Ghost in the Shell

Ghost in the Shell

kadr z filmu "Ghost in the Shell" (2017)
kadr z filmu "Ghost in the Shell" (2017) / Źródło: UIP
„Ghost in the Shell” w reżyserii Ruperta Sandersa, oparte na japońskim filmie, jak i serii mang i anime o tym samym tytule, to obraz typu „origin story”, przedstawiający początki jakiejś postaci.

W tym wypadku tą postacią jest Major (Scarlett Johansson) – umysł kobiety zamknięty w robotycznym ciele (stąd też sam tytuł obrazu – Major jest dosłownie „duchem w skorupie”), pracownicą policyjnej Sekcji 9, która zajmuje się bezpieczeństwem narodowym. Poznajemy ją w momencie, w którym dochodzi do zamachu na jednego z ambasadorów, a oprawcy hakują ciała ofiar, w celu wyciągnięcia z nich cennych informacji. Major i jej ekipa musi powstrzymać złoczyńców, zanim dojdzie do kolejnych morderstw.

W świecie przyszłości, w którym rozgrywa się akcja filmu, ludzie bowiem na potęgę ulepszają swoje ciała, uzupełniając je technologicznymi nowinkami, które wpływają na polepszenie pracy ich organizmu. Dodatkowe mechaniczne elementy sprawiają jednak, że są podatni na tego rodzaju atak. Zaczyna się więc walka z czasem.

Film Sandersa to jednak nie tylko rozpędzony film akcji. Ta wielokrotnie wręcz powoli snuje się do przodu, oddając miejsca rozważaniom filozoficznym bohaterów na temat tego, co konstytuuje bycie człowiekiem oraz różnic między „inteligentnym robotem”, a stworzeniem z krwi i kości. Rozważania te, zaczerpnięte wprost z filmu z lat 90., poprowadzone są wprawdzie dość łopatologicznie, ale nie sposób im jednak odmówić uroku i trafności. Drugim motorem napędowym opowieści i elementem, który sprawia, że aktorskie „Ghost in the Shell” to w zasadzie „historia początków” postaci, jest fakt, że bohaterka sama nie pamięta swojej przeszłości. W miarę trwania fabuły, poznaje (razem z widzem) kolejne elementy tajemniczej układanki, które doprowadziły ją do miejsca, w którym znajduje się teraz. Droga ta zawiera w sobie kilka zaskakujących i ciekawych zwrotów akcji, dzięki czemu film wciąga w opowiadaną historię.

Tym, co przyciąga jednak najbardziej, jest mamiąca zmysły strona wizualna obrazu. Film posiada swój wyrazisty, namacalny i wyjątkowy klimat, budowany przede wszystkim interesującymi rozwiązaniami formalnym obrazu. Momentami widać wprawdzie nadmierne wykorzystanie efektów komputerowych (jak w większości scen ukazujących miasto z lotu ptaka), jednak kilka sekwencji solidnie wynagradza ten mankament. Jedną z najlepszych scen w całym filmie jest moment walki nad wodą, gdy Major bije się ze złoczyńcą, będąc w tym czasie osłonięta swoją niewidzialną powłoką. Ujęcia przedstawiające samotnego mężczyznę pośrodku dużej tafli wody na tle miejskiego krajobrazu, a następnie przebłyski/cienie bohaterki, gdy zadaje swoje ciosy, są wyjątkowo dopieszczone i cieszą oko. Cały świat przedstawiony jest zresztą wyjątkowo spójny i dobrze oddany, a poszczególne kadry bezpośrednio nawiązują do tych znanych z klasycznej, oryginalnej opowieści.

Przed premierą filmu głośno było o aferze „wybielania”, tzw. „whitewashingu” głównej postaci. Oryginalną bohaterkę o japońskich rysach podmieniono bowiem na Johansson, rodowitą Amerykankę o zachodnim wyglądzie. Warto jednak wynotować trzy sprawy – po pierwsze - twórca oryginalnego filmu, Mamoru Oshii, nie zbojkotował wyboru, a wręcz uznał go za trafny. Po drugie – film dość dobrze wyjaśnia kwestię koloru skóry bohaterki, uzasadniając ją w nienachalny sposób. Po trzecie – Scarlett Johansson naprawdę „daje radę” w swojej roli, z dużą dozą swobody oddając wewnętrzne rozterki swojej bohaterki, pozostając przy tym także „sprawnie działającą maszyną”. Intrygują w szczególności niektóre jej ruchy nogami, niezwykle robotyczne, wystudiowane, ale chwilami też „tnące się”, nie-płynne. Warto dodać do tego namacalną chemię między Johansson, a partnerującym jej Pilou Asbekiem, wcielającym się w Batou. Para doskonale uzupełnia się na ekranie, wyraźnie pokazując wzajemne zrozumienie oraz wypracowane przez lata metody wspólnego działania. Być może zadanie było ułatwione, dzięki krótkiemu epizodowi, który mieli szansę grać razem kilka lat temu w „Lucy” Luca Bessona.

Aktorskie „Ghost in the Shell”, dzięki ciekawej fabule, intrygującej warstwie wizualnej, niezłych sekwencjach akcji oraz wplątanym w fabułę rozważaniom filozoficznym, wciąga w świat przedstawiony, przysparzając pozytywnych wrażeń. Ma też dodatkową zaletę – jest tak dobre, że człowiek aż ma ochotę pobyć dłużej w tym świecie, a co za tym idzie – chętnie sięgnie po oryginalne dzieło z 1995 oraz jego kontynuacje. A takie powroty do klasyki są zawsze mile widziane.

Ocena: 7/10 

Czytaj także

 1

Czytaj także