Dalida. Skazana na miłość

Dalida. Skazana na miłość

kadr z filmu
kadr z filmu "Dalida. Skazana na Miłość" (2016) / Źródło: BestFilm
"Dalida. Skazana na miłość” Lisy Azuelos, czyli film biograficzny o włoskiej piosenkarce egipskiego pochodzenia - Iolandzie Gigliotti, znanej pod pseudonimem Dalida, jest obrazem, który wywołuje szereg różnych emocji. Zupełnie jak same utwory platynowej artystki.

„Kochana przez tłumy, niezrozumiana przez nikogo” - głosi jedno z haseł reklamowych promujących obraz. I rzeczywiście - film Azuelos zaczyna się z grubej rury - próbą samobójczą w hotelu, w którym piosenkarka spotykała się z kochankiem.

Następująca potem sesja terapeutyczna z artystką oraz ludźmi z jej najbliższego otoczenia, jest więc metodą na zrozumienie przyczyn desperackiego aktu kobiety. Z punktu widzenia samego filmu, stanowi także ramy opowieści o jej życiu, dając naturalny powód dla retrospektywnej części historii.

Obraz skupia się w szczególności na kolejnych burzliwych związkach Gigliotti, które niezwykle silnie wpłynęły na jej twórczość artystyczną. Dość powiedzieć, że jej pierwszy menadżer stał się potem jej mężem. Związki piosenkarki zawsze jednak kończyły się w niezwykle dramatyczny, finalny sposób. Te okoliczności sprawiają, że rzeczywiście prawdziwą wydaje się teza, głoszona przez samą artystkę, wedle której widmo śmieci stale ją napiętnuje.

Takie postawienie sprawy sprawia wrażenie, jak gdyby obraz był niezwykle pesymistyczną wizją. Po części rzeczywiście tak jest. Ważny jest jednak pełny kontekst. Chronologiczny ciąg wydarzeń sprawia, że momenty dramatyczne łączą się tu z tymi, które wywołują śmiech, czy rodzą pozytywne uczucia. Dowiadujemy się przy tym, co ukształtowało charakter piosenkarki oraz co doprowadziło ja do dramatycznych czynów. Po najbardziej tragicznych zdarzeniach, następują więc te wyjątkowo optymistyczne, skoczne, pełne życia. Dzięki takiemu rozegraniu sprawy dostajemy świetnie ukazaną sinusoidę życia artystki - od wielkich wzlotów kariery, po głębokie doliny życia prywatnego.

Film Azuelos świetnie ilustruje też artystyczną przemianę Dalidy („Disco? Po 40-ce?”, cytując jeden z dialogów) oraz momenty jej największej popularności. Pokazując te momenty w dynamicznych sekwencjach z koncertów i innych występów na żywo, przypomina w ten sposób największe przeboje z repertuary artystki. Biorąc pod uwagę, że piosenkarka szczyciła się tym, że „publika kocha moją szczerość”, trzeba przyznać, że świetnym zagraniem dramaturgicznym było umieszczanie poszczególnych utworów Dalidy w kontekście bieżących bolączek jej życia. (W tym znaczeniu, że po sekwencjach z jej życia prywatnego, od razu potem oglądamy stosowny fragment muzyczny z jej życia artystycznego). Zabieg niezwykle prosty, ale też wyjątkowo skuteczny i dobitnie ilustrujący emocjonalne piętno, które życiowe dramaty wywarły na psychice piosenkarki.

Obraz może poszczycić się też wyjątkowo dużą ilością znakomitych dialogów i celnych bon-motów, które nie tylko świetnie opisują życie bohaterów, ale też z łatwoscia można odnieść do własnych doświadczeń. Takie fragmenty, jak „o życiu się nie marzy, życie się przeżywa”, czy rozmyślania na temat pojęć „życie-ku-śmierci”, a „życie-ku-miłości” na stałe wpiszą się w zestaw koncepcji, o których będziemy rozmyślać po seansie. Wiele uwagi poświęca się także roli, jaką artystka pełni w świadomości swojej publiczności, a także wpływie, jaki uwielbienie tłumów ma na jej własną psychikę i przemyślenia. Otwarte rozmowy na ten temat stanowią jeden z ciekawszych motywów filmu, a teksty, takie jak: „To widownia mnie stworzyła” zdają się być świetną diagnozą zjawiska supergwiazd.

Reżyserka „Dalidy. Skazanej na miłość” podjęła się niezwykle trudnego zadania - ukazania całego burzliwego życia artystki w dwugodzinnym filmie. A choć jej obraz w większości dobrze wywiązuje się ze swojego zadania, bywają momenty, w których kolejnym rozważaniom brakuje dodatkowej głębi. Momentu złapania oddechu, dłuższego przyjrzenia się ciekawszym momentom z życia Giglotti, czy kontemplacji nad przerażającymi analogami jej kolejnych związków. W obecnej formie „Dalida” jest więc poprawnym filmem biograficznym, który chwilami ogląda się z nieskrywaną radością, by w innych czuć ukłucie rozżalenia, że nie rozwinięto niektórych wątków mocniej, głębiej, pełniej. Przy tym wszystkim wiele sekwencji prawdziwie porywa, nie tylko dlatego, że ukazują widowiskowość i ogromny rozmach artystycznych dokonań piosenkarki, ale też dlatego, że wielokrotnie zarysowuje pełnokrwisty portret kobiety, która mimo wielu tragicznych sytuacji, pozostała ikoną nadziei i szczęścia, dla tych, którzy słuchali jej muzyki. Siłę jej oddziaływania widać także w samym filmie, gdyż „Dalida. Skazana na miłość” na pewno przyczyni się do powrotu nostalgicznych uczuć, związanych ze słuchaniem pełnych wewnętrznego żaru piosenek artystki. A za to na pewno należą się twórcom brawa.

Ocena: 7/10 

 0

Czytaj także