacred deer - Cannes 2017 / Źródło: Monolith Filmsi
„The Killing of a Sacred Deer” Yorgosa Lanthimosa to obraz, który powinien być wyczerpującym psychicznie thrillerem, który wwierca się człowiekowi we wnętrzności. “Powinien”, gdyż finalnie jest filmem niewykorzystanego potencjału.

Gdy produkcja zaczyna się w takt głośnej klasycznej muzyki, zwiastującej niebezpieczeństwo, a po chwili na ekranie oglądamy w dużym zbliżeniu bijące serce w klatce piersiowej, mamy prawo przypuszczać, że obraz zostawi nas z niezapomnianymi wrażeniami, zarówno pod względem stylu, jak i treści. Jakież jest rozczarowanie, gdy okazuje się, że cały film kręcony jest w całkowicie beznamiętnym stylu, nie podbijającym żadnej z emocji, które powinny zrodzić się w wyniku dramatycznej sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie.

Kiedy poznajemy Chirurga (Colin Farrell) w relacji z młodym Martinem (dobry Barry Keoghan), długo zastanawiamy się kim panowie są dla siebie. Niewiedza o charakterze ich znajomości powinna budzić zainteresowanie, a jednak przeszkadza w pełniejszym zaangażowaniu się w przedstawioną historię. Kiedy więc z ekranu padnie nie tylko dlaczego mężczyźni się znają, ale także jaki jest też prawdziwy powód tej niecodziennej “przyjaźni”, moment ten powinien być mocnym punktem zwrotnym. Niestety, dzieje się tak tylko w połowie. O ile rewelacja rzeczywiście zmieni reguły gry i wpłynie na to, co będzie działo się na ekranie, o tyle zachowanie i sposób podejścia do problemu przez lekarza, pozostawia wiele do życzenia. Jego odpowiedzią na dramatyczny i drastyczny postulat chłopaka zdaje się bowiem całkowita bezczynność. Być może ukazanie tego odcięcia emocjonalnego od otaczających problemów było celem reżysera, mającym za zadanie stać się także ważnym komentarzem społecznym. Niestety taka interpretacja nie wybrzmiewa wystarczająco wyraźnie. Wydaje się, że można w emocjonalny sposób pokazać bezemocjonalne reakcje bohaterów. Pokazywanie bohaterów bez emocji, w sposób, który sam nie wywołuje ich w widzu, wydaje się natomiast strzałem w stopę. Opowieść przestaje wtedy angażować.

Być może mój problem z takim podejściem do tematu, wynika z tego, że medium filmowe jest dla mnie przede wszystkim nośnikiem emocji. Najpierw odczuwam historię, dopiero potem analitycznie czytam jej znaczenia. Kiedy więc film nie wywołuje żadnych uniesień, mam poczucie, że coś poszło nie tak. Czasami reżyserskie odcięcie od przedstawionego tematu działa na korzyść dzieła, podkreślając samo odcięcie się bohaterów. W wypadku “The Killing of a sacred deer” wydaje się jednak całkowicie nietrafioną decyzją. Najlepiej widać to w wybuchowym finale, w którym dochodzi do szczególnej wariacji na temat gry w rosyjską ruletkę. Już sam opis tej sceny sugeruje, że widz powinien siedzieć na brzegu siedzenia i zagryzać zęby, zastanawiając się jak skończy się ten dramatyczny moment. Sposób, w jaki reżyser podchodzi także do tego momentu, sprawia, że na sali kinowej siedzi się tylko ze wzruszeniem ramion. A tego niestety nie jestem w stanie darować.

O ile film jest ciekawy wizualnie i od strony samej historii porusza ważne i bieżące tematy, o tyle jego realizacja leży i kwiczy, wołając o pomstę do nieba. “The Killing of a sacred deer” to ten smutny przykład filmu, który leżał obok dobrej produkcji. Prawdziwie dobry obraz znajduje się gdzieś w bebechach historii, przedstawionej na ekranie. Niestety, reżyser nie potrafił wyciągnąć jej na wierzch. Tym samym można powiedzieć, że bijące serce z pierwszego kadru, nie przyjęło się w nowym organizmie.

Ocena: 5/10 

 0

Czytaj także