Afrykamera - Kino Egipskie

Afrykamera - Kino Egipskie

kadr z filmu "Łaskotanie Olbrzymów" (2016)
kadr z filmu "Łaskotanie Olbrzymów" (2016) / Źródło: Afrykamera.pl
Podczas tegorocznego Festiwalu Afrykamera mieliśmy możliwość obejrzeć kilka produkcji egipskich. Nasz wysłannik, Michał Mielnik, ocenia kilka z nich.

Twórczość egipskich filmowców pojawia się w Polsce niezwykle incydentalnie, przy czym ostatni film popełniony nad Nilem, który pojawił się u nas w normalnej regularnej dystrybucji, tj. „Morderstwo w hotelu” pojawił się w naszych kinach na początku grudnia jako szwedzko-egipska koprodukcja. Nadto „Zderzenie” w reżyserii Mohammeda Diaba przemknęło niezauważone w obrocie festiwalowym. Niezależnie od powyższych uwag należy zwrócić uwagę na fakt, że kino egipskie po Arabskiej Wiośnie rozwinęło się na tyle, by wzbudzić zainteresowanie selekcjonerów największych globalnych imprez filmowych. Kinematografia egipska, oprócz tunezyjskiej i palestyńskiej, wciąż pozostaje jednak niestety jedną z nielicznych filmografii reprezentujących świat arabski.

Zaprezentowany na festiwalu „Poród indukowany” jest przykładem o tyle symptomatycznym, że został popełniony przez Khaleda Diaba pracującego wcześniej przy realizacji wspomnianego „Zderzenia” w charakterze współscenarzysty. To angażujące, emocjonujące, a czasami wywołujące śmiech kino środka, którego chciałoby się oglądać więcej na naszych ekranach miast lichej wartości amerykańskich seryjnie produkowanych mało śmiesznych komedii. Kino tyleż lokalne, co uniwersalne, którego akcja mogłaby miejsce w każdej ambasadzie amerykańskiej na świecie.

Punktem wyjścia jest tu bowiem obowiązujące w Stanach Zjednoczonych tzw. prawo ziemi obligujące traktować każdą osobę, która urodziła się na terytorium tego państwa, jako jej obywatela przy przyjęciu założenia, że eksterytorialne kryteria te spełnia obszar placówki dyplomatycznej. Główny bohater filmu będący Egipcjaninem bierze jako zakładników pracowników i petentów ambasady mając nadzieję, że jego żona zdąży urodzić potomstwo tamże, czego skutkiem będzie rzeczone upragnione naturalizowanie.

Pomijając już kwestię prawnopaństwowych absurdów, obraz przedstawia wiarygodnego i zdeterminowanego bohatera – z jednej strony wzbudzającego jakąś formę sympatii i litości, z drugiej zaś odrazę wynikającą z traktowania owego zachowania w kategoriach bądź co bądź aktu terrorystycznego.

Reżyser znakomicie igra z emocjami widza, wykorzystując zresztą swoje doświadczenia z czasów pisania skryptu do „Zderzenia” w aranżacji klaustrofobicznej przestrzeni. O wspomnianej uniwersalności opowieści świadczy fakt, że koncept został już zakupiony przez Amerykanów, którzy zapewne przełożą ten tekst na hollywoodzką modłę.

Równie atrakcyjnym widowiskiem jest obraz „Ali, koza i Ibrahim” nagrodzony za główną rolę męską na festiwalu w Dubaju w 2016 r. W tym przypadku jest to rzecz silniej ulokowany w egipskim kontekście wykorzystująca jednak także w jakiejś mierze amerykańskie schematy „kina drogi” oraz „filmu kumplowskiego” wzbogaconego odrobiną realizmu magicznego oraz surrealizmu w zakresie w jakim ukazuje podróż i związaną z tym rodzącą się przyjaźń między dwoma outsiderami – tytułowanego Alego, który jest przekonany o tym, towarzysząca mu koza jest wcieleniem jego tragicznie zmarłej narzeczonej oraz dźwiękowca wierzącego w ciążącą na nim rodzinną klątwę.

Na tym wspomnianych fabuł dokument pod tytułem „Łaskotanie olbrzymów” zrealizowany przez Amerykankę Sarę Taklsler nie jest być może szczególnie odkrywczy w formułowaniu tez o tym, że każda władza, a w szczególności ta autorytarna, nie ma poczucia humoru i prześladuje satyryków wykpiwających polityczne absurdy i zadufanie klas panujących, ale ze względu na pasjonującego bohatera używającego zabawnych bon motów jako jedynej dostępnej mu broni, ten dość długi (niemal dwie godziny) film dokumentalny świetnie się ogląda jako stricte filmowe widowisko.

Autor: Michał Mielnik

Czytaj także

 0