Rozpieszczone bankowe dziecko ciągle chce więcej, czyli „akcja Kermit”

Rozpieszczone bankowe dziecko ciągle chce więcej, czyli „akcja Kermit”

Banki oczekują, że rząd weźmie je w obronę przez obywatelami.

Autor: Robert Mazur

Sektor bankowy zażądał niedawno od premiera Morawieckiego interwencji przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Chodzi – w telegraficznym skrócie – o sprawę, w której polscy kredytobiorcy „frankowi” walczą przed polskim sądem z bankiem, a tenże sąd postanowił zapytać Trybunał czy – znowu w telegraficznym skrócie – byłoby zgodne z prawem unijnym, gdyby taką umowę „frankową” naprawił, nawet wbrew woli samych kredytobiorców. Trybunał lada moment się w sprawie wypowie i – jak wskazują wszystkie znaki na niebie – zapewne orzeknie, że naprawiać nie wolno. Co w praktyce oznacza, że jeśli umowa ma nieuczciwe postanowienia „frankowe”, to przestaje być „frankowa” (tzn. że nie można twierdzić, iż jest ciągle „frankowa”, tylko może jakoś inaczej).

Sektor bankowy działał do tej pory tak, że gdy tylko na horyzoncie pojawiało się coś dla banków bolesnego, naciskano przycisk „lamentujemy” i w eter wlewała się solidna porcja utyskiwań na jakże ciężki bankowy los. Dość przypomnieć sobie wprowadzanie podatku bankowego. Świat miał się po jego wprowadzeniu skończyć. A wyszło jak zawsze.

Dziś sektor bankowy znów prosi, żąda i straszy. Jeśli – zdaniem bankowców – Trybunał ochroni kredytobiorców, sektor bankowy tego nie udźwignie. A my wszyscy zatoniemy razem z nim. Brzmi znajomo? Nie wiem, kto w sektorze bankowym wpada na takie pomysły, by właśnie teraz, właśnie w taki sposób, w takim stylu i do takich osób kierować tego rodzaju żądania. Wszystko tu wydaje się być bez sensu. Bez sensu jest adresat prośby (groźby?), bez sensu jest jej treść, bez sensu jest timing. No bo przykładowo: na co liczą banki, prosząc Rzeczpospolitą o stanowisko w ich obronie, gdy w tej samej przecież sprawie, przed tym samym Trybunałem, Rzeczpospolita już się na piśmie wypowiedziała i to wyraźnie w obronie konsumentów, a nie banków?

Czy ktoś w sektorze bankowym poważnie sądzi, że Rzeczpospolita Polska napisze teraz do Trybunału, że bardzo przeprasza, ale się w poprzednim stanowisku (skądinąd przemyślanym i trafnym) pomyliła? I że może jednak Trybunał by tak trochę – wicie rozumiecie – przymknął oko na te całe przepisy unijne, bo nam tu bankowcy napisali, że będzie im trudno oddać tyle pieniędzy?

Czy ktoś naprawdę sądzi, że takie pismo w tak kompletnie schyłkowej fazie postępowania przed Trybunałem mogłoby naprawdę cokolwiek zmienić? Czy ktoś po stronie bankowej poważnie liczy na to, że Trybunał, nawet otrzymawszy takie – skądinąd zabawne – pismo z Polski, zawahałby się przed wyrokiem zgodnym z prawem i z całym swoim dotychczasowym orzeczniczym dorobkiem, który jest jednoznacznie prokonsumencki?

I wreszcie, czy ktoś naprawdę sądzi, że Trybunał zawaha się przed egzekwowaniem unijnego prawa, bo przedsiębiorca który je łamał, poniesie tego skutki?

Cały ten pomysł z pismem do premiera przypomina mi fenomen, który – w dawnych czasach mojej pracy w pewnej bardzo dużej korporacji – nazywaliśmy „akcją Kermit”. Otóż nasz szef miał specyficzny styl zarządzania, który regularnie prowadził do kompletnie podbramkowych sytuacji. „Akcja Kermit” polegała na pilnym poszukiwaniu jakichkolwiek rozwiązań, często z konieczności zwyczajnie głupich, bo mądre nie istniały lub było na nie o kwartały za późno. A biedny Kermit (chodzi oczywiście o żabę z Muppet Show) firmował imieniem to zjawisko, bo jako żywo jego język ciała w sytuacjach kryzysowych idealnie oddawał atmosferę we wspomnianej firmie (Kermit, gdy coś nie szło mu w teatrze, przybierał charakterystyczną pozę – rzucał głową i machał bezradnie rękami, z czego oczywiście nie wynikało nigdy nic sensownego). Dla niewtajemniczonych: wyszukiwarka Google i hasło „Kermit panicking”. Bezcenne.

Apelowanie do polskiego rządu, by wziął w obronę banki, ewidentnie stosujące w umowach niedozwolone postanowienia, po to by ochronić ich interes ekonomiczny, jako żywo wygląda właśnie jak klasyczna „akcja Kermit”.

A może to jednak nie „akcja Kermit”? Może to po prostu typowe zachowanie rozpieszczonego dziecka, jakim w Polsce przez prawie trzy ostatnie dekady były banki? Może bankowy tytuł egzekucyjny (niekonstytucyjny) i wiele innych procesowych przywilejów tak rozpieściły nasze bankowe dziecko, że nie może ono zrozumieć otaczającej je rzeczywistości, gdy ta się ostatnio tak mocno zmieniła? A może to dziecko jest sprytne i podpuszcza rząd, by ten zaryzykował jakieś rozwiązanie ustawowe, pod sztandarem odpowiedzialności za kraj i zwykłych obywateli? No ale czy to dziecko nie wie, że nawet ustawowa regulacja nie wyłącza sądowej weryfikacji umów kredytowych, co zresztą niedawno ten sam Trybunał jasno ogłosił?

Wszystko to oczywiście żartobliwie. Na chłodno natomiast rzecz oceniając odbieram ostatnie działania bankowców jako zupełny brak pomysłu na wyjście z narożnika. Z narożnika, o czym nie wolno zapominać, do którego banki zagnały się same. Poklepując się wzajem po plecach i powtarzając wszędzie, że „nasze umowy frankowe są zgodne z prawem”. A także pokazując kredytobiorcom przysłowiowy środkowy palec i zmuszając ich do procesów tam, gdzie pięć lat temu trzeba było wyciągnąć rękę i się z kredytobiorcami zwyczajnie dogadać.


Autor jest radcą prawnym, wspólnikiem w kancelarii Mazur i Wspólnicy.

/ Źródło: Wprost

Czytaj także

 1
  •  
    Trzeba pamiętać, że respektowanie prawa unijnego przez nasze państwo przypomina scenę z Kargula i Pawlaka "Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie". Na 100% będą próbować wykręcić jakąś ustawę, która zablokuje lub skutecznie utrudni możliwość odfrankowienia lub upadku toksycznych umów. W SO w Olsztynie sędzia "nieuk" orzekał ważność umów, "zalepiając" kurs franka ustalany przez banksterkę średnim kursem NBP. Obawiam się, że nie był niedouczony, tylko robił to celowo. I co wtedy? Będziemy składać skargi do Strasburga i czekać 10 lat ?

    Czytaj także