Matthias Schoenaerts oraz Adele Exarchopoulos żyją "Na krawędzi"

Matthias Schoenaerts oraz Adele Exarchopoulos żyją "Na krawędzi"

Matthias Schoenarts oraz Adele Exarchopoulos żyją "Na krawędzi"
Matthias Schoenarts oraz Adele Exarchopoulos żyją "Na krawędzi" / Źródło: Hagi Film
„Na krawędzi” belgijskiego reżysera Michaela R. Roskama jest opowieścią o dwójce ludzi - kierowcy rajdowego oraz gangstera/złodzieja, którzy poszukują w życiu mocniejszych wrażeń, chcąc, nomen omen, żyć na krawędzi. Gwiazdy filmu - Matthias Schoenaerts oraz Adele Exarchopoulos dzielą ze swoimi bohaterami te cechy, choć wykazują je w nieco mniejszym stopniu.

Kiedy spotykamy ich w pokoju hotelowym w Toronto, pogrążeni są w burzliwej dyskusji, nawet nie zauważając, że weszliśmy. Są w swoim własnym świecie, doskonale się rozumieją. Mają świetną chemię, zarówno w życiu, jak i na ekranie. Z oczywistych względów pierwszym pytaniem, które pada, staje się więc to, o to czy znali się przed rozpoczęciem zdjęć. Matthias kręci jedynie głową, wspominając: „Nie. Poznaliśmy się dopiero, gdy dowiedzieliśmy się o angażu. Przypadkiem wpadliśmy na siebie na jakiejś imprezie w Cannes, uściskaliśmy się wzajemnie przez jakieś dwie minuty i od razu wiedzieliśmy, że będziemy się dobrze razem bawić” (śmiech).

Nic dziwnego - Matthias emanuje zarażającą, burzliwą energią, a Adele, która z początku wydaje się nieco wycofana, szybko dorównuje mu kroku. Kilkakrotnie podczas rozmowy aktorzy pokazują wyraziste, wybuchowe emocje, wczuwając się w temat, który obecnie poruszamy. Gdy rozmowa schodzi na to, jakimi kierowcami są w prywatnym życiu, Matthias szybko odpowiada: „ja jestem niczym włoski kierowca gdzieś z południa Sycylii. Jestem niezwykle ekspresywny, chcę pokazać pozostałym uczestnikom drogi moje niezadowolenie”. Mówiąc to wykrzykuje, wymachuje rękami, uderza w stół, dla zaznaczenia stylu, w jakim wylewa z siebie złe emocje, które rodzą się w nim podczas korków. „Zawsze wydawało mi się, że ruch miejski powinien się, no cóż, poruszać, a nie stać w miejscu, więc często gdy stoję w korku, trąbię na kierowców przede mną, żeby pokazać im moje niezadowolenie” - mówi z udawaną złością.

Adele zdradza, że nie jest dobrym kierowcą, bo dopiero na potrzeby filmu w ogóle zrobiła prawo jazdy. „Lubię takie wyzwania. Lubię, gdy rola zmusza mnie, żebym poznawała nowe strony siebie, uczyła się czegoś nowego”. Często korzysta z prywatnych doświadczeń, by odnaleźć się w nowej roli, ale tym, co często ułatwia jej zadanie, jest… makijaż. „Czuję się wtedy jak w nowej skórze, mogę lepiej zrozumieć swoją postać. Oczywiście ogromny research w stronę wewnętrznego świata postaci jest ważny, ale ta zewnętrzna powłoka pozwala mi lepiej wyczuć bohatera”, dodaje.

Biorąc pod uwagę, że jeden z bohaterów jest wyjętym spod prawa rzezimieszkiem, w pewnym momencie pada pytanie: dlaczego fascynują nas kryminaliści, gangsterzy, „osoby złe”?

Matthias ma na to prostą odpowiedź: „Sądzę, że wynika to z aury tajemniczości, która otacza takie osoby. Sieją pewnego rodzaju strach, gdyż są nieprzewidywalni, nieobliczalni, a przez to posiadają nad nami władzę. Wszystko, co nas przeraża, jest bowiem intrygujące, zaprząta nasze myśli. Strach sprawia, że jakaś zewnętrzna siła ma nad nami kontrolę. Paraliżuje nas do stopnia, w którym nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym. Strach ma nad nami władzę. A ten kto ma tę siłę, ciekawi nas, przyciąga. Dzieje się tak dlatego, że zastanawiamy się nad jego działaniami, motywacjami, mamy go zawsze z tyłu głowy. Chcemy zrozumieć dlaczego ma tyle władzy. Chcemy wiedzieć co sprawia, że sieje taki postrach. Będziemy nim zafascynowani do chwili, gdy to zrozumiemy. Kiedy zaś to nastąpi, przestaniemy się bać. Kiedy zrozumiemy, oswabadzamy się ze strachu. Wyjdziemy spod działania niewidzialnej siły. Nie ma już mitu, jest człowiek”.

Jest to szczególnie interesujące w kontekście tego, że rozgrywający się w Brukseli film, bazował na prawdziwej historii grasującego tam onegdaj gangu. W ten sposób postaci niemalże mityczne, zyskały ludzkiego oblicza w interpretacji reżysera. „Miasto gra tutaj dodatkowego, cichego bohatera”, zdradza Adele.

