Na co do kina w weekend? (02-04 września)

Na co do kina w weekend? (02-04 września)

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Kadr z filmu
Kadr z filmu "Destrukcja / Demolition" (2015) / Źródło: Fox Searchlight Pictures
Początek września obfituje w wyśmienite premiery kinowe. Spośród dziewięciu kinowych nowości ze szczerego serca możemy polecić aż pięć.

„Julieta”, reż. Pedro Almodóvar (Hiszpania 2016)

Powrót wysokiego poziomu Almodóvara. Jego najnowszy film pięknie rozróżnia dwie kategorie uczuć, które posiadają równie silną moc oddziaływania, jednak w odwrotnych kierunkach. Nadzieja i niepewność. Nadzieja potrafi utrzymać przy życiu, ale ta źle ulokowana, wynikająca z niepewności, może rodzić niepokój. Jest w stanie zawładnąć czyimś życiem, stać się czymś w rodzaju obsesji. Właśnie ta druga siła rządzi życiem bohaterki, którą możemy oglądać w sytuacji granicznej. Dzięki temu film niezmiernie silnie oddziałuje na widza i pobudza do emocjonalnej reakcji.

Ocena: 8/10 (przeczytaj pełną recenzję)

„Destrukcja”, reż. Jean-Marc Vallée (USA 2015)

Rewers "Juliety". Dzieło Vallee jest słodko-gorzką opowieścią o sposobach radzenia sobie ze stratą, o pomocy innym oraz o odreagowaniu pewnych stanów emocjonalnych, z którymi nie potrafimy sobie inaczej poradzić. Tytułowa destrukcja jest więc prostym upustem emocji. Historia nie jest wprawdzie ani skomplikowana, ani szczególnie odkrywcza, jednak cały jej urok zamyka się w namacalnej chemii i wzajemnej nici porozumienia, która wywiązuje się między bohaterami. Jest w tym coś z „Amelii”, „Elizabethown”, czy filmów indie, w których grywa Zach Braff. Taka spefyciczna, nienachalna, życiowa słodko-gorzka zabawność sytuacji. To właśnie ona przyciąga tutaj najbardziej i pozwala zanurzyć się w tej historii.

Ocena: 8-/10 (przeczytaj pełną recenzję)

„Pan Idealny”, reż. Paco Cabezas (USA 2015)

"Mr.Right" to humorystyczna petarda. Film, który przysparza masy pozytywnych wrażeń, jeśli tylko kupimy jego nieco szaloną koncepcję. Wyraziści bohaterowie (świetny Sam Rockwell), absurdalny humor oraz ciekawa choreografia scen walki sprawiają, że obraz ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem.

Ocena: 8/10 (przeczytaj pełną recenzję)

„Nerve”, reż. Henry Joost, Ariel Schulman (USA 2016)

„Nerve” duetu reżyserskiego Henry JoostAriel Schulman to ciekawa przestroga na nadmierną technologizację naszych czasów, ubrana w szaty rozrywkowego kina dla młodzieży. Film opowiada o grupie nastolatków, którzy chcąc wykazać się spontanicznością i swoim byciem cool, zapisują się do internetowej gry w Prawdę czy Wyzwanie, z której usunięto jednak element Prawdy. Gracze wykonują tylko różnorodne mniej lub bardziej szalone i niebezpieczne wyzwania, dyktowane przez anonimowych Widzów. Z początku zadania są niewinne i przyjemne, ale z tokiem trwania obrazu, bohaterowie coraz częściej, na własne życzenie, zaczną ocierać się o prawdziwe niebezpieczeństwo. Obraz może pochwalić się świetnym imprezowym soundtrackiem, wiarygodnymi bohaterami, których łączy chemia oraz zbyt słodkim i nadmiernie naiwnym finałem, który nieco psuje pozytywny odbiór reszty dzieła. Potencjał był na dużo więcej, gdyż w obecnej formie, obraz Joost-Schulman tylko chwilami ociera się o młodzieżową wariację na temat wyśmienitej fincherowskiej „Gry”, by w innych po prostu prezentować poziom przeciętnego high-school drama. Niemniej na pierwszy powakacyjny weekend pozycja jak znalazł.

Ocena: 7-/10

„Fuocoammare. Ogień na morzu”, reż. Gianfranco Rosi (Francja, Włochy 2016)

Gianfranco Rosi uwiecznił na taśmie iście dantejskie sceny, lecz oko jego kamery zerka dalej niż na wybrzeże. Omiata ono całą wyspę, zagląda na kutry rybackie i do pokojów zwykłych domostw, towarzyszy zabawom tamtejszych dzieci. Odpowiada tym samym na pytanie, jacy są Lampedusańczycy: powolni, pogodni i… całkowicie nieświadomi tego, że tysiące Afrykańczyków naraża życie i zdrowie, by dotrzeć do tego mikrego skrawka Italii. A przynajmniej tacy się wydają. Reżyser przeplata brutalny reportaż o uchodźcach ze spokojną narracją o autochtonach. Efekt jest piorunujący: czy rzeczywiście Włosi (albo szerzej – Europejczycy) są tak ślepi na rozgrywający się na śródziemnomorskich wodach dramat? A może uważają go za część swojej codzienności, której nie warto roztrząsać?

