Newsroom - Don Kichot ze stacji... telewizyjnej

Newsroom - Don Kichot ze stacji... telewizyjnej

Dodano:   /  Zmieniono: 
Newsroom - Don Kichot ze stacji... telewizyjnej
Newsroom - Don Kichot ze stacji... telewizyjnej
"Newsroom" Aarona Sorkina to najlepszy i najbardziej pasjonujący serial ostatnich lat, twierdzi Michał Nawrocki-Utratny. Skąd tak wysoka ocena? Zapraszamy do lektury

Panel tematyczny z udziałem dziennikarzy na uniwersytecie. Studentka uczestnicząca w spotkaniu zadaje pytanie gościom: „dlaczego Ameryka jest najwspanialszym krajem na świecie?”. „Różnorodność i możliwości” – pada pierwsza odpowiedź. „Wolność i wolność” – to kolejna odpowiedź. Aż w końcu przychodzi czas na odpowiedź Willa McAvoya. „The New York Jets” – odpowiada żartobliwie anchorman, dziennikarz prowadzący wiadomości w stacji ACN. Moderator panelu nie odpuszcza i domaga się poważnej odpowiedzi. Will podpiera się wcześniejszymi twierdzeniami dziennikarzy, ale to wciąż za mało dla prowadzącego i publiczności – kolejne banały się nie sprawdzają. W końcu Will patrzy w kierunku publiczności i na końcu sali dostrzega osobę, która pokazuje kartkę z odpowiedzią na początkowe pytanie. Napisane jest tam: "Nie jest". Mężczyzna zamiera. Patrzy na kobietę, która pisze coś i pokazuje kolejny napis: „Ale może być!”.

Tak zaczyna się najlepszy i najbardziej pasjonujący serial ostatnich lat – „Newsroom” stworzony przez geniusza Aarona Sorkina. Co sprawia, że „Newsroom” jest najlepszym amerykańskim serialem na świecie? Odpowiedź brzmi: nie jest... ale może być! Bo wszystko tu zależy od widza.

Serial o stacji telewizyjnej i wiadomościach? Nie brzmi to pasjonująco, ale na okładce DVD z serialem produkcji HBO „Newsroom” widnieje bardzo ważne nazwisko: Aaron Sorkin. Z imienia i nazwiska poznałem go dopiero w 2010 roku. Wówczas 49-letni nowojorczyk napisał scenariusz do „The Social Network” Davida Finchera i sprawił, że dialogi w filmie dramatycznym miały tempo, o którym marzyć mogą scenarzyści filmów akcji. Jednak gdy spojrzymy w notę biograficzną Sorkina, już na samym jej początku znajdziemy prawdziwy diament: scenariusz do filmu Roba Reinera „Ludzie honoru”. Pamiętacie scenę sądowej potyczki Toma Cruise’a z Jackiem Nicholsonem? Warto sobie ją przypomnieć, bo mimo upływu ponad 20 lat to nadal jedna z najlepszych scen sądowych; napisana tak doskonale, że aż dreszcze przebiegają po karku, gdy się ją ogląda.

Kiedy sięgałem po pudełko z pierwszym sezonem, nie miałem wątpliwości, że czeka mnie znakomity serial, ale mimo to wypożyczyłem tylko pierwszą płytę z trzema odcinkami. Dwie godziny i czterdzieści pięć minut później żałowałem, że wypożyczalnia filmów jest już zamknięta, bo chciałem więcej! Sprawiedliwie jednak przyznam, że nie wszystko, co sygnuje swym nazwiskiem Sorkin, jest znakomite. Poza „Newsroom”, „Social Network” oraz „The Moneyball” są jeszcze produkcje „Wojna Charliego Wilsona” i „Prezydent – miłość w Białym Domu”, które, delikatnie powiedziawszy, były obrazami poprawnymi, choć momentami nudnymi... Nie znam natomiast produkcji takich jak „Prezydencki poker” oraz „Redakcja sportowa”. Znajdują się na mojej liście do sprawdzenia w przyszłości, na co decydujący wpływ miał seans wszystkich, niestety tylko trzech sezonów serialu. Niestety, bo chciałbym więcej niż 25 odcinków, ale ta niewielka liczba epizodów działa również na korzyść serialu HBO.

