Sfrustrowani niewydolni

Sfrustrowani niewydolni

Tylko 13 proc. osób czerpie satysfakcję z pracy. A sfrustrowany pracownik to straty, nawet 29 tys. złotych rocznie.

Po sześciu godzinach pracy człowiek zaczyna robić się zmęczony i ospały. Jego koncentracja spada, podobnie jak efektywność wykonywanych zadań. Od lat potwierdzają to liczne badania. Co więc zrobić z tym fantem? Najlepiej po tym czasie skończyć pracę. Choć brzmi to nazbyt życzeniowo, takie rozwiązanie testują w Göteborgu Szwedzi. Ten niecodzienny eksperyment rozpoczęli w kwietniu pracownicy jednego z departamentów urzędu miejskiego. Przez najbliższy rok będą testowali sześciogodzinny dzień pracy. Co ważne, mimo że będą pracowali o dwie godziny krócej niż dotychczas, ich pensja nie ulegnie pomniejszeniu. Wyniki pracy i wydajności zostaną porównane z pracownikami, którzy pracują w normalnym, ośmiogodzinnym trybie. Jeśli test zakończy się sukcesem, bardzo prawdopodobne, że sześciogodzinne zmiany zostaną zastosowane w całym kraju. Na pomysł skrócenia czasu pracy wpadła lokalna koalicja socjaldemokratów i Partii Zielonych.

– Uważamy, że nadszedł czas na taką próbę. Po co najmniej roku porównamy efekty pracy tych działów. Liczymy, że pracownicy, którzy będą pracować krócej, rzadziej będą chorować i brać zwolnienia lekarskie, a także poczują się lepiej psychicznie i fizycznie – mówi Mats Pilhem, burmistrz Göteborga. 30 godzin tygodniowo, zamiast obecnych 37, byłby dla Szwedów niezwykłym prezentem. Choć na tle Europy nie byliby rekordzistami (Holendrzy pracują średnio 20,5–30,5 godziny) i tak znaleźliby się w czołówce najkrócej pracujących narodów (dla kontrastu Polacy, podobnie jak Czesi, Słowacy i Rumuni, pracują po 40–42 godziny tygodniowo, zajmując podium na drugim biegunie rankingu).

Krótszy czas pracy w żaden sposób nie przekłada się na zmniejszenie produktywności. Zwolennicy takiego rozwiązania przekonują, że wręcz przeciwnie. Wypoczęty, uśmiechnięty i zadowolony pracownik to dobry pracownik. W ciągu ostatnich lat to spora zmiana. Do tej pory firmy karały i straszyły, zamiast nagradzać. Efekty takiego podejścia bywały opłakane, a tracili na tym i firma, i pracownicy.

Frustraci i złodzieje...

Optymizmem nie napawa najnowszy raport Instytutu Gallupa na temat zatrudnienia („State of The Global Workplace”). Najstarszy instytut opinii ostrzega, że tylko 13 proc. pracowników na świecie czerpie satysfakcję z pracy. Reszta nie angażuje się wcale, a w skrajnych przypadkach wręcz działa na szkodę firmy. Autorzy badania podają, że największą grupę stanowią pracownicy niezaagażowani (63 proc.). Ich głównym zajęciem jest spoglądanie na zegarek i czekanie na wybicie godziny kończącej dzień pracy. Trzecia, najbardziej szkodliwa grupa to pracownicy kontestujący pracę. Są wiecznie niezadowoleni z powierzanych im zadań i zajęci demonstrowaniem swego niezadowolenia. W dodatku podważają osiągnięcia innych, zaangażowanych w pracę osób. Zdaniem badaczy stanowią niemal jedną czwartą ogółu (24 proc.). Niezwykle ważne jest zatem, według specjalistów, wyłapanie frustratów. Nie dość, że nierzetelnie wykonują swoje obowiązki, spóźniają się lub wychodzą przed czasem, często przebywają na zwolnieniach lekarskich lub nagminnie biorą dni wolne, to jeszcze buntują innych. W branży nazywani są pracownikami kontrproduktywnymi, a jak wylicza Aon Hewitt z firmy doradztwa personalnego, straty z tytułu utrzymywania takiego pracownika mogą wynieść nawet 29 tys. zł rocznie. Koszty rosną, kiedy pracownicy zaczynają w pracy podkradać, a to niestety jest u nas normą.

