Koniec pracownika?

Koniec pracownika?

Elektronika i roboty przemysłowe zabierają ludziom pracę. Jednak gdy stare profesje zanikają, rodzą się też zupełnie nowe. Jeśli jesteś telemarketerem, to masz powód do zmartwień, jeśli księdzem – ciesz się.

GRZEGORZ LEWICKI

Jeszcze w latach 50. to było życie – opowiada Marek Kohnke, rybak z Półwyspu Helskiego. – Łowiliśmy tyle, że łódź uginała się od ryb – dodaje. – Ale teraz wyrugowały nas maszyny. Panie, z tymi wielkimi statkami z nowoczesną elektroniką człowiek po prostu nie może wygrać – żali się pan Marek. Dlaczego? Kohnke i jego tradycyjna łódź rybacka musi konkurować z nowoczesnymi statkami połowowymi, na których ludzi zastąpiła elektronika. – Jak tu z nimi konkurować? Norweski paszowiec nie dość, że zmieści dwadzieścia razy więcej ryb i ma na pokładzie chłodnie, to jeszcze ma te przeklęte sondy. Pokażą pod wodą każdą pojedynczą rybkę! Kohnke ma na myśli nowoczesne sonary wysyłające wiązkę akustyczną pod wodę. Gdy sygnał wraca do czujników, jego zniekształcenia mówią komputerowi, czy w wodzie jest ryba. Dzięki temu na ekranie w sterówce pokazuje się dokładna mapa ławic w okolicy statku, wraz z podaniem głębokości i liczbą ryb, co do sztuki. Stary rybak na morzu po prostu nie wygra z echosondą.

MORD NA BURŻUJACH

Niestety, zjawisko odbierania pracy ludziom przez nowoczesną technikę jest faktem. Roboty, elektronika, a nawet komputerowe algorytmy są w stanie ogromnie zwiększyć wydajnośćpracy. Po pierwsze w zawodach dotychczas wykonywanych przez pracowników fizycznych. Ten proces postępuje od początku rewolucji przemysłowej. Gdy w XIX w. w brytyjskich warsztatach tkackich wprowadzono mechaniczne krosna, obniżył się koszt pracy. W efekcie pracownikom warsztatów obniżono pensję. Sfrustrowani postanowili w 1811 r. zablokować rewolucję, mszcząc się na maszynach i ludziach. – Chcieli zaprotestować nie tyle przeciwko samej technice, ile raczej przeciwko nowym warunkom społecznym, które ona stworzyła – mówi Geert Somsen, historyk techniki z Uniwersytetu w Maastricht. Aby zaprotestować, tkacze nocami zakradali się do warsztatów i niszczyli mechaniczne krosna czym popadnie: łomami, pałkami, drągami. Gdy właściciele fabryk kontratakowali i wprowadzili nocną straż do zakładów, tkacze zaczęli polować na nich z muszkietami w ręku – zamordowali m.in. właściciela warsztatów tkackich z Leeds. Ostatecznie parlament zaczął karać niszczenie maszyn śmiercią, a buntownicy zawiśli na szubienicach lub zostali wygnani do Australii.

REQUIEM DLA SPRZEDAWCÓW

Dziś analogiczny problem wraca z powodu rewolucji informatycznej oraz robotycznej. I nie jest to wymysł technofobów – ludzi obawiających się konsekwencji postępu technicznego. Roboty zabierają pracę, szczególnie pracownikom nisko wykwalifikowanym. Choć na zamieszki bezpośrednio motywowane utratą pracy przez maszyny póki co się nie zapowiada, to o skali powrotu zjawiska mówią liczby, choćby z USA. Według „American Sociological Review” w latach 1982–2012 bogactwo 1 proc. najbogatszych Amerykanów wzrosło 135-krotnie. Bogacenie się bogatych nastąpiło jednak kosztem klasy średniej, która ubożeje, tak jak ubożeli pracownicy warsztatów w wyniku wprowadzenia krosien. Jak wyliczył „Financial Times”, w Stanach w ciągu ostatnich pięciu lat obniża się średni roczny przychód. Powodem jest spadek płac osób nisko wykwalifikowanych – np. zatrudnienie osób nisko opłacanych (8–14 dolarów za godzinę) spadło o 22 proc. Jak sugeruje gazeta, sytuacja ta związana jest z postępującą automatyzacją.