Głównym bohaterem opowieści jest Will McAvoy, dziennikarz telewizyjny i prezenter; w Stanach Zjednoczonych nazywa się to ładnie „anchorman”. W tym jednym słowie zawiera się wiele znaczeń, których nie oddaje polskie określenie. „Anchorman” to osoba o zupełnie innych kompetencjach i celach do zrealizowania niż zwykły dziennikarz. Jego zadaniem jest przede wszystkim nadanie przekazywanym wiadomościom waloru autentyczności. Jak piszą w książce „How To Watch TV News” cenieni znawcy mediów amerykańskich, Neil Postman i Steve Powers, „dobry »anchorman« jest dobrym aktorem – uniesieniem brwi lub wystudiowaną powagą twarzy jest w stanie przekonać widzów, że to, co widzą, to prawda”. Znakomicie, jeżeli jest przy okazji sprawnym i utalentowanym dziennikarzem – przekonuje dr Kuś.

Willa widz poznaje w chwili, gdy jego gwiazda nie świeci już tak jasno jak przed laty. W tej otwierającej scenie, w trakcie panelu dyskusyjnego na uniwersytecie, Will zostaje porównany do Jaya Lenno – komika prowadzącego do niedawna bardzo popularny show w amerykańskiej telewizji – porównanie więc raczej niemiłe dla dziennikarza. Will rzeczywiście wygląda na ostrożnego faceta, który nie chce ujawnić swoich prawdziwych poglądów. Dlaczego? Bo tak mu wygodnie, bo nie zajmując jasnego stanowiska, może zyskiwać większą publiczność. Może to cieszyć stację telewizyjną, która ma kontrakt z Willem, ale nie cieszy to jego wydawcy, Dona Keefera, a jeszcze mniej dyrektora wiadomości, Charliego Skinnera. Ale w całej tej sytuacji istnieje jeszcze dla Willa szansa na przebudzenie – jest nią MacKenzie McHale, doświadczona wydawczyni i korespondentka zagraniczna, która ma objąć stanowisko nowego wydawcy wieczornych wiadomości. Może to oznaczać rewolucję...

Dobrze napisany scenariusz tego serialu to nie tylko błyskotliwe, inteligentne i kąśliwe dialogi. To także cała struktura show i jego podziału na sezony. W pierwszym sezonie (10 epizodów) wykorzystano wyłącznie autentyczne wiadomości: katastrofę ekologiczną związaną z ogromnym koncernem paliwowym, polowanie na najbardziej poszukiwanego terrorystę, awarię w elektrowni nuklearnej w Japonii. Na te wydarzenia nakłada się życie osobiste pracowników wiadomości. Mogłoby się wydawać, że będzie to sztampa, ale Sorkin potrafi wykrzesać z tego połączenia romantyzm w ciekawym wydaniu. Drugi sezon (9 epizodów) ma już jeden motyw przewodni. Chodzi o zdarzenia nawiązujące do skandalu z 1998 roku. Dziennikarze trafiają na trop przecieku, który może dowieść, że wojsko amerykańskie użyło broni chemicznej w akcji bojowej na terytorium obcego państwa. Trzeci sezon (6 odcinków) skupia się na dwóch kontrowersyjnych tematach: dziennikarstwie społecznym i odpowiedzialności za wierzytelność wiadomości na przykładzie wydarzeń wywołanych przez zamach bombowy na mecie maratonu bostońskiego. Nagromadzenie dramatycznych zdarzeń w 23-godzinnym serialu jest więc imponujące.

Historia, jakkolwiek dobra, nie obroniłaby się, gdyby wykonanie i aktorstwo było poniżej pewnego standardu. Z całej obsady najbardziej zaskoczył mnie Jeff Daniels. Po kilku odcinkach przypomniałem sobie „przecież ten facet występował w »Głupim i Głupszym«”. Daniels nie jest według mnie aktorem wybitnym. Jego sympatyczna twarz budzi zaufanie, a aparycja przeciętnego faceta sprawia, że aktorowi łatwo przychodzi wejście w każdą rolę, choć nie nazwałbym do tej pory żadnej jego kreacji wybitną. Ale w „Newsroom” Jeff daje popis umiejętności. Jako Will jest zabawny, zawadiacki, ale kiedy trzeba poważny i surowy. Umiejętnie łączy w sobie dwie najważniejsze cechy scenariusza Sorkina: romantyzm i idealizm.