Łupem nieuczciwych pracowników pada wszystko. Najwięcej kradzieży ma miejsce w handlu, a zwłaszcza w sklepach spożywczoprzemysłowych. Zarówno w tych dużo-, jak i małopowierzchniowych. Pracownicy wynoszą wszystko – począwszy od naczyń i ubrań, przez drobne owoce, słodycze, kosmetyki, a na zwykłym papierze toaletowym kończąc. W jednym z warszawskich hipermarketów pracownica działu mięsnego owijała najdroższe gatunki mięsa w słoninę i nabijała cenę słoniny. Towar odbierał od niej podstawiony klient, a następnie kierował się do będącej w nimi zmowie kasjerki. Wydawać by się mogło, że problem nie dotyczy miejsc, gdzie dominuje praca biurowa. Błąd. W większości biur w tajemniczych okolicznościach znikają długopisy, ołówki, spinacze, notesy, papier ksero i inne drobne przedmioty. Najgorzej jest w placówkach państwowych. Wykształcenie ani zajmowane stanowisko nie mają tu nic do rzeczy.

– Pracodawców okradają zarówno ludzie wykształceni, jak i ci bez wykształcenia. Ci, którzy zarabiają kilka tysięcy złotych miesięcznie, oraz ci, których wynagrodzenie nie przekracza kilkuset złotych. Wszystko zależy od możliwości. Im kontrola jest mniejsza i im większe jest przyzwolenie otoczenia, tym kradzieże są częstsze i bardziej zuchwałe – uważa menedżer ds. bezpieczeństwa w jednej z dużych sieci handlowych, który także prosi o anonimowość. Według raportu „Anomia pracownicza w Polsce 2012” przygotowanego przez organizację Pracodawców RP oraz firmę Euler Hermes problem kradzieży i oszustw w pracy dotyczy 78 proc. pracodawców w Polsce. Straty z tego tytułu szacowane są na 1,41 proc. wartości sprzedaży detalicznej, co daje kwotę ok. 8–9 mld zł. Według Światowego Raportu o Kradzieży w Handlu Detalicznym Polska zajmuje niechlubne trzecie miejsce w Europie.

Pod względem okradania własnych pracodawców wyprzedzają nas jedynie Rosjanie i Słowacy. Problem m.in. kradzieży w firmach bierze się stąd, że pracownik nie utożsamia się z miejscem pracy. Niestety, często pracodawcy nie stwarzają warunków, by tak się stało. Eksperci Gallupa wskazują, że zaangażowani pracownicy nie tylko poprawiają wyniki finansowe firmy, ale też budują jej markę. Stają się jej ambasadorami w kontaktach z klientami i społeczeństwem. Firmy, które inwestują w pracowników, otrzymują w zamian ich wyższe zaangażowanie, a w rezultacie nawet trzy razy większe zyski niż firmy, w których pracują osoby mało zaangażowane. Najpopularniejszym sposobem jest premiowanie podwładnych.

Zmotywować i nagrodzić

Oczywiście najłatwiejszą, ale i najbardziej pożądaną formą motywacji jest premia w postaci czysto finansowej. Warto przy tej okazji przypomnieć sytuację sprzed dwóch lat, kiedy to na ustach wszystkich Australijczyków, było jedno nazwisko: Ken Grenda. Czym zasłużył sobie na to szef tamtejszej firmy transportowej? Niecodzienną szczodrością, ponieważ wypłacił swoim pracownikom ogromne premie, na które przeznaczył łącznie 15 mln dolarów. Każdy z 1800 pracowników otrzymał pieniądze przelewem. Wysokość gratyfikacji uzależniona była od stażu pracy. Średnio było to 8,5 tys. dolarów, choć były wypłaty i po 30 tys. dolarów. Wypłata premii dla pracowników była ostatnią decyzją prezesa, który sprzedał firmę, uchodzącą za jedną z największych firm transportowych w Australii. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że wszystkie premie wypłacone zostały z jego prywatnych pieniędzy. Ponadto całej akcji nie towarzyszyło żadne przemówienie ani tym bardziej obecność mediów. Pracownicy dowiedzieli się o nich dopiero podczas sprawdzania stanu konta bankowego. Część osób chciała zwrócić pieniądze, bo myśleli, że doszło do pomyłki.

