"Grecja w Polsce? Nie jesteśmy aż tak zapożyczeni za granicą"

"Grecja w Polsce? Nie jesteśmy aż tak zapożyczeni za granicą"

Fot. sxc.hu / Źródło: FreeImages.com
Grecy, Portugalczycy, a także mieszkańcy innych państw w kłopotach, mieli stosunkowo nieduże oszczędności, co doprowadziło do tak dużego długu zagranicznego. Pod tym względem sytuacja Polski jest dużo lepsza - przekonuje w rozmowie z "Polską The Times" były wiceminister finansów prof. Stanisław Gomułka.
- Tylko ok. 25 proc. całego naszego zadłużenia to sumy winne podmiotom zagranicznym - a nie ponad 50 proc., jak to jest w przypadku Grecji. Mamy także mniejsze zadłużenie sektora prywatnego. Zresztą całe zadłużenie Polski to ok. 60 proc. naszego PKB - mniej więcej trzy razy mniej niż w Grecji - mówi o finansowej sytuacji Polski prof. Gomułka. Ekonomista zaznacza jednocześnie, że nie jest tak iż "nieduży deficyt czy niski poziom zadłużenia to gwarancja stabilności". - Widać to było na przykładzie państw nadbałtyckich. Tam dług publiczny był bardzo niewielki, ale jednocześnie utrzymywano bardzo niskie stopy procentowe, które skłaniały sektor prywatny do szybkiego zadłużania się. W konsekwencji przez wiele lat utrzymywał się duży deficyt obrotów bieżących. W pewnym momencie zagraniczni kredytodawcy utracili zaufanie do tych krajów, uznali, że nie będą one w stanie spłacić długów. Doszło do wycofania kapitału, a w konsekwencji do głębokiej recesji. Podobna sytuacja miała miejsce w Rumunii. Takiej sytuacji należy więc zapobiegać poprzez odpowiednio szybkie podnoszenie stóp procentowych przez bank centralny - wyjaśnia.

Prof. Gomułka przyznaje, że problemem Polski jest mała aktywność zawodowa Polaków - obecnie pracuje ok. 55 proc. obywateli kraju. - Pod tym względem bardzo odbiegamy od innych krajów Unii Europejskiej, które swego czasu zdołały skutecznie deregulować rynek pracy. W Danii, Holandii, Wielkiej Brytanii odsetek pracujących obywateli jest bardzo wysoki. Gdy podniesie się ten odsetek także w Polsce, automatycznie ulegnie zmniejszeniu presja płacowa. Mamy duże rezerwy szczególnie na wsi i w małych miastach - tam wielu młodych ludzi nie ma zajęcia. Trzeba umożliwić im zdobywanie kwalifikacji oraz przepływ do miast, w których bezrobocie jest niskie, a presja płacowa spora - zachęca ekonomista.

Generalnie jednak - zdaniem eksperta - "w tej chwili nie musimy się obawiać najgorszego". - Choć skutkiem kryzysu w Grecji i w innych krajach może być osłabienie złotego, co może doprowadzić do odpływu kapitału z naszego kraju - zaznacza. I przypomina, że do takiej sytuacji doszło w 2009 roku, kiedy za 1 euro płaciliśmy niemal 5 złotych.

"Polska The Times", arb

Czytaj także

 0