Ocena: 6/10 (przeczytaj pełną recenzję)

„Miles Davis i ja”, reż. Don Cheadle (USA 2015)

Ponoć do reżyserii oraz roli głównej w „Miles Davis i ja” Don Cheadle przygotowywał się dziesięć lat. Nic dziwnego – krzywdzące byłoby sprowadzenie życiorysu Milesa Davisa, jazzmana-innowatora, do tradycyjnego schematu biopica (narodziny, trudne dzieciństwo, sukces, upadek, wielki powrót lub tragiczna śmierć). Świadomy nietuzinkowości swego bohatera Cheadle postanowił przyjrzeć mu się z bliska, ograniczając akcję do dwóch dni. Jakby tego było mało, otoczył go postaciami wyimaginowanymi – zaledwie pewnymi „typami” osób ze środowiska muzyka. Tym samym filmowi bliżej do awangardowego „I'm Not There. Gdzie indziej jestem” o Bobie Dylanie niż do oscarowych „Raya” czy „Spaceru po linie”. I bardzo dobrze. Rzecz w tym, że brak skrótów perspektywicznych nie idzie w parze z dyscypliną. W filmie pojawiają się liczne retrospekcje, lecz ich porządek i powód, dla którego zostały wmontowane, są co najmniej zagadkowe. „Właściwej” opowieści brak wyraźnej puenty, przez co trudno orzec, jaką prawdę o jazzmanie Cheadle chciał przekazać. Fenomen Milesa Davisa pozostaje tajemnicą, choć próba jej odkrycia zaowocowała kinowym eksperymentem o fenomenalnej ścieżce dźwiękowej.

Ocena: 6-/10 

„Aż do piekła”, reż. David Mackenzie (USA 2016)

Dwaj bracia (Chris Pine i Ben Foster) postanawiają okraść oddział banku, który skonfiskował ich zadłużoną, rodzinną ziemię. Napad udaje się, jednak sprawy szybko wymykają się spod kontroli. W pościg za braćmi wyrusza Marcus (Jeff Bridges), nieustępliwy Strażnik Teksasu. Mimo policyjnej obławy Toby i Tanner decydują się na kolejny wielki skok. Za scenariusz „Aż do piekła” odpowiada Taylor Sheridan, autor skryptu do „Sicario”. Ścieżkę dźwiękową skomponowali zaś członkowie grupy Nick Cave and the Bad Seeds – Nick Cave i Warren Ellis.

Ocena: 7,5/10 

„Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci”, reż. Werner Herzog (USA 2016)

Kiedy został wysłany pierwszy mail? Czy mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2050 roku wygrają roboty? I czy istnieją jeszcze miejsca, gdzie nie docierają fale elektromagnetyczne? Warner Herzog śledzi dzieje cyfrowej rewolucji. Podobno sam reżyser nie ma nawet telefonu komórkowego. Jego staroświecki stosunek do nowoczesnych technologii tym bardziej nadaje dokumentowi „Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci” ciekawy, niespotykany wymiar.

„Kosmiczna jazda. Hau hau mamy problem”, reż. Inna Evlannikova, Aleksander Khramtsov, Vadim Sotskov (Rosja, USA 2014)

„To jest film dla wszystkich. Ci najmłodsi dostaną coś dla siebie, a ci starsi też się pośmieją” – obiecuje Agnieszka Dygant, która użyczyła głosu Strzale, psu-astronaucie. W polskiej wersji językowej usłyszymy także Małgorzatę Kożuchowską (Biała). Czworonożne bohaterki udają się w kosmiczną misję, której celem jest odnalezienie znikających z Ziemi przedmiotów: od budek telefonicznych, przez samochody, na Statui Wolności kończąc. Zdaniem dystrybutora ta animowana wariacja filmu o UFO gwarantuje mnóstwo humoru i moc przygód.

 1
  • WIDEOREJESTRATOR IP
    coś z "innej beczki": „UDAWANE DZIENNIKARSTWO” – określenie red. Weekly Standard Daniela Halpera (fake journalism) nt. sprzedajności „niezależnych” amerykańskich mediów -- patrz m.in.:
    http://www.weeklystandard.com/author/daniel-halper
    autor „Clinton, Inc.: The Audacious Rebuilding of a Political Machine”. Ale przecież , nie tylko amerykańskich -- jak to określenie doskonale pasuje do poczynań produktów dziennikarsko-podobnych związanych z tzw. „salonem III RP” – np. z GW, czy Newsweek-a. GW: „Polska znicestwiona - głos dla Tischnera. Co by powiedział, gdyby był z nami” z braku bieżących autorytetów” posługuje się … zmarłym przed 16 laty ks. Tischnerem … Albo niedawna „zagrywka” w podobnym stylu naczelnego GW red. A. Michnika, KOD oraz warszawskiego ratusza z -- podaję za TVN: „KOD uczcił Kinga. Obama nie przyjechał” – patrz:
    http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,kod-uczcil-kinga-br-obama-nie-przyjechal,206883.html – czytamy:
    „Kilkaset osób stawiło się w sobotę przy ulicy Prostej na uroczystości nadania skwerowi imienia Martina Lutera Kinga. Komitet Obrony Demokracji zorganizował manifestację pod hasłem "I have dream - Mam marzenie". I dalej …
    „Jak powiedział nam w piątek rzecznik ratusza Bartosz Milczarczyk, zgromadzenie zostało oficjalnie zarejestrowane w urzędzie i zaplanowane na 15 tysięcy uczestników”. Stawiło się … kilkaset osób – planowano … 15 tysięcy! To pokazuje rozjazd oczekiwań aktywistów KOD oraz red. Michnika z prawdziwymi potrzebami i poglądami społeczeństwa Warszawy!
    Ale czy to powinno dziwić, skoro red. nacz. GW zgrywający analityka politycznego wychodzi na totalnego głąba m.in. w programie red. T. Lisa, gdzie przewiduje, że Komorowski mógłby ewentualnie przegrać wybory gdyby „po pijaku przejechał na pasach niepełnosprawną ciężarną zakonnicę i zbiegł z miejsca wypadku”! Pomijając zwyczajną butę i chamstwo Michnika, widzimy na ile ten dziennikarski-moher KUMA rzeczywistość!

    Czytaj także