Michael Osborne i Carl Frey Uniwersytetu w Oksfordzie w swojej pracy „Przyszłość zatrudnienia” twierdzą wręcz, że w ciągu kolejnych 20 lat ryzyko zaniku zawodów związanych z automatyzacją będzie dotyczyć 47 proc. zawodów istniejących dziś w USA. Według nich komputery zabierają pracę właśnie klasie nisko wykwalifikowanej i średniej. Według badaczy wśród tych grup najbardziej ucierpią białe kołnierzyki. Skomputeryzowane gałęzie gospodarcze zabiorą pracę w sektorze usług, zawodach związanych ze sprzedażą oraz pracą biurową. Mówiąc konkretnie, największe ryzyko utraty pracy mają telemarketerzy, księgowi i sprzedawcy detaliczni. Najmniejsze zaś fizjoterapeuci i rehabilitanci, dentyści, trenerzy sportowi oraz duchowni. – Technologia zabiera szczególnie tę pracę, która związana jest z czynnościami rutynowymi – twierdzą naukowcy. Jako dowód prezentują wykresy zatrudnienia amerykańskiego Current Population Survey, które od 1975 r. pokazuje gwałtowny spadek prac związanych z czynnościami rutynowymi. Kiedyś rzemieślników przy taśmie zastąpiły manufaktury, a dziś?

INWAZJA CICHYCH KASJERÓW

Wystarczy przejść się do supermarketu w Europie Zachodniej, aby odpowiedzieć na to pytanie. I nie chodzi tu tylko o wielkie markety w największych metropoliach. Rewolucja informatyczno-robotyczna dociera do małych wsi i miasteczek. Brytyjskie trzytysięczne miasteczko West Malling, znane na świecie głównie ze starego klasztoru anglikańskiego, jest tego dobrym przykładem. W niedużym sklepie przy samym rynku na dobrą sprawę jest zatrudniony tylko jeden sprzedawca. Resztę pracy wykonują kasjerzy automatyczni – kwadratowe sześciany ze skanerem kodów kreskowych, które zliczają należność, przyjmują banknoty i monety oraz wydają resztę. A także dziękują za zakupy i zapraszają ponownie za pomocą mrugających komunikatów. Nad ich sprawną robotą czuwa ochroniarz, który w razie konieczności naprowadzi produkt na pole odczytu skanera. Sklep w West Malling działa od lat, a dzięki dobrej lokalizacji nie narzeka na klientów. Dlaczego więc mimo powierzchni 80 mkw. ma tylko jednego pracownika? Anna, jedyna kasjerska w sklepie, nie ma wątpliwości, że prawa optymalizacji kosztów w jej branży są bezwzględne.

– Kiedyś stało tu więcej kas, ale było dużo klientów – opowiada. – Teraz na tej samej powierzchni mieszczą się jedna kasa z człowiekiem i trzy kasy automatyczne. Korzysta z nich większość mieszkańców miasta, chyba że zrobi się zator, to przychodzą do mnie. Obsługuję głównie obcokrajowcówi osoby starsze przywykłe do przekazywania pieniędzy z ręki do ręki, zamiast wkładania ich w szczeliny robota. Rewolucja robotyczna dociera także do Polski, gdzie powoli zaczynają pojawiać się kasy automatyczne. „Ale podczas gdy pierwsza rewolucja przemysłowa zabierała pracę związaną z czynnościami manualnymi, to druga jest dodatkowo zagrożeniem dla zawodów związanych z wykorzystaniem umiejętności poznawczych oraz analitycznych” – piszą badacze z Oksfordu.

STRYCZEK DLA FINANSISTY

Jakie to zawody? Na przykład analityk rynków finansowych. – Zajmuję się wyceną funduszy inwestycyjnych w zależności od zmian na rynku finansowym – mówi Johann, europejski pracownik firmy State Street, jednej z największych światowych korporacji w tym sektorze. – Moja praca wygląda tak: algorytm komputerowy na podstawie własnych obliczeń sugeruje mi pewne decyzje inwestycyjne, a ja muszę wybrać, które przyjąć, a które odrzucić. To w zasadzie dość mechaniczna i rutynowa praca, wymagająca na bieżąco pozyskiwania i aktualizowania przeze mnie pewnych informacji i danych statystycznych.

Jak twierdzi Johann, jego stanowisko istnieje tylko dlatego, że komputer na razie nie radzi sobie z zaawansowanymi procesami analitycznymi. – Choć program ma dużą skuteczność i większość decyzji inwestycyjnych sugeruje dobrze, to w wielu przypadkach nie potrafi obliczyć korzyści z odpowiednim prawdopodobieństwem. Dlatego proces nie może obyć się bez człowieka – mówi Johann. Jeśli jego manualny wybór inwestycji okaże się trafny, od razu zostaje przekazany informatykom, którzy na podstawie wielu dobrych decyzji mają z czasem poprawić algorytm. Tylko co wtedy, gdy algorytm będzie tak dobry, że nie będzie już wymagał asysty Johanna? – Razem z kolegami z pracy żartujemy, że codziennie sami powoli zakładamy sobie pętlę na szyję.

