„Skazany na śmierć” zmartwychwstał

„Skazany na śmierć” zmartwychwstał

kadr z serialu "Skazany na śmierć - sequel" (2017)
kadr z serialu "Skazany na śmierć - sequel" (2017) / Źródło: Canal+
Czas się zatrzymał - to główna myśl po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków nowego sezonu „Prison Break”.

Serial, który zadebiutował na antenie stacji Fox w 2005 roku pod łatką „prawdziwej serialowej kokainy”, gdyż tak bardzo uzależniał swoich widzów, wraca na antenę po siedmiu latach rozłąki i… śmierci głównego bohatera, Michaela Scofielda, granego przez Wentwortha Millera. Tak, dobrze czytacie - oryginalny serial, który trwał cztery sezony, skończył się kuriozalną śmiercią głównego bohatera, pokazaną zresztą poza ekranem (i wyjaśnioną w dwóch odcinkach, które trafiły straight-to-DVD). Jako, że jednak trwa właśnie moda na wszelkiego rodzaju rebooty, remaki i kontynuacje po latach, ktoś w Fox zdecydował, że warto wskrzesić (dosłownie) także kurę, która niegdyś znosiła złote jajka, czyli „Skazanego na śmierć”. Sposób, w który zdecydowano się to zrobić, niestety przypomina swoją kuriozalnością późniejsze sezony serialu, które co krok epatowały dziwnymi, nietrafionymi, czy często też bzdurnymi rozwiązaniami. Do dziś pamiętam jeden z moich „ulubionych” wątków - Michael podczas JEDNEGO posiedzenia usuwa cały tatuaż ze swojego ciała. (Nie wspominając już o licznych zmartwychwstaniach, które w serii trzy i cztery były niemal na porządku dziennym).

Fabuła nowego sezonu szyta jest równie grubymi nićmi, co wydarzenia dwóch ostatnich serii. Dość powiedzieć, że już w monologu otwierającym pierwszy odcinek, Michael mówi: „Zmarłem siedem lat temu. Umarli jednak potrafią się komunikować. Trzeba tylko chcieć ich usłyszeć”. Wydaje się jednak, że na wyjaśnienie zagadki jego zmartwychwstania jeszcze trochę poczekamy. Bądź co bądź - rozwiązanie tej zagadki jest jednym z głównych wabików, które mogą przyciągnąć widzów do piątego sezonu ich niegdyś ulubionego serialu. (Podobnym wabikiem było powolne rozwiązywanie tajemnicy Agenta Coulsona w „Agentach T.A.R.C.Z.Y”). Warto zwrócić także uwagę na fakt, że montaż otwierający pierwszy odcinek skrzętnie pokazuje sceny z pierwszego, najlepszego sezonu serialu, umiejętnie omijając co większe głupoty kolejnych serii, w tym największe przewinienia bzdurnego sezonu czwartego. Jedyne, co oglądamy poza spektakularną ucieczką z Fox River, to sceny, w których Michael żegna się z Sarą i Lincolnem oraz wspólne odwiedzenie grobu przez najbliższych.

Wszystko, co dzieje się w nowych odcinkach, przypomina nie tylko czasy świetności serialu, ale także (a może - przede wszystkim) mniej trafione decyzje twórców. Największym plusem nowych odcinków jest jednak fakt, iż cała obsada (a wraca większość z oryginalnych bohaterów serialu) z łatwością i niewymuszoną lekkością powraca do swoich dawnych postaci. Po części dlatego, że większość z nich to aktorzy jednej roli, którzy zabłysnęli właśnie dzięki swojemu występowi w „Prison Break”. Najlepiej widać to na przykładzie Roberta Kneppera, który wciela się w T-Baga, najciekawszej postaci oryginalnej serii. Już od pierwszych minut bohatera na ekranie, od razu przypominamy sobie, dlaczego tak bardzo go nie lubiliśmy, a jednocześnie uwielbialiśmy oglądać. T-Bag w interpretacji Kneppera jest bowiem takim skurczybykiem, od którego aż nie można oderwać wzroku. Reszta obsady równie szybko odnajduje się w ryzach swoich postaci, choć pojawianie się z nienacka kolejnych osób pozostawia wiele do życzenia. Wygląda to trochę tak, jakby twórcom brakowało pomysłu, jak sensownie wpleść starych znajomych do nowej opowieści, ale postanowili się tym jednak nie przejmować i wprowadzić ich „od tak”, po prostu. Zwyczajnie nagle pojawiają się na ekranie i nikt nie kwestionuje tego, w jaki sposób dowiedzieli się, że będą potrzebni.

Czas nie tylko nie ima się bohaterów serialu, ale także nie zmienił nic w optyce patrzenia twórców na swój świat przedstawiony. Wszystko, co oglądamy na ekranie, wygląda identycznie, jak kilka lat temu, a kolejne zagrania, czy plot-twisty zostają podprowadzone w takim sam sposób. (Ba, nawet nowe więzienie, które oglądamy, swoją architekturą przypomina Fox River). Akcja nadal tak dziarsko i żwawo toczy się do przodu, że nikt nie ma nawet czasu zadać jakichkolwiek sensownych pytań. Wszystko dzieje się tu na zasadzie: „Szybko, zanim ktoś się zorientuje, że to nie ma sensu”. Idealnym przykładem na to, w jaki sposób akcja toczy się do przodu jest chociażby ta piękna wymiana zdań:

-Pojadę do Jemenu.

-Ale Ty nie masz bladego pojęcia o Jemenie.

-Znajdę kogoś kto ma.

W następnej scenie bohater rzeczywiście znajduje sojusznika, a chwilę potem już jest na lotnisku.

Trzeba przyznać, że jest w tym wszystkim coś rozkosznie urzekającego, jakiś eskapizm w najczystszej postaci. Po co przejmować się logiką, sensem, czy budowaniem postaci, kiedy za rogiem czeka nas kolejny „nieoczekiwany zwrot akcji”, a do fabuły w każdym momencie można dorzucić kolejne kuriozalne pomysły? Nowy „Prison Break” jest więc rozkosznie tandetny, przypominając wielokrotnie dzieła klasy C oraz dalszych liter alfabetu, raz za razem rzucając zabawnymi bon-motami, rozwiązaniami typu deus-ex machina, czy zwykłymi błędami w ciągłości akcji. Jest w tym wszystkim jednak pewnego rodzaju nostalgia i „magia przeszłości” - „Skazany na śmierć” Anno Domini 2017 jest niemal jak wehikuł czasu kilka lat wstecz, gdy oryginalny serial leciał na antenie. Wszystko, co pojawia się na ekranie, krzyczy bowiem, że czas się zatrzymał.

Serial będzie można oglądać na CANAL+ od 14 kwietnia, co tydzień o godzinie 21.00.

Czytaj także

 0

Czytaj także