Top 5: skarby Ameryki Południowej

Top 5: skarby Ameryki Południowej

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Z daleka” / „Desde allá” (2015)
Kadr z filmu „Z daleka” / „Desde allá” (2015) / Źródło: Solopan
Polski widz nieczęsto stoi przed szansą obcowania z kinematografią Ameryki Południowej. Szansę na to stwarza premiera wenezuelskiego „Z daleka” Lorenzo Vigasa. Z tej okazji postanowiliśmy przypomnieć Wam również inne, interesujące filmy powstałe na tym kontynencie.

„Z daleka”, reż. Lorenzo Vigas (Wenezuela 2015)

Michał Kaczoń: „Z daleka” („Desde Alla”) Lorenzo Vigasa, czyli zwycięzca zeszłorocznego festiwalu w Wenecji, wpisuje się w widoczny od jakiegoś czasu nurt opowieści o niespodziewanym (także dla bohaterów) rodzeniu się uczucia między mężczyznami. Film Vigasa pomyślany jest jednak jako coś więcej niż obraz o inicjacji. To także interesujące studium tego, w jaki sposób uzależnić drugą osobą od siebie i sprawić, by była posłuszna. Gdy dodamy do tego wątek kryminalny, obraz Vigasa można czytać jako stiudum skrywanych pasji. „Desde Alla” to dzieło specyficzne, powolne, nie zapierające tchu w piersiach. Jednak kiedy przekonamy się do jego stylistyki, okazuje się dziełem ciekawym, wartym uwagi, bo kryjącym w sobie więcej niż widać na pierwszy rzut oka.

Czytaj także: pełna recenzja dzieła.

„W objęciach węża”, reż. Ciro Guerra (Argentyna, Wenezuela, Kolumbia 2015)

Tomasz Błoński: „W objęciach węża” to swego rodzaju fabularna imitacja wydarzeń, które równie dobrze mogłyby być dokumentem. Opowieść tę zainspirowały dzienniki z autentycznych wypraw do Amazonii, jakie miały miejsce pod koniec wieku XIX i na początku wieku XX. Pierwsze, co zaskakuje w tym filmie, to jego niezwykła forma. Produkcja ta została bowiem pozbawiona kolorów. To czarno-biały obraz, który ani przez chwilę nie oddaje wspaniałości otaczającej natury. W ten sposób stara się jeszcze mocniej uwypuklić myśl płynącą z cytatu, który pojawia się na początku seansu: niebywałe piękno tego miejsca jest tak zachwycające, że nie da się go opisać żadnymi słowami. Zachwyt nad tym filmem budzi również to, jak został nakręcony – w amazońskiej dżungli, na rzekach i w lasach. Bohaterowie odbywają zarówno podróż geograficzną, zapędzając się w odległe krainy, w najgłębsze zakamarki lasu, jak i egzystencjalną, zmieniając swoje poglądy dotyczące dżungli, ludzi spotkanych po drodze oraz samych siebie. „W objęciach węża” staje się opowieścią o zderzeniu świata zewnętrznego z naturalnym. Zderzeniu odmiennych kultur, odmiennych wierzeń. O styku odmiennych tradycji, przekonań, poglądów, oczekiwań i przyzwyczajeń. To opowieść o niezwykłości, unikalności wierzeń i tradycji rdzennej ludności. O destrukcyjnym wpływie przyjezdnych misji na przetrwanie i wyjątkowość tych kultur. Przez swoją formę i podejście do tematu opowieść zaskakująco interesująca i wciągająca.

