Ich noce – recenzja „Carol”

Ich noce – recenzja „Carol”

Kadr z filmu „Carol” (2015)
Kadr z filmu „Carol” (2015) / Źródło: Gutek Film
„Któż kiedy kochał – pisał Marlowe – jeśli nie od pierwszego wejrzenia?”. O miłosnych niuansach zawartych w „Carol” Todda Haynesa pisze Marcin Czarnik.

Nowy Jork, lata 50. XX wieku. Trudny czas dla osób homoseksualnych. Na kilka dni przed wigilią w domu towarowym poznają się Carol (Cate Blanchett) z Therese (Rooney Mara). Ta pierwsza ma męża i córkę, należy do zamożnej klasy średniej, druga – skończyła dziewiętnaście lat, marzy o robieniu zdjęć dla „Timesa” i ledwo wiąże koniec z końcem. Obie są znudzone dotychczasowym życiem, obie chcą być szczęśliwe. I choć Therese gra na zwłokę z uwagi na konwenanse – co się swoją drogą dobrze przekłada na język filmowy, bo nic tak nie służy budowaniu napięcia – w końcu zgadza się na wszystko, co zaproponuje Carol, między innymi na wspólny wyjazd do Chicago, który pochłania jej oszczędności.

W filmie Todda Haynesa, do którego scenariusz na podstawie powieści Patricii Higsmith pod tytułem „Carol” napisała Phyllis Nagy, da się zauważyć paralele między nastrojem bohaterów a tym, co ich otacza. Hipnotyzujące nieruchome kadry, kostiumy oraz scenografia są tu równie ważne, co aktorzy. Akcja toczy się przede wszystkim w małych pomieszczeniach: kawalerkach, motelach, samochodach. Ponadto w pochmurne, deszczowe dni lub po zmroku. Słońce omiata twarze bohaterek od święta – gdy są wolne od wyrzutów sumienia, chwytają chwilę. Nawiasem mówiąc, Edward Lachman, autor zdjęć, filmuje jedynie naturę poskromioną przez człowieka, na przykład wypielęgnowane ogrody, miejskie parki, skwery – nie interesują go natomiast rośliny, które rosną dziko i które nie pasują do krajobrazu, do otoczenia. Istotne wydaje się także to, że Carol i Therese’a często obserwują świat przez szyby samochodów bądź przez okna kawiarni. Ich twarze wyrażają wtedy zamyślenie, a same bohaterki sprawiają wrażenie nieobecnych. Można więc powiedzieć, że okna są tu umowną granicą między zmyśleniem a prawdą.

Postaci napisane przez Phyllis Nagy posiadają indywidualne rysy, przy czym nie są gadatliwe. Bywa, że dialog przerywa piosenka dobiegająca z samochodowego radia. Że dialogu w ogóle nie ma, bo na przykład Georgia Gibbs śpiewa akurat o tym, co chce powiedzieć jedna albo druga bohaterka. W pierwszych scenach filmu Carol przypomina polującą lwicę. Cate Blanchett gra tu całą sobą ¬– dłońmi, ramionami, brwiami. Jednakże każdy jej ruch, każdy gest wydaje się wyuczony, pozbawiony swobody, kontrolowany przez reżysera. Therese z kolei jest wycofana. Zachowuje dystans wobec mężczyzn, którym się podoba. Rooney Mara świetnie sobie radzi z dwoistością swojej bohaterki. Jest na zmianę nieśmiała i otwarta, zagubiona i pewna siebie. Inna ciekawa postać, której twórcy nie poświęcają wiele miejsca, to Abby (Sarah Paulson). Trwa ona przy Carol jak Świerszcz przy Pinokiu, angażując się w jej życie rodzinne i uczuciowe, pomimo że nie są partnerkami od lat. Bohaterami najmniej złożonymi są tu mężczyźni – sfrustrowani, słabi, nie mogący się pogodzić z faktem, że kobiety obchodzą się bez nich.

Film nie ma morału, mimo że wątek miłosny krzyżuje się tu z innym, który dotyczy rodziny Carol (notabene w obydwu wątkach gęsto jest od melodramatycznych zwrotów akcji). Ma natomiast charakter romantyczny. Po pierwsze – o czym wspomniałem wcześniej – dlatego, że melancholijne stany głównych bohaterek znajdują wyraz w otaczającym je świecie. Po drugie z powodu przesady w okazywaniu uczuć przez niektóre postaci, na przykład przez męża Carol, Harge’a (Kyle Chandler).

Dla Todda Haynesa i Phyllis Nagy bez znaczenia jest to, że romans Carol z Therese może mieć charakter uniwersalny. Filmowcy ledwo szkicują społeczny i kulturowy kontekst historii – sytuację osób homoseksualnych w latach 50. streszczają w paru zdaniach przy okazji procesu rozwodowego, mówiąc o „niemoralnym prowadzeniu się” i o okolicznościach współpracy Carol z psychoterapeutą. Interesuje ich indywidualne doświadczenie, osobisty dramat. To dobrze, ponieważ postaci mają więcej miejsca – oddychają. Jak w romansach w starym stylu. W takich, gdzie bohaterowie kochają się pomimo czegoś: pomimo skłóconych rodzin, klasowych różnic czy koloru skóry.

Ocena: 9/10 

Marcin Czarnik

 0

Czytaj także