Zapytani o to, co przyciągnęło bohaterów do siebie, Matthias odpowiada:

„Oboje są niezwykle głodni życia, głodni niebezpieczeństwa i różnorodnych doznań. Zachowują się tak, jakby jakaś elektryczna siła przechodziła przez ich ciała. Zawsze są niezwykle obecni, niemal zawsze stoją na palcach, gotowi do działania. Oboje posiadają też tę specyficzną cechę, dzięki której gdziekolwiek się nie pojawią, zawsze wyróżniają się w tłumie, skupiają uwagę innych. Nie dlatego, że są głośni czy nie potrafią się zachować. Po prostu emanuje z nich aura siły, pewności siebie i zdecydowania, która przyciąga. Myślę, że to właśnie sprawia, że lgną do siebie. Odnajdują swoje cechy w drugiej osobie, rozumieją się bez słów, na bardzo metafizycznym poziomie”.

Oboje bohaterów jest też niezwykle impulsywnych, targanych przez emocje. Matthias tak widzi sprawę: „Uważam, że nie bycie impulsywnym, jest jak działanie wbrew życiu. Moim zdaniem impulsywność oznacza po prostu, że podejmujemy decyzje w ułamku sekundy, odpowiadamy na coś w momencie, w którym się zdarza. Nie myślimy, nie zastanawiamy się godzinami nad konsekwencjami, po prostu działamy. Gdy to, co robisz, jest szczere, nie możesz zrobić nic złego. Oczywiście wszystko zależy od tego jakiej emocji się oddajesz. To jest właśnie najpiękniejsze w naszych postaciach. Akcja-reakcja. Działają instynktownie, szczerze. Chciałbym, aby ludzie wyszli z kina, myśląc sobie: chciałbym być kimś takim dla swojego partnera/partnerki. Myśleć o drugiej osobie, być dla nich opoką”.

O pracy reżysera:

Matthias: „Michael jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Lubię jego styl pracy, gdyż produkuje on „popularne kino autorskie”. Opowiada swoją historię we własny sposób, który przemawia jednak do szerokiej publiczności. Jego historie są zawsze „większe niż życie”, ale jego bohaterowie są zawsze niezwykle wiarygodni, uziemieni, posiadający prawdziwy kręgosłup.

Adele: „Za pierwszym razem, gdy spotkałam Michaela i Matthiasa, byłam zaskoczona tym, jak głośno było na planie i jakie szaleństwo tam panowało. Psy szczekały, samochody warczały, chłopcy żwawo ze sobą dyskutowali, a ja stałam pośrodku, nieco onieśmielona i zastanawiałam się: „Ci faceci chcą zrobić film?” (śmiech) To wszystko jednak pozory. Pod tą ekspansywną, ekstrawertyczną otoczką, kryje się niezwykle bogaty, przemyślany świat wewnętrzny”.

Pewnie dlatego z takim rozrzewnieniem wspominają pracę na planie. „Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że „zostają w roli” lub „wychodzą ze swojej postaci i wracają do swojego życia” w trakcie zdjęć. Dla mnie, kiedy kręcisz film, jesteś w niego zaangażowany, można powiedzieć, że jesteś zakochany. A kiedy jesteś zakochany, nie dzieje się to w godzinach 9-17. Po prostu jesteś zakochany. Cały czas. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu”, ze śmiechem mówi Schoenaerts.

Spytany czy w związku z tym pod koniec zdjęć czuje ból rozłąki, podobny do zerwania, zdradza: „Nie. To inne uczucie. W tym wypadku naprawdę wiesz, że zrobiłeś wszystko, co do Ciebie należało, wykonałeś swoje zadanie. Miłość jest spełniona. Dopełniła się. Nie odczuwasz więc żalu, a radość ze wspaniałego czasu, który spędziłeś na planie”.

„Miłość jest bowiem wyborem. To nie jest jakaś mistyczna siła, tylko Twoje podejście do sprawy. Gdy wierzysz w miłość, może być ona wszystkim”. Ta prosta uwaga na zakończenie przeradza się w coś nowego, gdy Matthias zastanawia się nad sensem tych słów. „Wszystko sprowadza się do prostej sprawy - gdy coś komuś obiecujesz, dotrzymaj tej obietnicy. Chodzi o etykę. Moralność. Mam wrażenie, że w ostatnim czasie sprawy idą w niepokojącym kierunku. Gdy rządy zaczynają mówić jednego dnia jedno, a następnego robić drugie, znajdujemy się w przedziwnej sytuacji. Wszystko, co jako ludzkość udało nam się przez lata zbudować, wszystkie prawa, które zdobyliśmy, osiągnęliśmy właśnie dzięki moralności, etyce i klarownym zasadom. A teraz, zdaje się, że powoli zaczynamy wszystko to tracić. Przez ludzi, którzy obecnie znajdują się u władzy. A kiedy to stracimy, możemy zrujnować wszystko, co dotychczas zbudowaliśmy. Najdziwniejszą rzeczą jest jednak to, że ludzie nie protestują na masową skalę. Oczywiście, zdarzają się mniejsze protesty, ale sądzę, że potrzebujemy czegoś na miarę Arabskiej Wiosny. Wydaje mi się, że dlatego władza próbuje nas podzielić. Nie chce, byśmy się jednoczyli, byśmy poczuli własną siłę. A siła grupy jest przeogromna. Weźmy prosty przykład: gdybyśmy skrzyknęli się, że przez tydzień nie będziemy pracować. Nikt, nigdzie. Wtedy poczujemy prawdziwą siłę grupy i spustoszenie, które możemy zrodzić”.

„Na krawędzi” trafi do polskich kin już 29 grudnia.

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0