„El Club”, reż. Pablo Larraín (Chile 2015)

Małgorzata Czop: Problem pedofilii w kościele ostatnio był na ustach wielu za sprawą nagrodzonego Oscarem „Spotlight”. Pablo Larrain nie tworzy filmu tak efektownego, ale dzięki cichym i skromnym środkom dociera do jądra ciemności. Wprowadza swoją kamerę do małego chilijskiego domku, gdzie mieszkają czterej księża skazani na banicję. Sprawa zamieciona pod dywan, obiekt złości i goryczy schowany przed ludzkimi spojrzeniami. Zdaje się, że wszystko rozejdzie się po kościach, do czasu aż pojawia się jedna z ofiar molestowania. Teraz już dorosły mężczyzna nie zamierza trzymać języka za zębami, pragnie zadośćuczynienia za poniesione krzywdy. „El Club” nabiera dusznej atmosfery, ciągnie się w powolnym tempie, ukazując raczej banalność i zwyczajność zła. Reżyser nie demonizuje księży, nie rozgrzesza ich, ale również nie piętnuje, dzięki czemu unika taniego moralizowania.

„Neonowy byk”, reż. Gabriel Mascaro (Brazylia, Holandia, Urugwaj 2015)

Michał Kaczoń: Zwycięzca Grand Prix na 31. Warszawskim Festiwalu Filmowym to opowieść o Iremarze (Juliano Cazarre) oraz jego znajomych, którzy wspólnie zajmują się organizacją specyficznego rodzaju rodeo w Brazylii. Chłopak w wolnych chwilach para się projektowaniem ubrań, marząc o stworzeniu niezwykłej kolekcji. „Noeonowy byk" przyciąga uwagę wyjątkowo naturalistycznym sposobem prowadzenia opowieści. Ukazując ludzi i zwierzęta w ten sam sposób, bez upiększeń, drastycznych cięć montażowych czy nietypowych ustawień kamery, zdaje się przekazywać myśl głoszącą, że człowiek też jest zwierzęciem. Bywa zagubiony, podąża za stadem, czasami kierują nim same instynkty. Dość powiedzieć, że po scenach prezentujących wzwód konia, reżyser pokazuje nam, jak bohater oddaje mocz. Sceny te nie mają jednak za zadanie szokować. Ich celem jest raczej jak najbliższe podejście do prawdy realnego życia. Niejakim, potraktowanym całkiem serio podejściem: „Z kamerą wśród ludzi”. Reżyser nie ocenia swoich bohaterów, pokazuje jedynie ich egzystencję w dużym detalu, skupiając się na monotonii dnia codziennego oraz małych sukcesach, które sprawiają, że bohaterowie nie próbują drastycznie zmieniać swojego życia. Dzięki temu „Neon Bull” stanowi interesującą propozycję kinową, mimo że nie będziemy jej wspominać na długo po seansie.

„El Clan”, reż. Pablo Trapero (Argentyna, Hiszpania 2015)

Bartłomiej Słoma: Argentyna, początek lat 80. Okres upadku reżimu junty wojskowej i wprowadzenia demokracji. W tym społeczno-politycznym pejzażu obserwujemy losy rodziny Puccio, której członkowie – pod ciężkim butem ojca Arquímedesa – trudnią się porwaniami dla okupu. Każdy z członków familii pełni rolę organicznego trybu, w tym Alejandro, najstarszy syn, którego zadanie polega na wystawianiu potencjalnych ofiar. Kiedy jednak spotyka uroczą Monicę, postanawia opuścić rodzinny interes, by wieść spokojne życie z dala od patriarchalnej musztry. Niestety, odcięcie przestępczej pępowiny okaże się trudniejsze niż przypuszczał, a napięta relacja pomiędzy ojcem i synem stanie się osią historii i alegorycznym pojedynkiem „starego”, gasnącego systemu z „nowym”, demokratycznym porządkiem. Nagrodzony Srebrnym Lwem na festiwalu w Wenecji film Pablo Trapera to przede wszystkim mięsisty, podszyty wisielczym humorem thriller. Wartka akcja, fabularne wolty i interesujące postaci stawiają produkcję obok innych gatunkowych pewniaków, a świadomość obcowania z prawdziwą historią pewnej argentyńskiej rodziny tylko podwaja wrażenia. Cytując Piotra Czerkawskiego: „Tak wyglądałyby »Psy«, gdyby wyreżyserował je Martin Scorsese”. Warto.


Czytaj także: o oczekującym na swoją oficjalną (niefestiwalową) premierę brazylijskim obrazie "Don't call me son".

Czytaj także

 0

Czytaj także