Filmy 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni: „Ostatnia rodzina”, „Fale”

Filmy 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni: „Ostatnia rodzina”, „Fale”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ostatnia rodzina (2016)
Ostatnia rodzina (2016) / Źródło: Aurum Film / foto Hubert Komerski
Czwarty dzień gdyńskiego festiwalu to czas premiery jednego z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – „Ostatniej rodziny” z fenomenalnymi rolami Andrzeja Seweryna, Dawida Ogrodnika i Aleksandry Koniecznej – oraz debiutu fabularnego Grzegorza Zaricznego, który w ramach Konkursu Głównego prezentuje swoje „Fale”.

„Ostatnia rodzina”, reż. Jan P. Matuszyński (Polska 2016)

Trudno pisać o filmach, które zrobiły na nas duże wrażenie. Trudno w kilku akapitach zawrzeć wszystkie uczucia, które towarzyszyły nam podczas seansu, dotknąć istoty tego, dlaczego dana produkcja wywołała taką a nie inną reakcję. Oddać wszystkie emocje, opisać myśli, które przewijały się przez głowę, wyjaśnić, co było tak niesamowitego akurat w tym jednym, konkretnym filmie, co tak bardzo zachwyciło. Czasem wręcz nie sposób tego wytłumaczyć, trzeba to po prostu przeżyć, poczuć na własnej skórze. Tak jest właśnie z „Ostatnią rodziną”, obrazem niezwykłym. Genialnie zagranym, wciągającym, świetnie napisanym, mądrym, uniwersalnym, śmiesznym i chwilami całkiem wzruszającym.

Akcja filmu rozciągnięta zostaje na przestrzeni trzydziestu lat, od końcówki lat 70. ubiegłego wieku aż po rok 2005. Powoli poznajemy członków rodziny Beksińskich, powoli wchodzimy w ich dość specyficzny świat. Co ciekawe, tematem tego filmu wcale nie są Beksińscy. Tematem nie jest postać sławnego malarza Zdzisława Beksińskiego ani jego twórczość, która tutaj jedynie wisi porozwieszana na ścianach mieszkania bohaterów. Tematem nie jest również Tomasz Beksiński, człowiek szalenie rozchwiany emocjonalnie, miłośnik muzyki, prezenter radiowy, wielokrotnie próbujący popełnić samobójstwo z, wydawać by się mogło, całkiem błahych powodów. Ten film jest o rodzinie, czyli – jak w pewnym momencie mówi Zdzisław – grupie ludzi, która tak, jak się lubi, tak jednocześnie się wzajemnie nienawidzi. I tak się tylko składa, że ten portret rodziny przedstawiony jest na przykładzie rodziny Beksińskich. Dzięki temu film Matuszyńskiego zyskuje uniwersalny przekaz.

„Ostatnia rodzina” jest więc spojrzeniem na międzyludzkie, rodzinne relacje, chwile przeżywane razem pod jednym dachem. To spojrzenie na skomplikowane relacje ojciec – syn, matka – syn, dziecko – rodzice, mąż – żona. Spojrzenie bardzo konkretne, wyraziste, pozbawione upiększaczy, chęci łagodzenia pewnych sytuacji, zdarzeń, wypowiedzi. Co więcej, jest to spojrzenie ewoluujące w miarę upływu lat. Tak jak bohaterowie dorastają, starzeją się, tak ich wzajemne relacje również przechodzą pewne przemiany. To wszystko wypływa ze świetnego scenariusza, który ogrom historii niezwykle sprawnie kompresuje do bardzo klarownych dwóch godzin, a swoich bohaterów wyposaża w świetnie napisane kwestie. Nic dziwnego, że jest tak dobry, tak dopieszczony, skoro praca nad nim rozpoczęła się aż osiem lat temu. Jest zabawny, jest wzruszający, mądry i poruszający.

„Ostatnia rodzina” jest również filmem brawurowo zagranym. To przepiękny koncert niezwykłych umiejętności aktorskich całej trójki. Fenomenalny jest Andrzej Seweryn w roli wiecznie pogodnego, przyjmującego wszystko ze spokojem Zdzisława Beksińskiego. Człowieka ciekawego świata, nowości, techniki, który nie lubił mówić o swojej twórczości, o swoich obrazach, gdyż jak oznajmia w jednej ze scen, to go blokowało. Fantastyczny jest także Dawid Ogrodnik, który znów całkiem zatraca się w roli, tym razem w postaci Tomasza Beksińskiego, który był całkowitym przeciwieństwem ojca, osobą wprowadzającą nieustanny chaos w spokojne życie rodziny. Ten niestabilny emocjonalnie mężczyzna miał problem z nawiązywaniem bliższych relacji międzyludzkich, ale jednocześnie był niezwykle wrażliwy na sztukę, w szczególności muzykę. I wreszcie Aleksandra Konieczna w roli żony i matki, Zofii Beksińskiej, która z anielską cierpliwością starała się ogarnąć dom, zapewnić opiekę nad matką i teściową, wspierać męża-artystę i syna, który nie dawał sobie rady z rzeczywistością. Koniecznie!

Ocena: 8/10

Czytaj także:
Filmy 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni: „Zaćma”, „Wszystkie nieprzespane noce”

„Fale”, reż. Grzegorz Zariczny (Polska 2015)

„Fale” opowiadają historię zbliżoną do tej ukazanej w „Królewiczu Olch” Kuby Czekaja, lecz filmy te znacząco różnią się formą. Obraz Czekaja to produkcja zwariowana, przekombinowana, udziwniona na siłę. „Fale” są natomiast bardzo skromne, proste, kameralne. Kamera wchodzi w zwykłą, codzienną rzeczywistość, przez co chwilami film bardziej przypomina dokument niż fabułę. Oba te obrazy traktują jednak o tym samym – o odrzuceniu przez rodzica, o rozbitej rodzinie, o próbach czynionych przez dziecko, by odbudować relacje rodzinne, by nakłonić jedno z rodziców do powrotu do domu. W „Królewiczu Olch” głównym bohaterem był nastoletni chłopak, który tęsknił za swym ojcem, tutaj mamy dziewczynę, która tęskni za matką.

Bohaterkami filmu są Ania i Kasia. To dwie nastolatki, które przyuczają się do zawodu fryzjerki. Mieszkają na Nowej Hucie, pochodzą z trudnych rodzin. Ania żyje tylko z ojcem, matki nie widziała od blisko półtora roku, Kasia ma ojca alkoholika. Dziewczyny spędzają razem czas, włócząc się po okolicy, układając fale z włosów, przeżywając swoje dramaty. Szkoda tylko, że to spojrzenie na przyjaźń dwóch młodych kobiet jest w tym filmie tak nudne, nieciekawe, wtórne. Historia trąci banałem, schematem powielanym po wielokroć. Brakuje napięcia, brakuje zaskoczenia, czegoś, co odróżniłoby film od innych obrazów przedstawiających młodzież pochodzącą z patologicznych domów i problemy ich dojrzewania. Paradoksalnie brakuje tu również naturalności, i chyba lepiej by się stało, gdyby „Fale” były dokumentem, a nie fabułą.

Ocena: 4/10 

Czytaj także

 0

Czytaj także