Jeśli Johann straci pracę przez program, który de facto sam przecieżusprawnia, to tylko dlatego że znajdzie się dla niego „software’owe zastępstwo”. Termin ten ukuł miliarder Bill Gates, który w marcu tego roku w wykładzie dla The American Enterprise Institute apelował o szersze, socjologiczne i ekonomiczne zbadanie zjawiska bezrobocia spowodowanego postępem techniki. – Kierowcy, kelnerzy, pielęgniarki– wyliczał Gates zawody, które powoli będą wypierane przez komputery. Według niego trzeba wreszcie zacząć traktować maszyny jak konkurencję dla żywego człowieka. – To postępuje. Dlatego można by jakoś zmienić przepisy podatkowe, aby choć w części przypadków firmom bardziej opłacało się zatrudnić żywego pracownika – proponuje amerykański bogacz.

EKONOMIA I ZBAWIENIE DUSZY

„Toczy nas choroba, o której wielu z was jeszcze nie słyszało” – pisał w 1930 r. w eseju „Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnuków” znany ekonomista John Maynard Keynes. „Chodzi o technologiczne bezrobocie. Będzie ono spowodowane tym, że szybciej odkryjemy nowe sposoby ekonomizacji pracy, niż będziemy w stanie znaleźć nowe sposoby dla użycia siły roboczej” – wyjaśniał. Ta prognoza się spełnia. Ekonomizacja pracy dokonuje się właśnie dzięki informatyce, elektronice i robotyce. W przemyśle maszyny konsekwentnie wypierają ludzi, a globalna sprzedaż robotów przemysłowych rośnie. Według Agencji Reutera w samym tylko 2013 r. w Chinach sprzedano ponad 36 tys. robotów przemysłowych, USA ponad 23 tys. robotów, a w Europie w samych tylko Niemczech – 18 tys. Montuje się je wszędzie, od fabryk samochodów po taśmy produkcyjne w przemyśle drzewnym i spożywczym. Co na to powiedziałby Keynes? „To będzie tylko tymczasowy okres braku dostosowania” – pisze. „Mimo wszystko standard życia ludzkości podniesie się za sto lat około czterech do ośmiu razy. Postęp gospodarczy nie ustanie”.

Keynes jest optymistą i wieszczy stopniową transformację ekonomiczną ludzkości. Oczywiście, pod pewnymi warunkami. Jest ichcztery: „Musimy opanować możliwość kontroli populacji, zapobiegania wojnom i zamieszkom, a także odpowiedzialne sterowanie postępem naukowym oraz równoważenie procesów produkcji i konsumpcji” – pisze myśliciel. Jeśli te warunki zostaną spełnione, to coraz więcej ludzi będzie miało pełny brzuch i zapewniony dobrobyt. Wtedy zaczną myśleć o tych mniej dostosowanych i bezrobotnych. Dzięki zbiorowej empatii zaczniemy bardziej wspierać uboższych, a w efekcie zostanie zapewniony powszechny dobrobyt. Ludzie będą mieli więcej czasu na rozważanie o życiu i śmierci, co może spowodować pozytywną przemianę duchową ludzkości. To marzenie Keynesa przypomina pod pewnymi względami wątki „Nowego wspaniałego świata” oraz „Wyspy” – dwóch arcydzieł literatury autorstwa brytyjskiego pisarza Aldousa Huxleya. Tylko czy nie jest ono przypadkiem wyłącznie pobożnym życzeniem?

MAM COŚ, CZEGO TY NIE MASZ

Z pewnością okres technologicznego bezrobocia będzie dla wielu bolesny. Paradoksalnie jednak aby wygrać w rywalizacji z robotami, musimy wzmacniać swoje człowieczeństwo. Aby nie skończyć na bezrobociu, będziemy musieli stawiać na umiejętności, których roboty nie mają i przez długi czas – a może nigdy – posiadać nie będą. Są to przede wszystkim inteligencja kreatywna i inteligencja emocjonalna – pierwszadotyczy niestandardowego myślenia, które trudno jest obecnie symulować zaawansowanym algorytmom, druga związana jest zaś z umiejętnościami społecznymi i komunikacyjnymi. Dlatego można się spodziewać, że zawody związane z designem, wynajdywaniem nisz rynkowych dla biznesu, a także profesje takie jak fizjoterapeuta, psycholog,lekarz czy specjalista od public relations nie są zagrożone technologicznym bezrobociem.

