Wybawienie - wiara wymaga ofiar

Wybawienie - wiara wymaga ofiar

Wybawienie - wiara wymaga ofiar
Wybawienie - wiara wymaga ofiar / Źródło: KinoŚwiat
„Wybawienie”, czyli trzecia część z cyklu adaptacji powieści Jussiego Adlera-Olsena o Departamencie Q, który zajmuje się niecodziennymi sprawami policyjnymi, to kolejny świetnie poprowadzony thriller o seryjnym mordercy, który starannie wybiera swoje ofiary.

„Wybawienie” rozpoczyna się sceną, w której ktoś wrzuca do wody list w butelce. Podążamy potem za przedmiotem wśród morskich fal, aż na końcu ktoś znajdzie go na plaży. Następuje cięcie i oto butelka oraz znajdujący się w niej list trafiają na biurko jednego z pracowników Departamentu Q, rozpoczynając tym samym właściwą część historii - kolejne śledztwo duetu (teraz tercetu) bohaterów. Urokiem serii jest to, że każdy film jest w zasadzie osobną historią. Łączą je ze sobą jedynie postaci głównych bohaterów, kontrastowo dobranych policjantów, którzy wspólnie rozwiązują sprawy, które wymknęły się jurysdykcji innych. „Wybawienie” i wcześniejsze: „Kobietę w klatce” i „Zabójców Bażantów” można więc oglądać w dowolnej kolejności, zazębiając je ze sobą w samodzielnie wybrany sposób.

Siłą serii jest charyzmatyczny duet głównych bohaterów oraz wyraziści złoczyńcy, którzy dokonują niespotykanych zbrodni. Nikolaj Lee Kaas ze swoim wzrokiem zbitego psa i smutkiem w oczach, zawsze walczy jednak dzielnie do samego końca, nigdy nie tracąc nadziei. Kontrastem jest dla niego Assad, czyli Fares Fares, który choć bierze swoją pracę równie poważnie, ma też większą dozę luzu, swobody i żartobliwego błysku w oczach. Ich relacja stanowi intrygujący wabik tych historii, nie mniej ciekawy niż sama intryga kryminalna. Świetni są też „wrogowie” bohaterów, czyli mordercy, których trzeba powstrzymać. W „Wybawieniu” jest to Pål Sverre Hagen, który gra swojego bohatera z niezwykłym opanowaniem i spokojem wypisanym na twarzy. Choć jest to dobra rola, aktorowi brakuje wiarygodności w tworzeniu drobnych tików nerwowych, drobnych gestów mimicznych, które z ogromną gracją i wyczuciem charakteryzowały rolę Pilou Asbæka z „Zabójców Bażantów”, stawiając ją o poprzeczkę wyżej.

„Wybawienie” może pochwalić się za to świetnymi zdjęciami autorstwa Johna Andreasa Andersena. Zwłaszcza sceny w początkowej fazie obrazu, ukazujące zmechanizowaną pracę na polu rzepaku, przykuwają uwagę na dłużej. Wielkie maszyny wśród żółci po horyzont to obraz tak wyrazisty i przyciągający, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Obrazu dopełniają ogromne wiatraki, widocznie w wielu kadrach. Wyśmienity jest w szczególności ten, w którym o zmierzchu widzimy zaparkowany samochód oraz siedzącego w nim roztrzęsionego mężczyznę. Auto stoi na polu, a za nim widać ogromne skrzydła trzech wiatraków. Niezwykle wyrazisty obraz, silnie wpisujący się w pamięć.

Intryga po raz kolejny wciąga, a mieszanie czasu wydarzeń, dla lepszego wyjaśnienia motywacji bohatera, całkiem nieźle się sprawdza. Tym razem zdarzyło się jednak nieco więcej potknięć. W „Wybawieniu” jest bowiem nieco więcej trafnych zbiegów okoliczności, łutów szczęścia, czy nadmiernych skrótów myślowych, które przeszkadzają w śledzeniu z wypiekami na twarzy kolejnych poczynań inteligentnych detektywów, którzy znów są na tropie. Nie widząc niektórych momentów dedukcji, która umożliwiła im dojście do kolejnego supełka w zwartym węźle skomplikowanej intrygi, gubimy nieco z suspensu przedstawionych zdarzeń. Nie wiedząc dokładnie jak dotarliśmy do kolejnego momentu, trudniej nam zawierzyć w inteligencję naszych bohaterów. Zbyt wiele sytuacji zdaje się bowiem wynikać z czystego przypadku.

Co gorsza - jest w tej historii też wiele luźnych elementów - zalążków wątków, które nigdy nie zostają w pełni rozwinięte. Zaznaczone w jednej czy dwóch scenach, zwiastują ciekawą kontynuację, po czym zostają zarzucone, zanim na dobre się rozpoczęły. Najciekawszy z nich to chyba ten zaanonsowany w tej wymianie zdań: „-Cieszę się, że to Ty ze mną współpracujesz. Nie wierzę, że zatrudniają wszystkich do policji. - Ja też nie”. Ukazują one większą niż początkowo zakładaliśmy zażyłość bohaterów, ich bliższą relację, mogącą być częścią większej intrygi. To jednak jedynie moment, pojedyncza chwila w większej układance, o której twórcy zdają się niemal natychmiast zapominać. Czy pojawienie się takiej sceny miało na celu jedynie zmylenie widza, odciągnięcie jego uwagi od ważniejszych elementów fabuły? Wydaje się, że cel był większy, a reszta pomysłu jak gdyby została porzucona gdzieś na stole montażowym. Poprzednie „odcinki” serii miały chyba mniej takich wolnych rodników, scen które nie wnosiły nic do właściwej historii.

Mimo tych zarzutów, „Wybawienie” nadal ogląda się z zainteresowaniem i ciekawością, a portrety psychologiczne bohaterów znów są na wysokim, wiarygodnym poziomie. A choć dzieło ustępuje poziomem wyśmienitym „Łowcom bażantów”, jest na tyle mroczne, klimatyczne i pełne niuansów (oraz ciekawych rozmów o wierze), że z czystym sumieniem mogę polecić seans.

Ocena: 7/10 

Czytaj także

 0

Czytaj także