W Polsce 95 proc. pracodawców oferuje pracownikom przynajmniej jeden rodzaj premiowania, które mieści się w zakresie świadczeń pozapłacowych. Najczęściej są to dodatki finansowe w formie regulaminowej lub uznaniowej. Mowa o ekstrapremiach na święta lub popularnych w budżetówkach 13. pensjach (z danych GUS wynika, że prawo do 13. pensji w Polsce ma blisko milion osób, które dostają średnio po 3,5 tys. zł). Na oryginalność stać jednak niewielu, a szkoda, bo badania dowodzą, że dzięki spełnianiu marzeń pracowników ich wydajność zwiększa się nawet o 60 proc. Warto i przy tej okazji podeprzeć się kilkoma osobliwymi przykładami. Szefowie Electroluksa zafundowali podwładnym, którzy wyróżniali się efektywnością, lot prawdziwymi MIG-ami. Cała wycieczka poleciała najpierw do bazy wojskowej w pobliżu Los Angeles, a tam firma organizująca wyjazd już zajęła się nimi odpowiednio. Były loty i wyścigi myśliwcami, a także wyborowe jedzenie i alkohol, oczywiście w pięciogwiazdkowym hotelu.

Samsung najlepszym handlowcom zorganizował zwiedzanie Dzikiego Zachodu w wersji z przygodami. Uczestnicy latali helikopterem nad Wielkim Kanionem, ścigali się kabrioletami i grali w kasynach Las Vegas. Nie zawsze jednak trzeba inwestować w ekstremalne bonusy. Czasem można zrobić to znacznie spokojniej i subtelniej. Jedna z polskich firm najlepszym pracownikom zafundowała kolację z... Robertem De Niro. Z popularnymi premiami wiąże się jednak wiele pułapek, trudno bowiem stworzyć system, który byłby wewnętrznie spójny i motywujący jednocześnie dla wszystkich. Zazwyczaj rodzi konflikty i rozbija grupę, zamiast ją scalać. Niedawno w jednej z firm handlowych przedstawicielom przyznano bardzo wysokie premie za pozyskanie nowych klientów. Wywołało to wściekłość i niezadowolenie pracowników innego działu, którzy musieli tychże klientów obsługiwać. Zostali obciążeni dodatkową pracą za te same pieniądze, a o problemie kierownictwo dowiedziało się, gdy lawinowo posypały się wypowiedzenia.

Logiczne jest, że kiedy dobrze idzie sprzedaż, pracodawcy podnoszą poprzeczkę. Skutek tego jest na ogół taki, że sprytny handlowiec, widząc, że pod koniec miesiąca wypracował swoją normę, odpuszcza. Woli przełożyć transakcję o tydzień, bo wie, że zyska na tym nie tylko firma, ale również on sam. Świetny przykład stanowi firma Pacific Direct, specjalizująca się w luksusowych artykułach toaletowych, które sprzedaje hotelom na całym świecie. Lara Morgan, szefowa firmy, wpadła na pomysł, że upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Nagrodzi w przyzwoity sposób swoich pracowników, zmotywuje ich do wytężonego działania, a przede wszystkim wyeliminuje czynnik niezdrowej rywalizacji w zespole. Otóż zapowiedziała wszystkim, że jeśli uda im się wypracować na koniec roku zysk w wysokości miliona funtów, zabierze całą firmę na Karaiby. Możemy sobie wyobrazić, z jakim zapałem i poświęceniem pracowali jej pracownicy. Koniec końców udało się. Morgan dotrzymała słowa i zabrała cały 25-osobowy zespół na Barbados. Czymże było wydane 25 tys. funtów wobec milionowego zysku firmy?

Bob Nelson, konsultant specjalizujący się w nagradzaniu, w książce „Dziesięć paradoksów motywacji” przypomina, że „To, czego pracownicy chcą najbardziej, to bycie docenionym za dobrze wykonaną pracę przez kogoś, kogo darzą wielkim szacunkiem”. Często szczere „dziękuję” potrafi zdziałać cuda.

Okładka tygodnika WPROST: 20/2014
Więcej możesz przeczytać w 20/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także