PSYCHOINFORMATYK

W duchu Keynesa można domniemywać, że podniesienie produktywności poprzez automatyzację i oszczędzenie środków produkcji zawsze przyniesie jakiś dochód. Ten dochód będzie przekierowany na inne rzeczy niż pensje dla pracowników, bo roboty nie proszą o pieniądze. Osoby dysponujące dochodami dzięki swoim osobistym preferencjom wydawania pieniędzy zmienią system gospodarczy. Z czasem utworzą się nowe profesje i miejsca pracy. Wśród przyszłych zawodów epoki postprzemysłowej wymienia się takie profesje, jak strażnik prywatności, drukarz drukarki 3D, łowca trendów rynkowych czy psycholog informatyk. Ten ostatni zawód będzie potrzebny zwłaszcza w robotyce – do emulowania algorytmem ludzkich reakcji psychologicznych u robotów. Pozostaje jednak pytanie: jak przyuczać ludzi do zawodów, które jeszcze nie istnieją? Jak uczyć inteligencji kreatywnej i emocjonalnej ludzi, którzy – nawet jeśli ich nie posiadają – to nie mają innego wyjścia, jak tylko się ich nauczyć, żeby uniknąć bezrobocia? Na to pytanie będzie mysiał odpowiedzieć system edukacyjny XXI w. Jedno jest jednak pewne: zawody przyszłości będą różne od tych, które znamy dzisiaj. Pocieszeniem jest to, że tak jest od stuleci. „Komputery i postęp cyfrowy robią z siłą umysłową człowieka to samo, co silnik parowy uczynił z siłą fizyczną” – piszą Erik Brynjolfsson i Andrew McAfee w książce „Druga era maszyn”. W wyniku rewolucji przemysłowej przestała się liczyć siła fizycznarobotnika, a ważne stały się zręczność i finezja manipulacji konieczne u inżynierów i elektroników. Z kolei w wyniku rewolucji robotycznej przestała się liczyć czysto obliczeniowa siła umysłu, a znaczenia nabrała właśnie zręczność umysłowa.

Porównań z przeszłością jest więcej. Fizyczna supremacja pierwszych maszyn tkackich budziła frustrację i żal tkaczy. Podobnie dziś supremacja zaawansowanych maszyn wywołuje podobne uczucia u wielu pracowników umysłowych. Czy ta frustracja zostanie rozładowana poprzez agresję społeczną, pozostaje pytaniem otwartym. W gruncie rzeczy jednak teza prognostyka Alvina Tofflera, że przeżywamy szok przyszłości – czyli coraz bardziej przyśpieszoną dynamikę pojawiania się i znikania miejsc pracy – nie zestarzała się od lat 70. ubiegłego wieku. Jak twierdził Toffler, analfabetą przyszłości nie będzie ten, kto nie umie czytać i pisać, ale ten, kto nie potrafi się szybko uczyć, potem zapominać, a potem uczyć czegoś innego. Bardzo często konieczność szybkiej nauki związana jest z koniecznością wytężonej koncentracji, efektywnego skanowania, przetwarzania i analizowania istotnych treści w zalewającym nas oceanie informacji. Kto tego nie potrafi – tonie.

BEZROBOTNI JETSONOWIE

Coraz bardziej dziś popularne tworzenie budynków z prefabrykatów to podzwonne dla budowniczych, a statystyczna analiza medyczna wypiera tradycyjną diagnostykę. W perspektywie są nawet samosterujące się samochody. Równocześnie rośnie zatrudnienie w pracy wymagającej inteligencji kreatywnej. Jaki będzie rynek pracy przyszłości? W futurystycznej kreskówce „Jetsonowie” Hanny-Barbery tytułowa rodzina Jetsonów zatrudniła jako pomoc domową robota. Mimo postępu robotyki George Jetson wciąż miał jednak pracę – spędzał osiem godzin dziennie w fabryce, naciskając czerwony guzik. Przyszłość jest jednak inna. Dziś guzik wciska się sam. Gdyby więc popatrzeć na kreskówkę realistycznie, Jetson nie byłby pracownikiem nowoczesnej fabryki. Byłby bezrobotny.

Okładka tygodnika WPROST: 27/2014
Więcej możesz przeczytać w 27/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także