Wybitną kreację stworzył również Sam Waterstone. W jego wykonaniu szef redakcji wiadomości, Charlie Skinner, to facet, który w jesieni swego życia chce pokazać, że zrobił coś wartościowego. Jego wiek pozwala już na pozostawienie za sobą granic grzeczności, choć swoistej elegancji nie można mu odmówić, nawet gdy się wścieka! Waterstone tworzy postać nieco ekscentrycznego szefa, o którym nigdy nie wiadomo, czy zachowuje się tak, bo zdążył już wychylić dwie szklanki bourbona, czy ma właśnie stan przed udarem... A może jedno i drugie. Ale jak każdy w redakcji jest pełen pasji. Co więcej, można się pokusić o stwierdzenie, że to on jest jej źródłem.

Co do głównej roli kobiecej – Emili Mortimer – jest ona więcej niż tylko ekranową partnerką Danielsa. Brytyjska aktorka jako MacKenzie McHale, wydawczyni wieczornych wiadomości, jest pełnoprawną bohaterką tego serialu. Mortimer składa postać z mieszanki emocji bazujących na traumie, bezwzględności, zagubienia, sarkazmu, ale i ogromnej chęci walki. Aktorzy kolejnych planów również prezentują wysoki poziom. Napisać, że są tłem dla głównych bohaterów, byłoby krzywdzące, bo każda z tych postaci i kreujący je aktorzy ma swoje „15 minut”. Najlepiej spośród nich radzą sobie Thomas Sadoski, Olivia Munn oraz Dev Patel.

„Newsroom”, a szczególnie jego autor, Arron Sorkin, wielokrotnie byli krytykowani, ale gdy tematami są wiadomości z pierwszych stron gazet – wojna z terrorem, przestępstwa na tle seksualnym – wtedy łatwo o kontrowersje. Najbardziej jednak Sorkin tłumaczyć musiał się przed... samymi dziennikarzami, którzy postawili mu zarzut, że stara się ich uczyć profesjonalizmu i etyki. Sorkin na Tribeca Film Festival powiedział: „...myślę, że było to okropne nieporozumienie. Nie umiejscowiłem akcji serialu w niedalekiej przeszłości po to, aby pokazać, jak coś powinno zostać zrobione. To było jak najbardziej dalekie od moich intencji. Umiejscowiłem akcję w niedalekiej przeszłości, aby nie tworzyć fałszywych newsów. To byłoby dziwne, gdyby bohaterowie serialu żyli w świecie, który w jakikolwiek sposób nie jest podobny do tego świata, w którym żyje widz. Chciałem uzyskać dynamizm, który jest możliwy wtedy, gdy publiczność wie więcej niż bohaterowie. Nie starałem się, ani nie mam możliwości, aby dawać lekcję profesjonalnym dziennikarzom. Nie było to moją intencją, by was uczyć ani do czegokolwiek przekonywać...”.

Prawdą jest jednak, że scenariusz Sorkina jest pełen patosu, romantycznego spojrzenia na profesję dziennikarza oraz idealistycznej wiary w możliwość zmiany świata, ale ja tę wizję kupuję. Sorkin potrafił działać na moje emocje i udowodnić, że chociaż w małym stopniu warto być idealistą. Nawet jeśli literackim odpowiednikiem każdego z bohaterów jest Don Kichot, tak często w serialu przywoływany, to warto się do tego legionu Don Kichotów dołączyć. Początkowo postać „rycerza smętnego oblicza”  postrzegano jako ofiarę literatury, nazywano go fanatykiem. Z biegiem czasu uznano go za obrońcę ideału sięgającego do absolutu na przekór rzeczywistości. Tacy właśnie są bohaterowie „Newsroom”. W świecie, który wydaje się zepsuty, gdzie wartością są przede wszystkim pieniądze, Sorkin ma odwagę pokazać, że warto spróbować żyć inaczej. W odniesieniu typowo do świata mediów nie jest to czysta abstrakcja... Choć przykładów trzeba szukać w przeszłości...


W początkowej scenie, którą przywołuje we wstępie, za głównymi bohaterami wyświetlane są obrazy. Jednym z nich jest zdjęcie Edwarda R. Murrowa. Murrow był amerykańskim dziennikarzem radiowym i telewizyjnym, jednym z pionierów amerykańskiego dziennikarstwa telewizyjnego. Po II wojnie światowej był m.in. korespondentem w Warszawie, a jego postać przybliżył widzom George Clooney w filmie „Good Night & Good Luck” (w postać legendarnego dziennikarza wcielił się David Strathairn, a jako ciekawostkę dodam, że w tamtym filmie również występował Jeff Daniels, grał wówczas Siga Mickelsona, pierwszego dyrektora CBS). Mam wrażenie, że postać Murrowa nie pojawia się w tej początkowej scenie przypadkowo. Jego słowa wypowiedziane na konwencji Radio Television Digital News Association w 1958 roku są bowiem kluczowe dla idei dziennikarstwa telewizyjnego i podkreślają wartość „Newsroom”. Edward R. Murrow w swoim legendarnym wystąpieniu na konwencji Radio Television Digital News Association w 1958 roku mówił o telewizji: „Rozpocząłem powiedzeniem, że naszą historią będzie to, co sami stworzymy. Jeśli będzie tak, jak jest... wtedy historia weźmie odwet, a kara nas dosięgnie. Tylko raz, w jednej chwili, pozwoli nam podnosić znaczenie pomysłów i informacji. Pomarzmy, że niedzielna noc, czas zwykle zajęty przez Eda Sullivana, zostanie przeznaczony na zbadanie stanu edukacji Ameryki. A tydzień albo dwa później czas zwykle wykorzystywany przez Steve Allena zostanie przeznaczony na analizę amerykańskiej polityki na Środkowym Wschodzie. Czy korporacje mogą sobie wyobrazić istnienie bez sponsorów? Czy udziałowcy mogą dołączać do gniewu i narzekań? Co może się zdarzyć poza tym, że kilka milionów ludzi otrzyma trochę oświecenia na tematy, które mogą wyznaczać przyszłość tego kraju, a zatem przyszłość tych korporacji? Tym, którzy mówią: »ludzie nie będą oglądać, nie będą zainteresowani, są zbyt zadowoleni, obojętni i wyizolowani«, mogę tylko odpowiedzieć, że według jednego z reporterów są znaczne dowody przeciw temu twierdzeniu. Ale nawet jeśli mają rację, to co mają do stracenia? Ponieważ jeśli mają rację i ta instytucja jest do niczego innego, tylko do zabawy, rozrywki i izolowania, to znaczy, że żarówka migocze... I wkrótce zobaczymy, jak cała struktura przepada. Ta instytucja może uczyć. Może oświecać, może nawet inspirować. Ale może to robić tylko wtedy, gdy ludzie ją tworzący będą zdecydowani do wykorzystania jej w tym kierunku. W przeciwnym razie będą to tylko druty i diody w pudle. Dobranoc i powodzenia” – zakończył słowami, których stale używał w swoim programach.

Od wielu lat nie posiadam podłączenia do telewizji w tradycyjnym rozumieniu. Zrezygnowałem z tego właśnie dlatego, że „telewizja” stała się cyrkiem, rozrywką przeważnie pozbawioną refleksji. Aaron Sorkin serialem „Newsroom” dowodzi, że telewizja może być lepsza – w każdym znaczeniu. Może bawić, może wzruszać, może uczyć i może inspirować... Ale ostatecznie to widz decyduje, co zrobi z tym wszystkim, co oferuje mu twórca treści. Tylko z tego powodu „Newsroom” nie jest najlepszym amerykańskim serialem... ale może być, jeśli wartości w nim przedstawione przypomną widzom, czego powinni oczekiwać od środków masowego przekazu. 

Czytaj także

 0